niedziela, 2 października 2016

Omega widzi

Autor: Robert Ludlum
Tytuł: Weekend z Ostermanem
Tytuł oryginalny: The Osterman Weekend
Rok wydania: 1992 (oryg. 1972)




No i wracamy do mistrza :) Teraz mogę już tak mówić - i nie będę swojej oceny ukrywał. Bo i po co? Sięgajcie w ciemno. Komu mało - zapraszam dalej.

Spokojna, sielska okolica, sami znajomi i grupka najbliższych przyjaciół spotykających się w weekendy - czego chcieć więcej? Może dodajmy - dobrze zarabiających przyjaciół. Ale jednak - coś burzy porządek. Wbrew oczekiwaniom i jak na ironię, sprawcami wydarzeń odbiegających od normy są stróże prawa. Patrole policji jakby zbyt często zatrzymują się przed pewnymi domami - o co może chodzić? Czy ktoś tu o czymś nie wie? A może wręcz przeciwnie - wie za dużo?

"Weekend z Ostermanem" to krótka, prawie 300-stronicowa powieść. Nie można spodziewać się po takim formacie cudów, więc i ja się nie spodziewałem. To nie mogło być nic innego jak jakaś lekka lekturka na parę wieczorów. I byłem w błędzie! To znaczy, nie do wieczorów - do całej reszty. Ale po kolei.

Przede wszystkim zwrócić uwagę należy na sposób prowadzenia fabuły. Początkowo śledzimy kilku bohaterów, aby później przejść do jednego z nich, z którym zostaniemy już do końca. Ich losy oczywiście splotą się, ale to jakby mniej ważne. Co jest ważne, to fakt, że fabuła ta znów - jak też i w innych dziełach Ludluma - nie daje nam chwili na spoczynek. Wiecznie zastanawiamy się, o co chodzi, "kto zabił", jakbym pytał w przypadku kryminału. Odpowiedzi gdzieś tam są, ale cała prawda dawkowana jest czytelnikowi pomału, zawsze z marginesem niespodzianki. Nawet więc jak niby nic się nie ma wydarzyć - dzieje się. Chyba nie przestanie mnie to fascynować.

Jest tu obecna jedna wada, o której mogę wspomnieć. Oczywiście pisałem już, że powieść jest dość krótka. Nie chodzi mi jednak o problem raczej pustego świata, który dotyczy Dicka - wręcz przeciwnie, sporo tam szczegółów i kolorów. Chodzi mi o zakończenie - jest trochę za szybkie, mogłoby być troszkę bardziej opóźnione. Jakoś inaczej rozwiązane, doprowadzenie do finału mogłoby zająć jeszcze chwilę, być ciut bardziej dramatyczne. W tym momencie akcja w widoczny sposób zwalnia. Minus mały, ale widoczny.

Werdykt? Sam z chęcią sięgnę po kolejne dzieła tego autora. To samo polecam Wam - prawdopodobieństwo mówi jasno, że się nie przejedziecie. Stare, nowe - bez różnicy. Byle tylko na okładce widniało nazwisko "Ludlum".

niedziela, 25 września 2016

Zimno jak pierun

Autor: James Cobb
Tytuł: Piekło Arktyki
Tytuł oryginalny: Robert Ludlum's The Arctic Event
Rok wydania: 2010 (oryg. 2007)




Pisać po kimś, wedle czyjegoś pomysłu, musi być trudną sztuką. Robert Ludlum pozostawił po sobie notatki, które później ujrzały światło dzienne w postaci nowych książek sygnowanych jego nazwiskiem. Wbrew pozorom nie chodzi tu więc o pseudonim artystyczny. Poprzednim razem (LINK) było genialnie - czy więc pan Cobb sprostał zadaniu?

Zaczyna się - jakże by inaczej - od prologu. Dawno temu na jednej z arktycznych wysepek rozbił się samolot - i świat o tym zapomina. Do czasu oczywiście - jakiś czas później (tu przenosimy się do czasów współczesnych), mała grupka naukowców bada wspomnianą już wyspę, nie wiedząc, jaki skrywa sekret. Podczas jednej ze wspinaczek dostrzegają jednak zarys kadłuba - i od tej pory rzecz zaczyna się komplikować. Dlaczego? Ano doczytacie.

Jak na ironię poprzednia moja przygoda z Ludlumem dotyczyła zmagań Amerykańsko-Niemieckich. Dziś skończyłem taką z Rosjanami na drugim brzegu. Oczywiście trzon historii stanowią Amerykanie. Ale to chyba nie dziwi, prawda? Wojsko, siły specjalne, prezydent USA - mieszanka dość standardowa. No i jeszcze Rosjanie - z jakże mocno podkreślaną mentalnością. To nie mogło pójść dobrze... A propos podkreślania. Głównym bohaterem jest Jonathan Smith, zwany "Jon Smith". Wygląda i brzmi to dość pospolicie, czego autor nie omieszkał w paru miejscach wykorzystać. Bardzo dobrze, wykorzystać. Lubię takie rzeczy, co jeszcze raz zaznaczam.

Ale ale, gra nie byłaby warta świeczki, gdyby nie znalazły się tu inne smaczki - choć jak na mój gust trochę za mało wykorzystane. Ale (znów) zepsuty jestem przez eRPeGi, więc wybaczcie. Po pierwsze, nasz główny bohater ma pewne problemy z dowodzeniem. Podczas tej przygody staje się odpowiedzialny za losy swojej grupy - i idzie mu nad wyraz dobrze. Po drugie - pojawia się wątek kobiety i ogólnie ludzi, których się kocha(ło). Tu również autor trochę pobieżnie potraktował sprawę. Brakowało mi właśnie głębszego wejścia w psychikę Jona - uważam to pole za po prostu zaniedbane. Nie tak do końca ma się rozumieć, ale zawsze.

Powyższe przytyki mogę wytłumaczyć jednym - i jest to tłumaczenie dość rozsądne. Chodzi o wyraz całej książki - miał być i jest pozytywny. Jednym będzie się to podobać (bo przecież to jedyna słuszna droga do załatwiania takich spraw), ale innym (jak mnie na ten przykład) zadrży powieka w wyrazie niedowierzania. Nie chcę, żebyście mnie źle zrozumieli - powieść jest dobra. Dobra, trzyma od początku do końca i nie puszcza, póki się nie okaże, że zamknęliśmy drugą okładkę. Ale (znów znów) jak mówi popularne wśród pismaków powiedzenie, brakuje tu mistrzowskiego szlifu. Trochę za dużo zmarnowanego potencjału, trochę za mało dramaturgii - oczekiwałem, że będzie na odwrót.

Ponownie, nie zrozumcie mnie źle. Książka zdecydowanie może się podobać - po prostu ja nie należę do ścisłego kręgu docelowego. Stąd taka moja ocena. Ale przekonajcie się sami, czym jest to całe "arktyczne wydarzenie", może Wam akurat do gustu taki obrót spraw przypadnie. Innymi słowy - cieszmy się, bo jest z czego :)

niedziela, 18 września 2016

O trzech takich, co...

Autor: Robert Ludlum
Tytuł: Czwarta Rzesza
Tytuł oryginalny: The Holcroft Covenant
Rok wydania: 2010 (oryg. 1978)




Kto nie słyszał o Trzeciej Rzeszy? Tak, chodzi o Niemcy z czasów II Wojny Światowej. 30 lat później świat wygląda zupełnie inaczej, ale czy to aby nie pozory?

Bohaterem książki jest niejaki Noel Holcroft - Amerykanin (jakże by inaczej). Jak się jednak bardzo szybko okaże, życie, które znał do tej pory, jest delikatnie mówiąc kłamstwem. I to nie tylko na poziomie rodzinnym, ale i całego globu. Patrząc na okładkę można się domyślać, w czym rzecz. Serio, niektórzy chyba się za dobrze bawią udzielając potencjalnemu czytelnikowi tylu informacji jeszcze zanim zacznie on swoją przygodę z lekturą... Obiecałem sobie, że o tłumaczeniu tytułu nie będę się rozwodził. Wniosek jest ten sam co ostatnio - zbrodnia!

Ale przechodząc dalej... Jest to pierwsza pozycja Ludluma, z jaką miałem do czynienia. Miałem zacząć do popularnej serii o Bournie, ale jakoś tak zzezowałem na inną półkę i tak już zostało. To, że była pierwsza, nie przeszkodziło mi w żaden sposób ocenić ją bardzo pozytywnie. Co mnie zaskoczyło, to sposób prowadzenia fabuły - a konkretnie odsłaniania sekretu. Podobnie jak w dobrym kryminale, czytelnik powoli dowiaduje się różnych ciekawych szczegółów, ale mniej więcej od połowy (co do konwencji kryminału już nie pasuje), wszystko staje się jasne. Oczywiście - dla nas. Bohaterowie do samego końca będą miotać się w domysłach. I przyznać muszę, że to wielki plus tej powieści.

Patrząc na okładkę (i Boże broń) czytając opisy na niej umieszczone, można domyślać się, jak się rzecz zakończy. Powiedzieć muszę (jasne chyba, że bez nazwisk), że się nie zawiodłem w tej materii. Było zaskoczenie i było zadowolenie, że coś jednak przewidziałem. Jak to sam ująłem, nie wiedziałem jak, ale wiedziałem co się stanie. I miałem rację :) Wszystko przez bardzo sprytny zabieg, o którym przeczytacie już sami.

Autor pisał od początku do końca w tym samym stylu, więc nie mogłem narzekać na brak wrażeń. Nie było przeciągania, jakichś wstawek czy czegoś takiego (jak w pewnej innej książce kogoś innego). Ot - prawie 500 stron domyślania się, kto za kim goni i po co. Całe szczęście, że zabrałem ze sobą więcej książek tego pana. Będzie co robić przez najbliższe parę dni!

sobota, 10 września 2016

Idzie truposz!

Autor: Stephen King
Tytuł: Zielona Mila
Tytuł oryginalny: The Green Mile
Rok wydania: 2016 (oryg. 1996)




Dobra, obrazek może nie jest identyczny ze stanem posiadania, ale cóż począć, jak się człowiekowi nie chce skanować :P Podobieństwo jest wystarczające i tyle powinniście wiedzieć :P

Zacznijmy od tego, że wiązałem z Kingiem duże nadzieje. Okazało się, że na cztery jego książki, po które sięgnąłem (ach ta moja biblioteka - jaka dobrze zaopatrzona!), tylko połowa miała w sobie to coś, co pozwoliłoby mi z czystym sercem polecić je szerszemu gronu czytelników. Wysokie wymagania miałem po "Wielkim Marszu" (uwielbiam ją!), a teraz przyszła pora na "Zielona Milę" (pamiętacie film?).

Akcja książki dzieje się w amerykańskim więzieniu - a dokładnie na bloku oczekiwania na śmierć przez krzesło elektryczne. Poznajemy nie tylko strażników, ale - i przede wszystkim - skazańców. Podczas trwania części fabularnej nie będzie ich co prawda zbyt wielu, ale każdy wniesie coś ważnego do głównego wątku. Poza tym coś jednak musi się dziać na wspomnianym bloku, bo głupio by było czytać tylko o jednym więźniu, pomijając zupełnie innych.

Główny bohater, grany przez Toma... A, przepraszam xP Główny bohater działa pod dwiema "rolami". W jednej jest kierownikiem wspomnianego bloku, w drugiej staruszkiem w domu starców, zapisującym swoje wspomnienia z tego minionego już czasu. Dostajemy więc dwie historie w jednej okładce - i powiedzieć muszę, że zostały one zaprojektowane po mistrzowsku. Wszystko za sprawą lekkiego manipulowania czasem i przestrzenią akcji - autor czasem trochę wybiega w przyszłość, czasem trochę się cofa.

Podobnie jak było to z "Wielkim Marszem", także i tu King postarał się o nie lada przesłanie. Nie zapominajmy, że akcja dzieje się w sąsiedztwie "Starej Iskrówy" (tzn. tego całego krzesła). Podobnie też jak tam, dialogi w zasadzie ograniczają się do małego grona bohaterów. I podobnie jak tam, wielkim pytaniem pozostaje co jest dobre a co złe. Tylko może w formie bardziej realistycznej, bliższej człowiekowi. W końcu rzecz dzieje się w latach trzydziestych, gdzie trudno o jakieś manipulacje w świat przedstawiony.

Prawdą jest (muszę się do tego przyznać), że obecnie jestem trochę do Kinga uprzedzony. Dlatego też "Zielona Mila" nie trafi do grona moich ulubionych pozycji. Jest to ocena jak najbardziej krzywdząca, ale wciąż wolałem "Marsz". Żeby więc oddać należyte honory "Mili", powiedzieć muszę, że jest ona piekielnie wzruszająca. Nawet ja - facet - nie na żarty przejmowałem się tym i tamtym (bez nazwisk proszę). Jeśli więc lubicie takie klimaty- walcie jak w dym. Raptem 400 stron ;)

niedziela, 28 sierpnia 2016

Jedziem na Szczecin

Tytuł: SWARMRIDERS
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2016
Cena: darmowa
Link: http://store.steampowered.com/app/490230





Wróciłem! No, znaczy się już jakiś czas temu... Ale w Komnacie jeszcze wakacyjnie i nieśpiesznie - gra mała, ale urocza.

Dzisiejsza gierka jest prequelem serii stworzonej przez tego samego autora. Nie wnikałem jednak, o co tam chodzi, bo gry te wykraczają poza ramy mojego zainteresowania w kontekście tego miejsca - są płatne. Chętni doczytają. Dość powiedzieć, że to tutaj jakiejkolwiek fabuły nie posiada. Tylko się gra. A jak?

Otóż nam graczom oddano do dyspozycji motocykl, z którego to jedna z postaci nieustanie strzela w miejsce wskazane przez kursor. Tyla. A, bym zapomniał. Bo wiecie, to strzelanie to nie tak tylko sobie a muzom. Gonią nas nieprzeniknione hordy przeciwników. Jeśli pamiętacie Matriksa, to kojarzycie zapewne scenę walki z podobnymi hordami strażników (tak się one nazywały, prawda?). Tu przynajmniej nie trzeba przeładowywać. No wiec jeden jedzie, drugi strzela, a my się dobrze bawimy.

Jeśli macie pada, który będzie współdziałał z tą grą, to macie szczęście. Mój nie działał :( Może gdybym zastosował emulator x360, to może, ale na wstępie ostrzegam. Co prawda można zasuwać WSAD + myszką, ale to jakby nie to. Zresztą, kto co lubi.

Wady? Po pierwsze primo, wybuchy. Jak widzieliście na drugim obrazku, dym zasłania prawie cały ekran. Ciut to przeszkadza, bo nie wiadomo, gdzie celować. Ale osiągnięcia kończą się na takim poziomie, że wtedy to jeszcze nie wadzi. Potem tylko może się to okazać kłopotliwe. A po drugie - za długo nie pogramy. Dwie, trzy minuty? Cztery? I od nowa.

Mnie osobiście nie obchodziło, że pobawię się tylko chwilę. I tak nie miałem nic lepszego do roboty. I jeśli Wy też się obijacie w ten piękny wakacyjny weekend, polecam. Zawsze zleci trochę czasu ;)

niedziela, 31 lipca 2016

Trzy połówki

Autor: Joe Abercrombie
Tytuł serii: Morze Drzazg
Tytuł: Pół króla - Pół świata - Pół wojny
Tytuł oryginalny: Half a King - Half the World - Half a War
Rok wydania: 2015 - 2015 - 2016






No dobra, wpis specjalny. Ostatni - przed wakacjami :) Chwilę mnie nie będzie, a potem nie wiem, co się będzie ze mną działo. Zmiany w życiu pewnie :) A póki co - recenzja.

Jak zwykle odwiedziłem moją miejską bibliotekę w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Tym razem moją uwagę przykuł cykl trzech książek - pomijając dubel pierwszej części, bo stały sobie (jakież to dziwne) dwie obok siebie. Także zamiast trzech stały cztery. Ha, ale dowcip. Brak wykrzyknika to specjalnie ;) W każdym razie zaciekawiła mnie opinia Martina umieszczona na okładce. Postanowiłem ją sprawdzić.

Seria "Morze Drzazg" to historia młodego chłopaka, który szkoli się na ministra (doradcę, szamana, mędrca itd.). Sęk w tym, że pochodzi z królewskiego rodu - i już na samym początku pierwszego tomu dostaje on powołanie do objęcia tronu po zmarłym bracie i ojcu. W zasadzie to po ojcu i bracie. Szczegół. Na przestrzeni trzech tomów dzieje się wystarczająco dużo, żeby Was zanudzić opowieściami, ale nie mogę nic zdradzić - przeczytacie sami.

Co mogę powiedzieć, to że jest to - zgodnie z notką na okładce - opowieść o zemście. Kilka postaci będzie się miało za co mścić. Powiem też tyle, że autor mądrze prowadzi wspomniane wątki, nie ukazując ich tylko z perspektywy heroizmu i bohaterstwa (jej, po tylu latach studiowania po prostu musiałem tak napisać :P). Pokazuje nam również, że jest druga strona, a stal nie zawsze jest właściwą odpowiedzią. Bo jak mawiają w powieści, najlepszy wojownik to ten, który przeżyje (parafraza). Różne postacie będą miały co innego do powiedzenia - jak na przykład chłopak wahający się pomiędzy służbą wojskową a uznaniem wojny za okrucieństwo i trzymaniem się od niej z daleka. Będzie tego więcej, zaręczam. Problemem dla czytelnika staje się sam natłok sprzecznych opinii - będzie musiał zdecydować, co jest ważniejsze. Celowo nie napisałem "sam", bo autor przygotował swoją odpowiedź. Jak dla mnie jest ona zadowalająca - choć nie tak oczywista, jak sugerują doświadczenia zdobyte z innymi historiami innych autorów.

Co zawsze wywoływało uśmiech na mojej twarzy, to gra autora z pewnymi wyrażeniami, które są ważne dla książki, ale nic nie powinny mówić jej bohaterom. Chodzi mi o tytuły tomów, części i rozdziałów. Pojawiają się one dość często i bardzo mocno podkreślają wybór autora w kwestii doboru słów. Jak powiedziałem, zawsze mi się to podobało. Nie żebym widział w tym przypadku bratnią duszę czy coś ;)

Pierwsza część cyklu wydawała mi się jedna całością. Dopiero druga otwiera oczy czytelnika na to, że będzie się działo coś więcej. Dlatego też czytając "Pół króla" nie poczuje się niedosytu, który jest bardzo wyraźny przy zakończeniu "Pół świata". A trzeci tom - wiadomo. Ale warto jest sięgnąć ręką i okiem na pozostałe części - rzadko kiedy powieść fantasy/przygodowa zdobywa się na odwagę wytknięcia palcem drugiej strony tego, o czym opowiada. A ta właśnie to robi. I to bardzo dobrze, jeśli ktoś mnie o zdanie zapyta. Polecam i zachęcam ;)


poniedziałek, 18 lipca 2016

Teletubisie mówią pa-pa

Autor: Michael Koryta
Tytuł: Ostatnie do widzenia
Tytuł oryginalny: Tonight I Said Goodbye
Rok wydania: 2004/2006




Chwilę się nie odzywałem... Trochę byłem zajęty :) No ale wracam, przynajmniej w tym tygodniu. Zastanawiam się, czy by może nie przeznaczyć swojego czasu na coś innego. Ale jeszcze pomyślę, nie spisuję tego miejsca na straty. W każdym razie jeśli to czytasz i wyrażasz swój sprzeciw, bo chcesz nadal czytać co pisuję, zostaw komentarz, na pewno przeczytam :)

Wracając jednak do spraw bieżących... Któryś już raz zdarza mi się, że biorę sobie do czytania pozycje głośnie i lub za takie się podające, a na koniec coś lżejszego - ot dla zabawy. Zaczynam od pozycji grubszych i kończę na tej wziętej na dokładkę - i tedy okazuje się, że ta ostatnia i tylko ta do czegoś się nadaje. No nic, życie :)

"Ostatnie do widzenia" zaczyna się od trupa. Facet nie żyje, a jego żona i córka zaginęły. Policja twierdzi, że ten pierwszy ubił swoją rodzinę, a potem kopsnął sobie kulkę w skroń, ale jego ojciec jakoś w to nie wierzy. Nie, nie podejmuje krucjaty, nie ta bajka. Wynajmuje parę detektywów, aby to oni... po prostu dowiedzieli się, co w trawie piszczało i powiedzieli mu, co się stało z jego najbliższymi.

A więc kryminał. Różne rzeczy ludzie mówią o tym gatunku, ale jakoś do tej pory była to szufladka najbezpieczniejsza jeśli idzie o mój osobisty gust. Chwytałem za horrory, za książki akcji - i z grubsza nic. Nuda albo przekłamania, takie rzeczy. Dlatego ucieszyłem się, że tym razem nie śledzę losów kolejnego supermena w przebraniu. Co prawda parę wątków dałoby się wyciąć - a przynajmniej tak myślałem, gdy na nie natrafiłem. Im bliżej końca tym jakoś autor wszystko pozaklejał i przyznać muszę, że efekt był całkiem niezły. I nie pominę też faktu, że przez równo całą powieść raczył mnie (czytelnika) nowymi wątkami. Do ostatniego rozdziału człowiek siedzi więc z przysłowiowym nosem w książce i czyta, co będzie dalej. Są takie elementy, które uważnemu czytelnikowi pasować nijak nie chcą - i właśnie o to w tym wszystkim chodzi!

Wygląda na to, że podsumowanie mam już z głowy... Książka nie jest gruba, ma raptem 240-parę stron. Można połknąć w parę nieśpiesznych wieczorów. Urocza perspektywa, nieprawdaż?

sobota, 25 czerwca 2016

Sam na sam

Tytuł: Javel-ein
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2013
Cena: darmowa





No dobrze, jeszcze jedna gra. Udało Wam się ;) Na razie staram się nie myśleć o egzaminie ostatecznym, tj. zaraz będę, ale jeszcze nie teraz. Teraz pora na recenzję :)

Są gry skomplikowane, są też gry proste. Nie oznacza to jednak, że któreś z nich są gorszym sortem - nic bardziej mylnego. Sam przekonałem się o tym bardzo dobrze i Wam też będę ten pogląd przedstawiał. Javel-ein to z pozoru gra właśnie tego drugiego gatunku, ale zapewniam Was, jest i na co popatrzeć, i co robić.

Zacznijmy od tego, że sterujemy tym chłopkiem, co go widzieliście na obrazkach. Chłopek ów wyruszył na misję odnalezienia pewnych przedmiotów, które - jakże by inaczej - okazują się mieć swoją historię. Ale jaką, to nie będę zdradzał. Standardowo - pogracie, przekonacie się. Nie będzie jednak sam - towarzyszyć mu będzie tytułowy oszczep, także tytułowo jeden.

Tak, tylko jeden. Oznacza to tyle, że jak się zzezuje, to potem będzie trzeba po niego lecieć. Tym gorzej dla nas, po różnego rodzaju stworki będą na nas pełzać, lecieć bądź skakać. Inne znów będą sobie spokojnie czekać, aż podejdziemy, że by zrobić nam onehita. Tak samo zresztą jak wszystkie inne. Pomyłka może więc oznaczać zaczynanie od początku. Chyba że szczęście będzie Wam sprzyjać i otrzymacie od losu dodatkową szansę. Ale nie liczcie na to zbyt często.

Problem polega też na tym, że aby przejść dalej trzeba A) pokonać wszystkich na planszy, B) mieć w ręku oszczep. Inaczej kicha. Autor miał natchnienie na elementy logiczne, czasem więc trzeba będzie pokombinować. Dla przykładu przez niektóre platformy oszczep po prostu przelatuje, a czasem sufit jest za wysoko, aby go stamtąd wyciągać. Ot, życie.

Odpalając grę i przechodząc pierwsze etapy pomyślałem, że to jakaś kolejna platformówka i że nie będzie trudno. Trochę się myliłem - tylko trochę jednak. Etapy są dość krótkie, nie powinny wiec stanowić dla Was przeszkody nie do przejścia. Nawet jeśli trafi się coś mocniejszego - a takie też będą - to nadal twierdzę, że pobicie ich będzie kwestią czasu. Efektem tego gra jest wyzwaniem, ale nie na tyle, żeby trzeba było szukać oparcia u psychologa. Powiedziałbym nawet, że jest bardzo dobrze wyważona.

Coś jeszcze? Chyba nie. 61 etapów czystej zabawy, czasem też radosnego wkurzenia, czeka na Was w tej malutkiej, ważącej około 6 MB paczuszce. Nie ma co się zastanawiać :)

niedziela, 19 czerwca 2016

Krew w Afryce

Autor: Rafał Dębski
Tytuł: Słońce we krwi
Rok wydania: 2008




Znów książka. Wiem, że jak przerwałem serię lektur to nagle pojawili mi się czytelnicy, ale chwilowo nie mam na nic czasu i nie jestem przygotowany na nic ponad to, co widać... Wybaczycie, prawda? ;)

Zaczyna się od mocnego akcentu. Nie będę oczywiście zdradzał, w czym rzecz, ale przyznaję, że to się autorowi udało i niespodzianka była. Nie żebym się spodziewał jakiegoś przewrotu niezgodnego z tym, co można wyczytać na okładce, ale wciąż. A ta mówi o tym, że pewien dziennikarz staje przed obliczem rewolucji w pewnym afrykańskim państwie i całkiem dobrze sobie z tym faktem radzi. Dlaczego - przeczytacie.

Właśnie, przeczytacie. Miałem wielkie plany co do pewnej powieści Kinga. Okazało się jednak, że książka co najwyżej mierna, więc nie ma co palców strzępić. Resztką czasu sięgnąłem więc po coś A) polskiego B) w miarę krótkiego. No i wyszło to. Jak na powieść akcji jest co prawda trochę krótka, fakt, ale przez to jest mało zobowiązująca. Zawsze jakiś plus. Tak czy inaczej ta tu pozycja do światowej czołówki też nie należy. Była lecz na tyle wciągająca, że się nią z Wami podzieliłem.

Oceniając ją przez pryzmat formatu można bowiem dojść do błędnych wniosków. Książka jest dobra, wbrew pozorom dużo się dzieje - jest boss fight, jest konfrontacja z nemezis, a gdzieś po drodze widma przeszłości, wojna, wybuchy i kobieta. Tak, bez kobiety co to by był za świat? Sami widzicie, że autor wpakował w swoje dzieło sporo serca. To dobrze :)

Powieść połknąłem w dwa dni i poszedłbym po coś nowego, ale jeszcze trzymają mnie studia. Jeszcze. Pogadamy za tydzień, może za dwa. Póki co pozostawiam Was z pozycją na chwilę, ale i na chwilę wymierzoną. W tej skali z całą pewnością jest to rzecz godna polecenia - tak więc polecam ;)

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Bekon ze stali (18+)

Tytuł: Iron Snout
Testowana platforma: Windows XP (Steam)
Rok wydania: 2016
Cena: darmowa





Coś ostatnimi czasy coraz mniej Was tu zagląda... Czyżby znudziło Was moje pisanie? Dziś coś małego, ale co cieszy, bez dwóch zdań.

Jest na świecie taka kategoria gier, które odpala się na przysłowiową chwilę, a potem zapomina na jakiś czas, póki znów nie nadejdzie ta specjalna chwila, kiedy to znudziło się nam rozmyślanie nad losami wszechświata i mamy ochotę na coś raczej mało zobowiązującego. Do tego właśnie powstało Iron Snout. Nie oszukujmy się, to tylko port z gry mobilnej. Ale za to jakiej gry!

Obsługuje się ją bardzo prosto - raptem czterema klawiszami. Tytułowy prosiak walczy z hordami atakujących go wilków i tylko od nas zależeć będzie, jak sobie z nimi poradzimy. To własnie kombinacje wymienionych czterech przycisków sprawi, że podskoczymy, opadniemy, a już w szczególności, że zadamy ciosy. Co więcej, gdy pokonamy przeciwnika i będzie on odpowiednio blisko, możliwe będzie zabranie mu broni - i posłużenie się nią przez najbliższe parę ciosów - lub też wyrzucenie jej w pierwszego wilczka, który znajdzie się na jej drodze.

A, jeszcze coś. W obecnym kształcie gra oferuje jeszcze dwa inne tryby rozgrywki. Pierwszy to bardziej mod, a drugi to już całkiem co innego. W trybie "1 HP" nasz pasek życia skrócony zostanie do tylko jednego paska - ot, takie wyzwanie. To "coś innego" oferuje nam możliwość pogrania z kumplem w odbijanie piłki - taką dziwną wersję siatkówki bez siatki, ale za to z przyciskami, w które trzeba celować. No i twórcy cały czas grzebią w kodzie i obiecali usprawnienia w każdym z powyższych. Tak jakby ktoś się zastanawiał.

Brzmi banalnie? Zaręczam, że tak nie jest. To znaczy tak, konstrukcja prosta jak w przypadku cepa, ale cały czas przypominam, że to cep bojowy! Krew się leje, rakiety wybuchają, kończyny lecą na wszystkie strony. Taki właśnie jest Iron Snout. Sama radość :)

poniedziałek, 30 maja 2016

Wakacje w tropikach

Tytuł: Tropic Storm
Testowana platforma: Facebook + Firefox
Rok wydania: 2015
Cena: darmowa





Trochę opóźniony, ale oto nowy wpis - tylko dla Was ;)

Od pewnego czasu popularnością cieszą się kolny jednej z tych gier, o których piszą wszyscy i którą każdy chce klonować na swój strój. Jak im to wychodzi to już inna sprawa, ale fakt faktem, że już dwa razy takie klony na łamach tego bloga widzieliście. Pora zatem na coś innego! I tak, znów opisuję grę ;)

Powiedzcie mi, nie doprowadzało Was do szału, że za każdym razem, gdy kogoś atakowaliście, traciliście swoje wojska? Co to ma być, kamikadze? Że jak raz wyjdą z bazy, to już nie wiedzą, jak wrócić? Jest taka wersja z jaskiniowcami - ale żeby żołnierze z przyszłości tego nie potrafili? Jakaś taka słaba ta logika. No ale nie płaczcie dłużej, bo idzie zmiana. Playkot wydał w zeszłym roku grę, w której wszystko jest inne pod tym względem. Ale - jak zwykle mawiam - po kolei.

Zacznijmy od tego, że bazę mamy taką, jaką widać - na wysepce. I archipelag takich i innych wysepek będzie naszym teatrem zmagań. Oficjalnie walczymy ze złym kartelem i jego wodzem De Muerte, ale to nie koniec. Każda z wysepek domyślnie należy do powyższej organizacji przestępczej - albo do któregoś z graczy. Oczywiście tylko my jesteśmy dobrą armią USA, każdy inny występuje w barwach wroga. Różnica polega na tym, że inny jest układ baz - ale to chyba nic odkrywczego. No i surowce (nagroda) będą inne.

Jeśli już jesteśmy przy surowcach. Są cztery - złoto, drewno, stal i ropa. Sęk w tym, że poza kasą możemy postawić u siebie tylko jeden budynek produkcyjny każdego rodzaju. Trochę to nas spowalnia, ale jest cichą sugestią do przeprowadzenia podboju. Zwłaszcza, że wyspy "neutralne" co jakiś czas wracają w ręce kartelu, a to oznacza nowe rzeczy do zgarnięcia. Trzeba tylko ulepszać radar, bo dzięki niemu rozszerzamy swoje pole widzenia. A jeśli któryś z graczy wydaje się nam zbyt obunkrowany - to raz na dzień można go wymienić. Jakie to proste :D

Nasza baza może i z czasem jakoś zacznie wyglądać, ale osią programu są żołnierze. Parę słów o nich. Generalnie mamy do dyspozycji kilka rodzajów piechoty, ale z czasem dostaniemy też czołgi. A żeby nie było za łatwo, dalej w grę trzeba będzie też umiejętnie skorzystać z "czarów" dostępnych z pokładu niszczyciela. Oprócz flary (wskazuje, co atakować), będzie też ostrzał artyleryjski (kilka rodzajów, w tym zamrożenie) i leczenie obszarowe. Zaręczam, że bez tego po prostu się nie uda. Ciekawe jest również, że gdy zmieniamy zespół na barce (z nich zrzucamy wojska na wyspy), wraca do nas kasa, którą wcześniej wydaliśmy. Dobre!

Mimo iż gra ma już swój wiek, nadal jest rozwijana. I mam przez to na uwadze, że choćby dziś całkowicie zmieniono parę grafik i statystyk. Także ktoś nad tym kramem czuwa. Jeśli zmęczyła Was mechanika poprzednich Waszych strategii, spróbujcie tego. Może nie ma tu dynamiki charakterystycznej dla RTSów, ale coś udało się uszczknąć. No i nie będziecie musieli czekać nie wiadomo ile, żeby zaatakować jeszcze raz - względnie zastanawiać się, czy opłaca się wysłać całe Wasze wojsko. Tu wszystko się opłaca - pod warunkiem, że macie czym strzelać. Zagrajcie, będzie warto :)


Ocena:
Odłamkowy ładuj!


W skrócie:
+ Po ataku nie traci się wojsk
+ Przyjemna oprawa
+ Większa swoboda podczas walki
+ Cały czas ulepszana

- Tylko jeden budynek produkcyjny na raz

sobota, 21 maja 2016

Nikt się nie spodziewał brata Bernarda

Autor: Catherine Jinks
Tytuł: Inkwizytor
Tytuł oryginalny: The Inquisitor
Rok wydania: 2004




Wszyscy chyba znają - choćby z filmu - Imię Róży. To bodaj najpopularniejsza książka o tematyce kościelnej z intrygą w tle. Choć nie. Ostatnio mógł ją zdeklasować Dan Brown. No ale nie mnie to oceniać. W każdym razie ja jeszcze wspomnianego dzieła nie czytałem, więc wybaczcie brak porównań :)

"Inkwiztor" opowiada o losach biura śledczego Świętego Oficjum gdzieś na prowincji we Francji. Daleko tam wszędzie, a że to wiek XIV, to wiecie. Prowadzi je świętobliwy brat Augustyn - mnich stary i schorowany, ale jakoś się trzyma. Pomaga mu (oprócz gromady pomniejszych postaci) brat Bernard. Szybko okaże się, że ten ostatni stanie się numerem jeden w powieści, bo tego pierwszego... No, dość powiedzieć, że zabraknie. Jakby tego było mało, góra podrzuca mu nowego przełożonego, a ci dwaj jakby się nie lubią...

Wydawnictwo, o którym nie słyszałem, autorka też mi nieznana, okładka jakaś tania - to myślę sobie, że za dobre to nie będzie. Choć nie, inaczej bym nie wziął. Powiedzmy, że nie miałem nadziei na hiciora, ale zapowiadało się całkiem niezłe. W końcu jak się pisze o takim temacie, to trudno zbłądzić i dać światu gniot. Przede wszystkim trzeba wykazać się wiedzą, bo rzucanie cytatami na oślep nikomu się nie przysłuży. Nie jestem co prawda teologiem, ale na oko wyszło przyzwoicie. Nie będę też wnikał, czy książki i tezy potępiane w powieści faktycznie były potępiane. To co ja zrobię? Powiem, że wykreowany przez autorkę świat zasłużył na moje zaufanie. Wszystko brzmi bardzo naturalnie i przekonująco.

Ale jest mały problem. Ano czasy były takie, że jak się do książki dorwą feministki, to suchej nitki nie zostawią. Cojraz się mówi, że kobieta to słabsza, głupsza i w ogóle niezaradna. Albo cała ta retoryka o mniszym życiu, o który różne plotki też się przecież słyszało. Czytając powieść trzeba się więc nieco wstrzymać z oceną światopoglądową. Ja jako facet wierzący odbierałem ją właśnie w ten sposób, z dystansem. Ale znam osoby, które do tego by zdolne nie były, więc ostrzegam. Wzajemne obrzucanie się pomówieniami o herezję nie wygląda zbyt poważnie, ale znów - jak się poskłada różne elementy, to całkiem można o tym zapomnieć. Potrzeba tylko troszkę zmrużyć oko. Ale byle nie oba, bo jakoś trzeba czytać :P

Mimo powyższych uwag stwierdzić muszę, że jest to jedna z lepszych książek, po jakie sięgnąłem ostatnimi czasy. Dlaczego? Oceny w necie są raczej średnie, racja. Ale nie w tym rzecz - akcja budowana jest z rozmysłem i zawsze jest miejsce na jakieś wydarzenia. Na coś nowego, co przykuje uwagę czytelnika. Nawet jeśli bardzo wcześnie poznajemy zarzuty wobec pewnych osób, to jeszcze nie oznacza, że spraw jest zamknięta. Trochę nie po kolei, ale potem następuje jeszcze próba udowodnienia swoich poglądów. Samych wątków jest bardzo wiele i to wszystko spada na głowę biednego braciszka - a ten radzi sobie z nimi z należytą inteligencją. Dlatego :)

Trupy, czary, herezje, kłamstwa. Dużo tego jak na małą wioskę. Nie wszystko jest, jak to kiedyś określiła moja koleżanka, "straight" (to znaczy: zmierzające do jednego, oczywistego celu), ale to akurat dobrze. Upadek ma swoje oblicza, a tych pokazano wiele. I choć wiemy, kto jest czarny a kto biały, jakoś tak trudno mi o jednoznaczną ocenę. Może to przez wątek wiecie-jaki, może przez pewną naiwność, że coś takiego by przeszło w realu. Może. Koniec końców jednak powieść to powieść, a ta jest co najmniej dobra. Jak kiedyś wyszukacie w swojej miejscowej bibliotece, możecie dać jej szansę. Nie zaszkodzi ;)


Ocena:
Brat Bernard na ratunek!

niedziela, 15 maja 2016

Weźcie chusteczki

Filmy ma YouTube nie dzielą się na filmy śmieszne, 18+ i nudne, czego mam zamiar dowieść. Czy mi się uda, czy nie - chyba oczywiste :P W ramach bonusu (czytaj: dla odmiany ;) ) wrzucam ile wlezie. 


1) Worlds Apart - Michael Zachary Huber (2011)


Nie od dziś wiadomo, że zabawki mają serca, dusze i pamięć. Nie trzeba na to trzech odsłon Toy Story - to wie każdy, kto nie opuścił Nibylandii i nadal słyszy dźwięk dzwoneczka od sań świętego Mikołaja. Kto się nie wzruszy, ten trąba.


2) Sintel - The Durian Open Movie Project (2010)


Jeśli narzekacie, że w telewizorni nie puszczają niczego ciekawego, zapraszam na YouTube. Można tam spotkać wiele ciekawych produkcji - na przykład tę. Jeśli cenicie sobie przyjaźń i miłość, to właśnie jest film dla Was. Bez wątpienia uczy pokory i stara się ukazać nieco inną stronę sprawy niż zwykło się to robić. Dobra, trochę walki jest - ale tylko trochę! To nawet w Curse of Enchantia (taka gra) się zdarzyło...


3) Descendants - Heiko van der Scherm z zespołem (2011)


Romantyzm ma ciężką przeprawę z bardziej przyziemnymi poglądami, zawsze. Piękno, miłość, poświęcenie - a może to tylko mrzonka, naiwność i głupota? Ile się o nich dzisiaj mówi? "Descendants" podejmuje rękawicę i rozprawia się z tego typu dylematami. 14,5 minuty to może być dużo jak na krótki metraż, ale każda chwila jest jak najbardziej na miejscu.


4) Adumu - Alan Temple (2009)


Chwila wytchnienia od ciężkich tematów. Jak się okazuje, nie trzeba ukończyć Shaolin, aby móc kopać tyłki samym tylko pozowaniem na tle słońca. I ten lew szybszy od błysk... znaczy się pocisków z karabinu. Co oni w tej Afryce?


5) Destiny - Fabien Weibel (2012)


Pozostajemy w klimatach lżejszych opowieści. Co byście zrobili, gdyby okazało się, że coś się wydarzyło, a Wy utknęliście w jakiejś przeklętej pętli czasu i wszystko się powtarza? Intrygujące.


6) Invention of Love - Andrey Shushkov (2010)


Wyobraźcie sobie świat, w którym jest wszystko, ale w którym nie ma życia. Jak długo takie coś mogłoby przetrwać? Film jest piękny i ma przesłanie. To, co tygryski lubią najbardziej (tzn. zaraz po krwawej jatce). Niektórzy to się nigdy nie nauczą...


7) Wolfsong - Toniko Pantoja (2013)


Nie będę płakać, nie będę płakać...


8) Entropy - Rhubarb Zoo (2008)


Tu się trochę pogubiłem. Z tego co wiem, to Entropia jest chaosem, rozkładem i końcem znanej nam rzeczywistości. Co więc taki tytuł robi w tej uroczej opowieści? No dobra, nawet jeśli uznamy ją za "przypadkowość", to i tak nijak mi do tego nie pasuje... Ale ładna muzyka przewija się przez filmik :)


9) Azureus Rising - Black Sun Entertainment (2010)


O, to jest dobre! I można pokazać młodszemu bratu. Film akcji. Innych danych jakoś nie potrzeba :P


10) Zero - Zealous Creative (2011)


Zaczyna się poważnie - ten lektor, ta muzyka... I takie pozostaje. Jak na tak krótką formę bardzo głębokie. Jest to historia o świecie, w którym każdy rodzi się z numerem określającym jego "przynależność kastową". I jest to historia o kimś, kto urodził się (jak podpowiada tytuł) z zerem. Bardzo ciekawe zakończenie!


11) Legacy - Grzegorz Jonkajtys (2013)


Filmów o tym, co się stanie, jak nas już nie będzie, jest niewątpliwie bardzo wiele. Co gorsza, zdecydowana większość (jak nie wszystkie) są całkowicie ze sobą zgodne. Ten też się do nich zalicza.


12) Street Fighter Does A Thing - CrikeyDave (2013)


Krótki przerywnik! Harlem Shake w wykonaniu postaci ze Street Fightera. Con los terroristas! Wiecie, kiedyś to była rzecz...


13) Ruin - MrMundo3d (2012)


Kolejna bardzo intrygująca propozycja. Te mniej destrukcyjne wizje świata przyszłości zawierają przytłaczające ilości zieleni obrastającej rozsypujący się beton. W takiej też scenerii anonimowy bohater stara się znaleźć jakieś informacje - szybko okazuje się jednak, że nie jest sam... Bardzo dobrze zrealizowane, muszę przyznać.


14) Bottle - Kirsten Lepore (2010)


Przedostatni film na dzisiaj. Wydaje się bardzo miły i przyjemny. Nic bardziej mylnego! Film filmem, ale czasem to twórcy nie mają serca.


15) Alight - Jason Keyser (2011)


"Cause I am your lady
and you are my man..."

sobota, 7 maja 2016

Mali następcy

Autor: Edward M. Lerner
Tytuł: Następcy
Tytuł oryginalny: Small Miracles
Rok wydania: 2010




Szczerze? Zrobiłem sobie przerwę w opisywaniu gier. Może następnym razem podeślę Wam coś innego, tak dla odmiany. Może (tak sobie wmawiam). Kończy się semestr, wiecie jak to jest... Nie? Tym lepiej dla Was ;)

Tym razem pominę milczeniem zamianę oryginalnego tytułu na coś takiego. Czyżby ktoś pomyślał, że tak lepiej się sprzeda? A, miałem nic nie mówić...

Znacie Terminatora? Idea buntu maszyn w swoim wykorzystaniu konkurować może z Matriksem i równie znaną wizją świata, gdzie ludzie są tylko narzędziem istot "wyższych", a przecież stworzonych przez człowieka. Tu jednak - wbrew temu, co sugerować może okładka - nie mamy do czynienia z robotami człekokształtnymi, ale czymś na kształt cyborga, jeśli mogę się tak wyrazić. Chodzi o nic innego jak o boty - nanoboty. Takie małe cosie, które za sprawą prototypu stroju ochronnego dla wojska dostają się do organizmu jednego z pracowników firmy, która go wyprodukowała. A dalej to już pójdzie.

Okładka w jednym się zgadzała - zaczyna się od wybuchu. Tyle że do kolejnego "wybuchu" poczekać musiałem dobre pół książki, a nawet więcej. Tak naprawdę to liczyło się dla mnie tylko ostatnie 50-100 stron, kiedy to akacja tak mozolnie do tej pory zakręcana zaczęła kiełkować. Wielkim plusem konstrukcji powieści jest pokazywanie wydarzeń z perspektywy różnych osób je obserwujących. Początkowo daje to nam pewien sygnał, że coś się dzieje - a później pozwala na bardzo sprawnie przeprowadzone śledzenie różnych toków myślowych. Jest to tym cenniejsze, że nie wszystko, co dzieje się na kartach książki jest dostępne innym postaciom. A już zwłaszcza konstrukcja wypowiedzi ja/my lała miód na moje receptory.

Czytając "Następców" nie można uniknąć wątków medycznych. Tak też zresztą jest reklamowana ta powieść. Fani zmagań lekarzy czy biobandytów będą jednak zawiedzeni - wątek ten jest ważny, ale w ogólnym rozrachunku dość śladowy. Więcej tu nacisku na część informatyczną i informacyjną (tak, to coś innego). Ale jest, bez obaw.

Minusy? Jak na moje męskie oko za mało się bili. No ale tak to jest, jak się za postać wiodąca obiera kobietę. Nie żeby mi to przeszkadzało - ale przyznać muszę, że pewien potencjał został zastąpiony swoją grzeczną wersją. Choć z drugiej strony ile można czytać o macho zakutym w superpancerz? Przyznaję, było to coś oryginalnego. Czy o to chodziło? Mam nadzieję. W tym dobrym znaczeniu - nie chcę sugerować, żeby autor leciał na kasę.

Biorąc tę książkę do ręki miałem duże oczekiwania. Pierwsze wrażenie było takie, że jednak się one nie spełnią. Potem na szczęście - jak już wspomniałem - rzecz wraca do normy. Dajcie jej szansę - i naprawdę doczytajcie do końca. Lojalnie uprzedzam i zachęcam ;)


Ocena:
Ja sem elektronicky mardulec! (musiałem ;P )

sobota, 30 kwietnia 2016

Dziesięciu luda na umrzyka wyspie...

Autor: Agatha Christie
Tytuł: I nie było już nikogo
Tytuł oryginalny: And Then There Were None
Rok wydania: 2013




Do klasyki można podchodzić jak do jeża. Serio. Wiem, że zazwyczaj warto po taką pozycję sięgnąć, bo zdążyła już uzyskać rozgłos. Ano właśnie - zdążyła. Znaczy się jest już trochę leciwa. Nie ma więc karabinów, eksplozji i innych scen 18+. Czy mnie to przeszkadza? Nie. Tylko żartuję ;)

Znów zacznę od tytułu. Niektórzy tłumacze lubią dawać coś od siebie. Tu ubarwi, tam poprawi - i będzie cacy. Ano niekoniecznie. Inny tytuł powieści to "Dziesięciu małych Murzynków" (tu już z wielkiej litery - na szczęście). Ja rozumiem, że ma to swoje uzasadnienie w fabule. Ja rozumiem, że tam tych dziesięciu żołnierzyków było... Nie mam siły. Tytuł oryginalny jest taki, jak teraz - i przechodzimy do następnego punktu programu.

Zasady są takie. Na wyspę zaproszonych zostaje dziesiątka ludzi - wszyscy w jakiś sposób znali bądź znają gospodarza (lub tak im się wydaje). Potem okazuje się, że ktoś ginie. Potem znów ktoś kopie w kalendarz - i dziwnym trafem zgodnie z pewnym wierszykiem... Można takie rzeczy lubić, albo można takich rzeczy nie lubić. Ale oglądając nagrania z bitew w HearthStone (chodzi mi o filmy w stylu "lucky moments") jestem w stanie uwierzyć w takie zbiegi okoliczności. Bo że ktoś rzecz zaplanował, to nikt nie ma wątpliwości. Pytanie zatem - kto?

Książkę pierwotnie wydano w roku 1939. Tak, kawał czasu! I z jednej strony trochę brakowało mi akcji typowej dla świata dzisiejszego. Bohaterami są młodzi, ale nie gniewni (tym bardziej nie wku-... Wiecie co dalej.), starsi kulturalni czy wręcz religijni. I pokażcie mi, gdzie teraz o takim zbiegowisku można poczytać. Nawet nie wiecie, jak się cieszyłem, że oni właśnie tacy byli. Spokojni, metodyczni. Ale Chrtistie przecież nie zasłynęła jako pisarka dla dzieci! Im zatem dalej w las, tym człowiek bardziej siedzi z nosem w kartach dzieła. I tym razem (aluzja do mojego poprzedniego wpisu) wszystko kończy się tak, jak powinno - niespodzianką. I to taką, jak wiadomo, której większość się spodziewać nie będzie. Co prawda te ostatnie fragmenty zdradzały aż za wiele - to do tej pory czytając można spokojnie podejrzewać każdego z bohaterów. Mnie się nie udało - nie tak do końca. Ale może Wy...


Ocena:
A tacy spokojni ludzie, sąsiedzi mówili...