Autor: Robert Ludlum
Tytuł: Weekend z Ostermanem
Tytuł oryginalny: The Osterman Weekend
Rok wydania: 1992 (oryg. 1972)
No i wracamy do mistrza :) Teraz mogę już tak mówić - i nie będę swojej oceny ukrywał. Bo i po co? Sięgajcie w ciemno. Komu mało - zapraszam dalej.
Spokojna, sielska okolica, sami znajomi i grupka najbliższych przyjaciół spotykających się w weekendy - czego chcieć więcej? Może dodajmy - dobrze zarabiających przyjaciół. Ale jednak - coś burzy porządek. Wbrew oczekiwaniom i jak na ironię, sprawcami wydarzeń odbiegających od normy są stróże prawa. Patrole policji jakby zbyt często zatrzymują się przed pewnymi domami - o co może chodzić? Czy ktoś tu o czymś nie wie? A może wręcz przeciwnie - wie za dużo?
"Weekend z Ostermanem" to krótka, prawie 300-stronicowa powieść. Nie można spodziewać się po takim formacie cudów, więc i ja się nie spodziewałem. To nie mogło być nic innego jak jakaś lekka lekturka na parę wieczorów. I byłem w błędzie! To znaczy, nie do wieczorów - do całej reszty. Ale po kolei.
Przede wszystkim zwrócić uwagę należy na sposób prowadzenia fabuły. Początkowo śledzimy kilku bohaterów, aby później przejść do jednego z nich, z którym zostaniemy już do końca. Ich losy oczywiście splotą się, ale to jakby mniej ważne. Co jest ważne, to fakt, że fabuła ta znów - jak też i w innych dziełach Ludluma - nie daje nam chwili na spoczynek. Wiecznie zastanawiamy się, o co chodzi, "kto zabił", jakbym pytał w przypadku kryminału. Odpowiedzi gdzieś tam są, ale cała prawda dawkowana jest czytelnikowi pomału, zawsze z marginesem niespodzianki. Nawet więc jak niby nic się nie ma wydarzyć - dzieje się. Chyba nie przestanie mnie to fascynować.
Jest tu obecna jedna wada, o której mogę wspomnieć. Oczywiście pisałem już, że powieść jest dość krótka. Nie chodzi mi jednak o problem raczej pustego świata, który dotyczy Dicka - wręcz przeciwnie, sporo tam szczegółów i kolorów. Chodzi mi o zakończenie - jest trochę za szybkie, mogłoby być troszkę bardziej opóźnione. Jakoś inaczej rozwiązane, doprowadzenie do finału mogłoby zająć jeszcze chwilę, być ciut bardziej dramatyczne. W tym momencie akcja w widoczny sposób zwalnia. Minus mały, ale widoczny.
Werdykt? Sam z chęcią sięgnę po kolejne dzieła tego autora. To samo polecam Wam - prawdopodobieństwo mówi jasno, że się nie przejedziecie. Stare, nowe - bez różnicy. Byle tylko na okładce widniało nazwisko "Ludlum".

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz