wtorek, 29 grudnia 2015

Chwila przerwy

Witajcie moi drodzy. Przepraszam za brak aktywności w ostatnim tygodniu - rozchorowałem się. Akurat w Święta! Ugh... Najgorzej, bo mi ciasta koło nosa przeszły. W znacznej części przynajmniej. Powoli wracam do zdrowia, ale mam trochę pracy do nadgonienia i może być problem, żebym zrobił dwa wpisy. Jeśli więc nie dam rady, to lojalnie uprzedzam :) W najgorszym wypadku zapraszam za dwa tygodnie. Innymi słowy -bonusów świątecznych nie będzie :( Trzymajcie się ciepło! ~Wasz Gospodarz

niedziela, 20 grudnia 2015

Skakanka

Artysta: La Olla Express
Album: Panic
Rok: 2009




Czy Wy też lubicie spokojniejszą stronę muzyki? Ja tak, chyba nikogo to nie zdziwi. Ale są w mojej kolekcji też rzeczy z tego drugiego bieguna. Takie do zabawy, a nie tylko do odprężenia się po ciężkim dniu czy w ogóle do chwili spokoju. Ostatnio pokazałem Wam coś z działki country, teraz pora na ska.

Co to takiego? Ano jak sam to określam, rock na trąbkę. Jest to to muzyka bardzo dynamiczna, a głównym instrumentem jest właśnie ta blaszana dmuchawka. Brzmi ciekawie? Też mi się tak wydaje. Zwłaszcza, że wykonanie nie pozostawia wiele do życzenia. Każda kolejna chwila na liczniku to prawdziwa magia. Żywa, radosna, dobrze zagrana i zaśpiewana. Dźwięczne głosy pary wokalistów uzupełniają się tak dobrze, że jest to jeden z moich ulubionych krążków z Jamendo. Ich język, hiszpański, dodaje rzeczy charakteru i jeszcze bardziej wzmacnia przekaz. Z obu stron, muzyki i słów, płynie ogromna wręcz dawka energii, nawet w tych wolniejszych utworach.

Ludzie odpowiedzialnie za ten album z całą pewnością wiedzieli, co robią. Nie mam nic przeciwko muzyce niezależnej, tak naprawdę bardzo ją lubię. Ale ten jest szczególny. Lepszy. Mimo upływu lat krążek w ogóle się nie zestarzał - i to nie jest pierwszy raz, gdy go słucham. Jest w nim coś takiego, że ilekroć mam na niego ochotę, wiem, że ten czas nie będzie zmarnowany. Wielka szkoda, że zespół udostępnił tylko jeden album - kolejny z pewnością byłby wielki. Nie ma jednak tego złego - będzie miejsce dla innych wielkich. Lista jest długa, o tym mogę zapewnić.

Jeszcze nie kliknęliście "Pobierz"? A wiem, jeszcze czytacie mój tekst. No teraz raz raz, w podskokach lećcie wypróbować swój nowy nabytek. Nie będę zabierał Wam więcej czasu.


Ocena:
Nokaut!

sobota, 19 grudnia 2015

Kule, które leczą

Tytuł: Codename CURE
Testowana platforma: Windows XP + Steam
Rok wydania: 2015
Cena: darmowa





Ciemno, ciemno, ciemno - zombie! Ha, ten typ gier to się chyba nie zestarzeje. Niby to taki prosty pomysł, a jak to płodność twórców napędza... Lubicie się bać? A lubicie kopać tyłki nieumarłym? Jeśli tak, to czytajcie dalej.

Zacznijmy od podstaw. Codename CURE to mod, który dostał nóg i się usamodzielnił. Pierwotnie można sobie było w to pociąć mając na dysku Half-Life 2, ale teraz już go nie potrzeba. Za to potrzeba Steam. Ale nic tam, przynajmniej za darmo dają. Dla tych, którzy nie słyszeli o serii H-L: to taka strzelanka FPP. Trochę się pozmieniało co prawda, ale raczej wypada czegoś takiego oczekiwać.

Rozpoczynając grę wybieramy sobie postać z listy. Jest ich kilka, a różnią się one uzbrojeniem, ekwipunkiem i oczywiście skórką. Taki Assault dostaje karabin szturmowy i granat, Support MP5 i skrzynkę amunicji (pełniącą również rolę stacji medycznej), snajper - jakże by inaczej - snajperkę... I tak dalej. Jest też automatyczna wieżyczka, tak jakby się ktoś pytał ;) A potem już tylko zrzut i do boju. Póki co jest jeden cel - wejść do budynku, podłożyć bombę i ścigać się z licznikiem w drodze do punktu ewakuacji. W międzyczasie czeka nas horda zombie w trzech odmianach - zmienia się ich prędkość i wytrzymałość. Generalnie należy na siebie uważać, bo czasu jest niewiele, a kolejne fale wrogów wlewają się na nas co pewien czas, zależnie od postępów.

Kluczem do zwycięstwa jest wyważenie parcia do przodu i bunkrowania się tak, żeby starczyło i życia, i amunicji. A ta wierzcie mi, szybko się kończy. Na szczęście przez większą część rozgrywki będzie można powrócić do życia - o ile sytuacja na to pozwala. W środku ataku pozostaje mieć nadzieję, że ktoś zostanie na nogach. Warto wspomnieć, że docelowo na jednej mapie poruszać się może do pięciu graczy - nie ma więc co szaleć i iść wyłącznie w jeden styl gry. Choć wbrew pozorom wielu ludzi gra czymś innym niż Assault, co mnie  jednocześnie cieszy i martwi. Cieszy, bo można sobie popykać do zombie z najlepszej broni w grze, martwi bo obrywają na tym osiągnięcia. Tak czy inaczej nigdy jeszcze nie spotkałem gry, w której brakowałoby siły ognia - jakoś tak wszyscy się dzielą, że zespół działa. Generalnie, bo wiecie pewnie doskonale, że może się trafić jakiś koleś, co nie ogarnia gry zespołowej. A że czas bywa ograniczony i zło czai się za każdym rogiem, może to kosztować parę żywotów.

Oprawa cieszy zarówno oko, jak i ucho. Zależy to też od mapy. Mój komputer zakwalifikował się do wysokich ustawień, ale rzeczywistość poddała to weryfikacji. W zamkniętych pomieszczeniach jest dobrze, ale był taki wieżowiec, gdzie trzeba było wychodzić na balkon - i tam mnie wywalało. Podobnie zresztą jak przy włączaniu latarki - choć tu częściej miałem po prostu laga sprzętowego. Nie zmienia to jednak faktu że coś jest nie tak. Na niskich ustawieniach jakoś ciągnie... Ciekawym smaczkiem jest zmiana muzyki podczas ataku zombie. Rozlega się syrena alarmowa i słychać zawodzenia nieumarłych - nigdy więc nikogo to nie zaskoczy. Potem wszytko ucicha - ale przecież nie nie zawsze.

Znów pokazuję Wam grę nieukończoną. Na Steamie wisi ogłoszenie, że to wczesny dostęp. Ale co tam. Już teraz gra jest świetna. Rzadko kiedy widzi się dobrą, darmową grę nastawioną na pracę zespołową. Z botami ciężko wygrać nawet na casualu, a patrząc po serwerach najpopularniejsze są najwyższe poziomy trudności. Znaczy to tylko jedno - że ma ona przyszłość. Życzę Wam, żebyście trafiali na porządnych towarzyszy. A teraz jazda, pobierać!


Ocena:
Leczy nudę


W skrócie:
+ Dobrze wyważone klasy postaci
+ Wymusza grę zespołową
+ Trzyma w napięciu
+ Za każdym razem może być inaczej
+ Widok zamykającej się bramy do punktu zbornego, gdy jesteśmy po dobrej stronie

- Widok zamykającej się bramy do punktu zbornego, gdy jesteśmy po złej stronie
- Jeśli wygrywa się na najwyższym poziomie, może zrobić się nudna
- Nieoficjalne mapy mogą napsocić

niedziela, 13 grudnia 2015

Strony z duchami

Tytuł: Lancaster the Ghost Detective
Rok rozpoczęcia: 2004




Plan jest taki. Zapominacie, że w poprzednim poście miałem pokazać coś arcyfajnego. Zapominacie, że dziś też miało być coś fajnego, co dawało razem dwa wpisy o rzeczach zarąbistych. Pamiętajcie za to, że dziś pokazuję coś nowego na skalę tego miejsca. Będzie to choć w połowie realizacja mojego zamiaru...

Jak można się było zorientować po tytule, główny bohater to koleś będący za pan brat z obecnością duchów. Dokładnie rzecz ujmując jet on ich łowcą - coś na kształt znanego zespołu ze znanego filmu. Los chciał, że już na początku trafia on na niezłego skurczybyka - a co on robił i dlaczego, to już sobie doczytacie.

O komiksie tym powinienem i będę wyrażał się w samych superlatywach. Dawno co prawda miałem z nim do czynienia (od pewnego momentu czytałem na bieżąco), więc nie uraczę Was dokładną analizą za i przeciw. Pozwolę za to płynąć moim wspomnieniom - a jest ich parę. Przede wszystkim miesza się tu pewna doza brutalności i tkliwości. Lancaster to nie tylko spec od duchów - trafi mu się po drodze parę potworów, którym będzie trzeba skopać tyłek. Jednak to właśnie duchy będą nakręcać główny wątek - i tak już do samego zakończenia. A to - gwarantuję - wzruszy Was do żywego. Jakby tak ująć to na skali, to będzie gdzieś w okolicach "śmierć Mufasy". Ja po tylu latach nadal uśmiecham się z rozrzewnieniem...

Każdy, kto zagłębi się w lekturze, zada sobie jedno podstawowe pytanie. Jakim cudem Lancaster co raz to wyciąga z kieszeni nowy model Plasmaty? To taki gadżet jego autorstwa. Ale to chyba jedyny tego typu szczegół. W sumie to nawet człowiekowi nie przeszkadza, że fabularnie patrząc nie miał on czasu na skonstruowanie nowej wersji. Takie tam. Ważne, że ma czym zamiatać.

Jak już mówiłem, przygody Lancastera niezmiernie mnie wciągnęły. To znaczy tak, ale innymi słowami to powiedziałem. Wracając na stronę komiksu przekonałem się, że twórca robi kontynuację - jeszcze jej nie czytałem, ale znając jego styl mam się czego spodziewać. Co prawda ostatnia strona nadal datowana jest na rok 2014, ale nadzieję można mieć. Choćby tylko do tego, co już zostało zrobione.

Fakt, może nie jest to tak popularna dziś manga, a w tym porównaniu styl Lancastera wychodzi na dość ubogi. Ma on jednak swój urok i tego stanowiska będę bronił. Każdy rozdział pełen jest ciekawej akcji, a postacie naprawdę dają się lubić. Polecam każdemu, kto lubi przygodę - tej nie zabraknie.


Ocena:
Who you gonna call?

sobota, 12 grudnia 2015

Herbatka z prądem

Tytuł: Teeworlds
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2007
Cena: darmowa





Miało być tak fajnie. Miałem przedstawić Wam jedną z moich ulubionych gier. Miałem... Wiecie co się okazało? Że już prawie nikt w to nie gra. Zdecydowanie nie fajnie! Pamiętajcie i uczcie się na cudzych błędach - łapcie życie póki jest, za szybko to przemija :(

Ale koniec żalenia się. Gry czekają! Serio, daleko nie szukałem. Znałem Teeworlds od jakiegoś czasu, ale paczka jakoś tak leżała w folderze pobierania... Leżała i w końcu przyszedł na nią czas. Miał być Soldat, będzie coś bliższego do pierwowzoru. Znacie Liero? A może słyszeliście o nim? Jeśli tak, to zapraszam. Jeśli nie - też :P

Zacznijmy od podstaw. Podobnie jak Liero czy ten nasz nieodżałowany Soldat, mamy tu do czynienia ze strzelanką w dwuwymiarowym środowisku z kamerą z boku. Jak widać zresztą. W zależności od trybu gry naszym celem jest albo ubicie jak największej liczby przeciwników, albo zebranie jak największej liczby flag z bazy wroga. Ewentualnie zabić po drodze jak najmniej naszych sojuszników z drużyny, ale wiecie jak to jest... Te granaty i takie tam.

Granaty? No, prawie. Nasz arsenał początkowo składa się z oszałamiającej liczby dwóch broni, ale jeśli trochę poszperamy po planszy, szybko znajdziemy też inne pukawki. Znów, nie spodziewajcie się cudów, za wiele ich nie będzie. Wymieniając po kolei co w trawie piszczy: zaczynamy z młotkiem i pistoletem, a zebrać możemy jeszcze strzelbę (shotgun),  granatnik i laser. Mówiłem - szału nie ma. Pierwsza pozycja nie wymaga komentarza - po paru celnych ciosach można nią powalić jakiegoś zagubionego ziomka, ale dalej lepiej mieć coś strzelającego. Pistolet wyróżnia się tym, że amunicja do niego szybko się regeneruje. Shotgun wypluwa śrut, granaty wybuchają, a laser odbija się od ścian. I tyla. A, jeszcze broń bonusowa. Na niektórych mapach jest jeszcze mordercza katana. Tym to się dopiero zabija!

Pozostałością po Liero jest linka z hakiem. I tu się trochę rzecz ożywia. Samo strzelanie prawda, daje radochę. Może gdyby poprawić nieco trajektorię lotu granatu byłbym szczęśliwszy, ale w sumie da się do tego małego zasięgu przyzwyczaić. Ogólnie brak tu broni na dłuższy dystans. Wbrew pozorom najdalej strzela pistolecik, ale z jego jednym punktem obrażeń świata się nie zwojuje - generalnie. Cała nadzieja pozostaje więc w kwestii poruszania się - i tu przyznać muszę, że gra daje radę. Ponownie, trzeba się chwilę poduczyć co i jak (za długa to ta linka nie jest), ale efekty będą zadowalające. Zachęcam więc do niezniechęcania się - z czasem będzie na co popatrzeć.

Co do grafiki można mieć odmienne zdanie niż ja, ale osobiście (jak już gdzieś pisałem) lubię oprawę rodem z kreskówek. Ociekające krwią, realistyczne "ragdole" może i mają swój urok, ale to rozwiązanie nasuwa mi jednoznaczne skojarzenie - "dobra zabawa". Bo jeśli coś nie jest na serio, to tym łatwiej jest się przy tym dobrze czuć. No i taką grę można spokojnie pokazać młodszemu bratu - co mam zamiar zrobić.

Jeśli szukacie gry, z którą będziecie mogli związać się na poważnie, to proszę bardzo. Nie gwarantuję, że zaskoczy za pierwszym razem, ale gdyby dać jej szansę, pokaże pazur. Nie dajcie się zwieść! Jak w każdej grze tego typu są gracze tak zwani "niedzielni" i tacy, którzy nic innego nie robią, tylko łapią fragi czy tam flagi. Miejsca wystarczy dla każdego!


Ocena:
Słodkie jak zemsta


W skrócie:
+ Kreskówkowa oprawa
+ Linka z hakiem
+ Małe mapy
+ Łatwo się wdrożyć
+ Personalizacja postaci gracza

- Mało broni
- Krótki zasięg granatnika i linki

niedziela, 6 grudnia 2015

Głębia koloru

Artysta: Sweet Play
Album: Colours Of The Day
Rok: 2015




Wybaczcie moją monotematyczność, ale jakoś nie mogę się powstrzymać przed słuchaniem rzeczy podobnych do siebie w sferze klimatu, jaki dana muzyka reprezentuje. Następnym razem postaram się podrzucić coś innego, ale póki co przemęczcie się jeszcze raz :)

Muzyka elektroniczna już od dawna jest raczej pojęciem zbiorczym niż jakimś bliższym określeniem na to, co dzieje się w głośnikach. Trudno też jednoznacznie powiedzieć, jaki jej dział prezentuje jakiś materiał. Mnie osobiście to cieszy, bo lubię niespodzianki w muzyce. A już zwłaszcza, gdy atmosfera jest wielowymiarowa. Z jednej strony mamy więc linię melodyczną - spokojną i głęboką, z drugiej magiczny, kobiecy wokal (z odrobiną męskiego w pewnym momencie). Już pierwszy utwór otwiera przed nami bramę i zaprasza w mury trochę hermetyczne, ale z obietnicą udanego pobytu.

Dlaczego hermetyczne? Bo troszkę trudno dostępne, przeznaczone dla pewnego grona odbiorców. Nie jest to muzyka rozrywkowa, celuje w zupełnie inne rejony naszej świadomości. Choć prawdopodobnie spodoba się wielu z Was. Za to własnie lubię tę EP-kę. Jest krótka, prawda - ma tylko trochę ponad pół godziny, wliczając  w to dwa remiksy. Ale pewnym jest, że im dłużej będziecie jej słuchać, tym dłużej z Wami pozostanie. Dajcie jej szansę, warto.


Ocena:
Vocoder-mocy, przybywaj!

sobota, 5 grudnia 2015

Widziałem mutanta cień

Tytuł: Shadowgun: Deadzone
Testowana platforma: Facebook + Firefox
Rok wydania: 2015
Cena: darmowa (+ mikrotransakcje)
Link: https://www.facebook.com/games/shadowgun-deadzone





Chyba nie jest już tajemnicą, że jestem jednym z tych ludzi, których sam na łamach Komnaty określam mianem "tych, którzy lubią sobie postrzelać". Nie powinno więc dziwić, że ląduje tu kolejna gra w tym stylu.

Początkowo podszedłem do niej sceptycznie. Skończyło się na tym, że ikonka na Facebooku wylądowała w koszu. Nie na długo na szczęście, bo gdy dałem jej drugą szansę przekonałem się, ile jest warta tak na prawdę. Chodziło po prostu o to, że na te parę pierwszych meczy trzeba nałożyć filtr braku lepszego sprzętu do zabijania, ale o tym za chwilę. Od razu pragnę to powiedzieć - nie przejmujcie się, jeśli w tej pierwszej fazie będziecie obstawiać tyły listy wyników, to przejdzie.

A jak już przeżyje się te pierwsze niepowodzenia (serio, ginie się w niemal każdej sytuacji 1 na 1), system gry rozkłada przed nami karty. I nic, tylko się zagłębić w dalszą rozgrywkę. Oprócz typowego strzelania, mamy do dyspozycji laboratorium i sklep, gdzie będziemy mogli zaopatrzyć się w lepsze bronie, a nawet je jeszcze ulepszyć. Wybór jest naprawdę duży, a każdy typ broni dzieli się jeszcze na trzy poziomy - i każdą z giwer można zabrać ze sobą w bój. Na start mamy tylko jeden slot na broń i jeden na przedmiot (np. apteczkę lub granat), ale szybko można ten stan rzeczy zmienić. Zaznaczam tylko, że tylko gracze premium będą mieli dostęp do naprawdę wszystkich usprawnień, co nie zmienia faktu, że darmowi za wiele nie tracą. Zwłaszcza że jest tu system loterii oraz osiągnięcia dzienne, za spełnienie których dostaje się przedmioty premium. Dla mnie brzmi to uczciwie. Szczerze powiedziawszy to po moim magazynie walają się dopalacze pancerza i inne takie, a nie wydałem nawet złotówki.

Do wyboru mamy dwa tryby - deathmatch każdy na każdego i grę zespołową przy zdobywaniu punktów kontrolnych. W obu przypadkach nie musicie się martwić, że nie będzie z kim grać. Zawsze ktoś się nawinie. Komunikat o braku chętnych pojawił mi się co prawda parę razy, ale gdy próbowałem jeszcze raz, gracze się znajdywali, więc zastrzeżeń nie mam. Jako że oba tryby przedstawiają diametralnie inny model rozgrywki, warto przemyśleć, z jakim ekwipunkiem ruszymy do walki. Musimy tu jednak opierać się wyłącznie na swoich własnych preferencjach, bo niestety, ale brak tu jakiejkolwiek poczekalni. Wybieramy tryb i reszta dzieje się już sama. Może się tez zdarzyć, że dołączymy do gry już nie tyle tylko rozpoczętej, ale już takiej, która się kończy. W sposób oczywisty rzutuje to na naszym wyniku, a to miłe nie jest. Były takie przypadki, ale najczęściej jednak dodawało mnie do gry z około minutą na liczniku, czasem też rozpoczynaliśmy od zera.

Na koniec moje ulubione rzeczy, czyli co pragnąłbym zobaczyć w każdej strzelance. Po pierwsze, rzut granatem polega na wciśnięciu klawisza jego slotu, dzięki czemu nie trzeba się na nic przełączać. Minus jest tylko taki, że trzeba przestać strzelać, co może nas kosztować życie. Po drugie - respawn jest tu kosmicznie krótki. Do zabawy wrócimy już po kilku sekundach, ale - co ciekawe - to zależy wyłącznie od nas. Gra potrzebuje chwili, żeby wyświetlić ekran wyników, na którym jest też przycisk respawnu i licznik. Dopiero gdy na niego klikniemy, dołączymy do kolejki powrotu związanej z tymże licznikiem. Gdy ten dojdzie do zera - pojawiamy się na planszy. Gdyby więc ktoś musiał na chwilę odejść od monitora (albo np. odebrać telefon, bo także gra mobilna) - może to zrobić. Jeśli jednak nie wstrzelimy się w cykl i zero wybije zanim klikniemy, czekamy kolejne kilka sekund. I jeszcze jedna uwaga - w trybie punktów kontrolnych sami wybieramy, gdzie się pojawimy. Jeśli jednak wybrany punkt przepadnie, czekamy od początku - i tak do skutku.

Słowo o oprawie, bo jest o czym mówić. Powiedzcie mi, lubicie, jak na mapie coś się dzieje? Są tu co prawda mapy typowe, ale jedna urzekła mnie szczególnie: "Diversation" dla punktów kontrolnych. Walka toczy się tam przy akompaniamencie ognia artyleryjskiego! Przeurocze :) Początkowo myślałem, że mój staroć nie pociągnie gry na wyższych ustawieniach grafiki. Ku mojemu zdziwieniu jednak wynik autodetekcji ustawił mnie na "high", z czego się bardzo cieszę. Jest jeszcze "ultra high", ale i tak na tym co mam gra wygląda świetnie. Są odblaski, są wybuchy, są porządne modele postaci. Czego chcieć więcej?

Ano powiem Wam, czego można chcieć więcej. Można chcieć zainstalować Deadzone na swoim systemie. Czasem przewija się ktoś z androida, rzadziej z Apple'a, więc coś się dzieje. Jeśli wiec tylko Wasza przeglądarka obsługuje Unity, walcie jak w dym. Serio.


Ocena:
Teraz zginiesz!


W skrócie:
+ Śmiga na starym sprzęcie
+ Mnóstwo broni
+ Duże możliwości personalizacji ekwipunku
+ Przedmioty premium można mieć za darmo
+ Dwa tryby gry
+ Błyskawiczny matchmaking i respawn
+ Zawierucha wojenna poza mapą (dla ozdoby)

- Trzeba się przyzwyczaić do kontroli broni (indywidualny rozrzut, prędkość pocisku itp.)
- Trudne początki

sobota, 28 listopada 2015

Kraina wiecznych pojedynków

Tytuł: Brawlhalla (beta)
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2015
Cena: darmowa (+ mikrotransakcje)





Na wstępie pragnę zaznaczyć, że dzisiejsza gra jest dopiero w fazie beta. Dla mniej wtajemniczonych - projekt nie jest jeszcze kompletny, może ulec zmianie. Gracze są w tej chwili testerami, a ich zadaniem jest wyłapywanie błędów. Piszę o niej z bardzo prostego powodu - jest tak dobra, że nie mogłem czekać!

Jeśli słyszeliście o "Smash Bros" od Nintendo, to macie pojęcie, czym jest brawler. Mała arena, kilku graczy i wieczne otchłanie wokoło. Każdy cios sprawia, że trafiona postać zaczyna odlatywać coraz dalej, aż w pewnym momencie wypada poza planszę i traci życie. Kto zostanie na nogach wygrywa. Problem w tym, że jakby mało jest takich gier na rynku - a już zwłaszcza na PC-ty. Tym bardziej więc ucieszyłem się z faktu, że coś takiego powstaje.

Tytuł brzmi nieprzypadkowo podobnie do nordyckiego nieba dla wojowników, czyli Valhalli. Powiem więcej, był to zabieg całkowicie naumyślny. Różne rzeczy się słyszy - dla przykładu Nexus z "Heores of the Storm" to tylko jakaś kraina, do której zostaje przeniesiona grupa bohaterów, a do Strife (z, jakże by inaczej - Strife) wszyscy sami przybyli. Ale zawsze to jakaś tam kraina - ale nie niebo, gdzie trafiają tylko najlepsi! Tu konkretnie ci najlepsi określani są mianem "legend". I wcale nie jest powiedziane, że musieli umrzeć. Taki Bödvar dla przykładu sam się tam wprosił. Ale o tym już sobie poczytacie sami.

Każda z legend opisana jest czterema cechami - siłą i szybkością ataku, wytrzymałością i szybkością poruszania się. Ponadto każda z nich dysponuje jedną z dwóch broni, w tym mieczem, młotem czy pistoletami. Rodzi się Wam pytanie, jak taki miecz może konkurować z bronią palną? Nic dziwnego. Ale spokojnie, wszystko pod kontrolą! Wszystko rozbija się o hurtbox-y, czyli zasięg i pola trafienia. Nawet jeśli atakujemy czymś długim jak włócznia czy generalnie mając coś na dłuższy dystans, trafienie odnotowuje się wyłącznie w pewnym punkcie oddalonym od naszego bohatera. Innymi słowami - albo trafia się kolesia parę kroków przed nami, albo wali w powietrze. Wyzwaniem staje się więc nie tylko samo celowanie, ale i unikanie broni krótszych, jak katary. Taki minotaur Teros, który ma duże i ciężkie bronie, będzie miał problem ze zwinną i szybką kocicą Asuri. Nic więc dziwnego, że najtańsze są zazwyczaj postacie do walki bezpośredniej - nimi gra się najłatwiej.

Jeszcze dwa słowa w temacie postaci. Legend się znaczy... Jak już wspomniałem, każdy ma przydzielone dwie bronie. Ale nie tak od razu - najpierw trzeba je złapać. A te pojawiają się na planszy jako dar od tych z góry. Dla każdego jest to samo, ale dopiero jak się rzecz podniesie, to dostaje się swoją broń - losowo. Jeśli więc jakimś sposobem stracimy oręż (np. przez śmierć), sprawa znacznie się skomplikuje. Druga rzecz - ciosy. O ile na poziomie statystyk sprawa jest jasna (dodam, że te można zmieniać poprzez odblokowanie pozycji bojowych - stance), o tyle tu wymaga to komentarza. To, że ktoś ma tę sam ostry czy ciężki przedmiot, nie oznacza podobieństwa w stylu gry. Ciosy dzielą się na szybkie i mocne, do czego dodać należy klawisze kierunkowe - i mamy niezły zestaw. Ale dopiero te silne razy są charakterystyczne dla każdej legendy z osobna. Generalnie oczywiście, bo widać pewne podobieństwa. Pamiętajcie o tym, bo obrano tu system kupowania i tygodniowej rotacji. Na szczęście w treningu wszystko jest dostępne od razu - ale tylko tam.

No dobrze, zbliżam się do końca. Jak na brawlera przystało, mamy kilka trybów, w tym gry lokalnej. Doświadczenie i kasę zdobędziemy w zarówno w pojedynkach online (matchmaking), jak i drabince. Te pierwsze to każdy na każdego 4 postaci, drugie to do wyboru 1v1 lub 2v2. Jeśli więc macie kolegę - można i tak się pobawić. Gra lokalna oprócz pojedynku z botami obsługuje też turniej i "tryb kanapy", czyli lokalną walkę na jednym ekranie. Pamiętajcie tylko, że potrzebny będzie pad. Z tym jest - chwilowo - problem, bo nie każdy model chce z grą współpracować. Podkreślam, chwilowo.

To teraz podsumowanie. Znajdzie się co prawda parę niedogodności, parę rzeczy należałoby poprawić, ale nie są to jakieś kosmiczne utrudnienia, z którymi twórcy nie mieliby sobie poradzić w najbliższym czasie. Minusem może być omówiona kwestia zasięgu, ale cóż, to da się wypracować. Poza tym to współgra z całokształtem, a to chyba ważniejsze. Polecam na lewo i na prawo. Choć sam wolę strzelanki, w Brawlhallę gram z przyjemnością. I oby tak dalej!


Ocena:
Witajcie w niebie!


W skrócie:
+ Jeden z nielicznych brawlerów na PC
+ Sprawiedliwy balans broni i Legend
+ Miła dla oka i ucha oprawa
+ Minimalne wymagania sprzętowe i sieciowe
+ Skórki, emotki, kolory (darmowe i płatne)

- Jakieś drobiazgi
- Nick gracza to nawa konta Steam
- Nie każdy gamepad działa poprawnie

niedziela, 22 listopada 2015

Jeden na jeden

Artysta: Lorenzo Masotto
Album: Seta
Rok: 2015




Do New Age można mieć wiele zastrzeżeń. Nie zmienia to faktu, że nawet ja jestem tym ludziom za coś wdzięczny. Może nie od strony duchowej czy ideowej, ale tak po prostu, praktycznej. Tak się bowiem składa, że ruch ten wprowadził na rynek parę nowych gatunków muzycznych. Może i nie wymyślono tu czegoś nowego, ale raczej uczyniono to popularnym.

Jest bowiem na świecie coś takiego jak fortepian. Nie pianino, nie pianola, nie keyboard - fortepian. Forte i piano w jednym. Dawno temu instrument ten kojarzył się wyłącznie z muzyką klasyczną i koncertową. Dziś podbija rynek jako solista, w gatunku zwanym nie inaczej niż "solo piano". Tu akurat wystąpi on wraz z przyjaciółmi, ale czaicie bazę.

Jestem dość dziwnym człowiekiem. Podobają mi się różne rzeczy, nieraz zupełnie pozbawione jakiejś wspólnej nici, zupełnie od siebie różne. Ale nie ukrywam również, że ta spokojniejsza strona muzyki przemawia do mnie w sposób szczególny. Takie jest właśnie solo piano - nic tylko sama rozkosz dla duszy. Sęk w tym, że trzeba umieć taki nastrój prowadzić przez cały album, co niestety ale nie każdemu wychodzi. Na szczęście "Seta" podejmuje wyzwanie i wygrywa. Może nie każdy utwór urywa tyłek, ale ogólna atmosfera przecieka wręcz melancholią, późnym wieczorem i ciepłą herbatą. Utworów jest aż dziesięć, co daje prawie 43 minuty rozkoszy. Aż nadto, żeby wysłać się w podróż do innego świata.

Późno się zrobiło... Godzina jeszcze młoda, ale noc już ciemna. Jeśli więc traficie na ten wpis i nie macie jeszcze planów na wieczór, to zapraszam. W tym można artyście zaufać - nie zawiedzie Was!


Ocena:
Nie przeszkadzać, słucham!

sobota, 21 listopada 2015

Próby i Zmagania

Tytuł: Strife
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2015
Cena: darmowa (+ mikrotransakcje)





No dobrze, pora na coś dużego. Nacie zapewne spór fanów Doty i LoLa? Są nawet specjalne filmiki, które starają się naświetlić problem. W niektórych delikatnie sugeruje się, że "gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta". I wiecie co? Trochę jest w tym prawdy. Tyle że zazwyczaj puszcza się w tym miejscu oko do nowego dziecka Blizzarda, a nie innych, nawet darmowych produkcji. Jedną z nich (tak, jest ich więcej!) jest mało znana, ale na pewno warta opisania Strife.

Zacznijmy od końca, ale od tego, co od razu widać, nawet po załączonych obrazkach - od oprawy. Można się z tym zgadzać lub nie, ale mnie osobiście bardzo się taki styl podoba. Oczywiście są tacy, co wolą bardziej realistyczną grafikę, a zdecydowanie mniej cukierkową. Ja po prostu lubię się grami bawić, a przyjęta tu konwencja idealnie się w ten pomysł wpisuje. Plus otwiera to większe pole do popisu w dziedzinie świecidełek, czyli efektów towarzyszącym czarom. Jest na co popatrzeć!

Druga bardzo ważna sprawa. W niektórych MOBAch każdą postać trzeba sobie kupić, podczas gdy kilka innych jest tymczasowo dostępnych za darmo. W Strife nie ma czegoś takiego - wszystko jest od razu za darmo. Jedyne, co można i trzeba sobie odblokować to zwierzęcy towarzysze. Ale to już temat na nowy akapit. Jeszcze przy okazji tego - są też skórki. Albo płaci się pełną sumę i ma się je dożywotnio, albo tylko wypożycza. Plus jest taki, że każde wypożyczenie przybliża nas do otrzymania skórki na zawsze. Sumarycznie wyjdzie drożej, ale hej - nie każdy ma tyle wydać na raz.

Przejdźmy zatem do omówienia bohaterów. Póki co dostępnych jest ich 34, podzielonych na 4 kategorie: atak fizyczny, atak magiczny, przetrwanie (tanki) i wsparcie. Bywa też, że jakaś postać należy do więcej niż jednej grupy. Każda z nich posłużyć się może trzema umiejętnościami zwykłymi i jednym "ultem", czyli zdolnością ostateczną. Plus przed każdą rozgrywką wybrać możemy towarzysza, który będzie nas wspierał swoimi zdolnościami pasywnymi i jedną zdolnością aktywną - w sumie więc potrzeba 5 klawiszy. Jest to o tyle dobre rozwiązanie, że pozwala bardzo mocno spersonalizować naszą postać - nie będzie taka sama jak naszego przeciwnika, zwłaszcza jeśli dodamy do tego przedmioty kupowane w sklepie w naszej bazie. I jakby tego było mało - przedmioty te można modyfikować, płacąc za to jedną z dwóch walut gry (zwykłych, nie premium). Dodam tylko, że zarówno przedmioty, jak i towarzysze, mogą pomóc w przezwyciężeniu braków jakiejś postaci, zwłaszcza gdy słabo u niej z ucieczką.

Jak to w grach bywa, nie tyle liczy się tu postać, ale raczej umiejętności gracza. Co prawda jedni bohaterowie będą np. lepsi w zwarciu od innych, ale cała sprawa rozbija się o grę zespołową. Jedno dobrze wymierzone ogłuszenie i taki wojak leży, nie mówiąc już o czarach obszarowych. Postaci jest na tyle dużo, że zawsze jest się czego obawiać. Jest ich jednak na tyle mało, że nauczenie się co kto ma w zanadrzu nie stanowi problemu. Zawsze można się też odwołać do trybu potyczki treningowej lub też zajrzeć na YouTube (polecam ten kanał: https://www.youtube.com/channel/UCcTQF2FD7FmJXCCFiEut0DA ). Co jakiś czas dodawana jest nowa postać, a że wszystko jest za darmo, to tylko grać i się szkolić.

Gdyby nie jedna paskudna sprawa powiedziałbym, że w zasadzie nie mam zastrzeżeń. Otóż jednak mam - i to nie tylko ja. Chodzi mi o system szybkich pojedynków. Po pierwsze, niekiedy trzeba będzie poczekać kilkanaście (!) minut, żeby system wybrał dla nas resztę graczy. Tyle czeka się na grę solo, ale w zespole może być jeszcze gorzej, bo losuje się tylko drużyna o tej samej liczebności. Gdy gra się z czwórką znajomych, system będzie szukał wyłącznie kolejnej piątki. Niby to sprawiedliwe, ale dałoby się to zrobić lepiej. Druga sprawa, że grając solo cały zespół będzie przydzielany na podstawie tego, kto jest dostępny - bez możliwości jakiejkolwiek ingerencji z naszej strony. Jeśli więc wylosuje się 5 postaci wsparcia kontra 5 wojowników, to chyba znacie wynik.

Rozpisałem się... Pora na werdykt. Jeśli do tej pory nie wiecie, którą mobę wybrać dla siebie, sprawdźcie Strife. Wbrew pozorom to poważny i duży projekt, ze sporą liczbą graczy. Co nie oznacza, że nie przydałoby się ich więcej. Rozgrywka jest szybka i teoretycznie mało wymagająca, wiele jest też możliwości prowadzenia postaci czy całego zespołu. Całość okraszono miłą dla oka grafiką. Mnie to złapało, a Was?


PS:
Dodałem nową etykietę. Będę nią oznaczał gry, które potrzebują graczy. Wiecie co macie robić ;)


Ocena:
Naaaprzóóód!


W skrócie:
+ Proste zasady
+ Bez udziwnień
+ Personalizacja postaci
+ Optymalna lista bohaterów
+ Skórki
+ Dwoje bossów

- Kiepski matchmaking
- Tylko jedna mapa
- Sporo ludzi opuszcza pojedynek przed końcem meczu

niedziela, 15 listopada 2015

A teraz coś zupełnie innego

Artysta: Melanie Ungar
Album: What Is Love
Rok: 2015




Zapewne zauważyliście pewną zależność w temacie muzyki, jaką tu dla Was publikuję? Plany miałem co prawda inne, ale że nie mogłem znaleźć tego, co pokazać chciałem (serio, im nowsza wersja strony Jamendo tym gorzej się szuka staroci), to macie to. Cieszycie się, prawda? Ja tak. Mimo wszystko :P

Zacznijmy od tego, że country jako gatunku muzycznego bać się nie trzeba. Klasyki zawsze słucha się miło, a to, co wyrabiają artyści w dniu dzisiejszym to bardziej takie pop-country. Spójrzcie jaką karierę robi Taylor Swift. Co prawda ona poszła już na całego w pop, ale od country w końcu zaczynała. Jest to tylko styl muzyczny, taki sam jak wszystkie inne. A jak już kazanie mamy za sobą, przejdźmy do EP-ki.

Cóż takiego tu mamy? Jasną stronę życia, bym powiedział. Chyba nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, gdy powiem, że artystka śpiewa o miłości - a jak to zwykle bywa, niekoniecznie tej udanej. To znaczy - może i chwilowo nieudanej, ale i tak z nadzieją na happy end. Trudno jednak mówić, żeby był to plaster na ranę ducha. Serca może tak, ale jak się ma doła, to trzeba by przelecieć cały albumik parę razy, może za którymś zaskoczy. Wiem, bo sprawdziłem :)

Melodie łatwo wpadają ucho, nawet jeśli wspomniany już styl ma mało miejsca na coś nowego. Charakterystyczne brzmienie strun jest tak rozpoznawalne, że albo się to lubi, albo nie. Cała sprawa opiera się więc na głosie "głównej bohaterki", a ten jest uroczy. Artystka śpiewa czysto i, świadomie czy nie, zachęca do pozostania z nią do końca. Co więcej, gdy wraca się do początku, aby puścić "krążek" jeszcze raz, cała jej energia i radość życia uderza człowieka ponownie, tak jak za pierwszym razem. I tego nam właśnie trzeba! Pozytywne wartości, Panie i Panowie, pozytywne wartości!

Siedząc na Jamendo czasem można zwątpić, ale to dzieło z całą pewnością nie jest ku temu powodem. Jeśli nie mieliście do czynienia z "amerykańskim folkiem", to polecam przesłuchać tę EP-kę, może złapiecie bakcyla. To samo kieruję do całej reszty - nie dajmy się zwariować niesłusznej propagandzie! Muzyka jest muzyką - i to jest w tym wszystkim piękne :)


Ocena:
... Baby don't hurt me!

sobota, 14 listopada 2015

Teatr jednego bohatera

Tytuł: Major Mayhem
Testowana platforma: Windows 8.1 i 10
Rok wydania: 2014
Cena: darmowa (+ mikrotransakcje)
Link: <do pobrania w sklepie Windows>





Zasadniczo nie ma sensu zostawiać sobie na dysku gry, która znudzi się po paru uruchomieniach. Niby można sobie pograć w coś niezobowiązującego, ale jeśli za prostotą nie będzie szła grywalność, to kicha. Na szczęście są takie produkcje, przy których nie trzeba się martwić o żadne z tych rzeczy. Są na tyle rozbudowane i tak wciągające, że nawet będąc w istocie jedynie grą za parę groszy (lub darmową, jak dla mnie) nie zmienia to faktu, że może konkurować z produktami "pudełkowymi".

Major Mayhem to hybryda "biegaczki" i "celowniczka", z naciskiem na to drugie. Rzecz polega na przemieszczaniu się (automatycznym) od jednej scenerii do drugiej, skąd rozpoczyna się ostrzał wypadających co chwila wrogów. Teatry zmagań są trzy - dżungla, miasto i pustynia. Oczywiście zmienia się nie tylko krajobraz, ale i zagrożenia - pułapki i to, co najważniejsze, czyli wrogowie. Możemy ich kosić jedną z giwer, którą odblokujemy wypełniając misje powierzone nam przez "mistrza gry". Przyznać muszę, że arsenał jest bardzo imponujący. Pierwszą bronią jest słaby pistolecik, ale szybko odblokujemy strzelbę, snajperkę, granatnik czy miniguna. Jak lubię to określać - każdy znajdzie coś dla siebie. Osobiście preferuję Magnum - ale mój brat woli shotguna i "obrotówę". Każda z nich ma swoje zalety i wady, podobnie też inne rzeczy można dzięki nim osiągnąć. Wypuszczając serię z karabinu zadamy więcej obrażeń, a korzystając z broni wybuchowych zbierzemy większy mnożnik za symultaniczne zabicia. Ale nie tylko bronie wpływają na rozgrywkę. Skórki niby też są, ale one akurat wprowadzają zmiany wyłącznie kosmetyczne.

Gra nie polega wyłącznie na strzelaniu z wybranej broni - czasem zza przeszkody wychyli się zakładnik, a jego uratowanie oznacza bonus. Tych jest kilka - te zwykłe to uzupełnienie "tarczy" (po każdym trafieniu tracimy fragment okrycia ochronnego) oraz monety. Niekiedy trafić można też na bonusy typowo bojowe (można je również wykupić w sklepie gry) - nalot, spowolnienie czasu, mega siła i nieśmiertelność. Jest w czym wybierać. To wciąż nie wszystko! Pewne etapy zawierają też wstawkę "Run and Gun", w której nie chowamy się za murem, ale biegniemy przed siebie, ostrzeliwując się i unikając pocisków wroga. Słowem każdy etap wygląda inaczej. Jest tego tak wiele, że nawet starając się uzyskać osiągnięcie za 2000 zabić daną bronią gra się nie znudzi. Na dłuższe posiedzenia może faktycznie lepiej byłoby znaleźć sobie coś większego, ale nie zmienia to faktu, że zawsze miło jest wrócić do rozwałki, jaką ona proponuje.

Dawno temu miały miejsce pewne istotne błędy (np. traciło się zakupione skórki), ale kolejne "łatki" załatwiły sprawę. Na chwilę obecną nie mam więc zastrzeżeń. Powiem więcej - tym bardziej mam powody, aby zachwalać Major Mayhem wszystkim zainteresowanym. Jedna uwaga - gra generalnie nie jest krwawa, poza jednym wyjątkiem. Gdy ginie nasz bohater, ziemię pokrywa pokaźna plama krwi. Gdy giną wrogowie też niby robi się czerwono, ale jest to skutecznie maskowane animacją trafienia. Zastanówcie się więc, zanim pokarzecie ją komuś młodszemu. Całą reszta - pobierać i grać! Można ją dostać chyba na każdym systemie (także przez Steam), więc nie powinno być problemów. Chyba, że krucho z kasą. Polecam więc zainteresować się nią następnym razem, gdy będziecie planować wydatki na gry. Z całą pewnością warto!


Ocena:
Roooozwaaaaałkaaaa!


W skrócie:
+ Demolka na całego!
+ Mnóstwo broni
+ Kilka trybów
+ Dodatkowe skórki

- Niespodziewana plama krwi po śmierci bohatera

sobota, 7 listopada 2015

W łosia pal!

Tytuł: Let's Hunt (beta)
Testowana platforma: Facebook + Firefox
Rok wydania: 2015
Cena: darmowa (+ mikrotransakcje)





Jakiś czas temu (będzie parę dni) przeczytałem książkę będącą zbiorem humorystycznych opowieści pewnego miłośnika polowań. Całkowicie przypadkiem te parę dni później trafiłem na grę traktującą o tej tematyce. Mogę więc śmiało powiedzieć, że czegoś się z tej lektury nauczyłem na tej materii.

Zacząłem od czegoś innego, a dokładnie od "Deer Hunter 2014". Miała jednak parę takich cech, które sprawiły, że koniec końców kliknąłem na to. Że wspomnę o energii, na którą mam prawie że alergię. Nie tak zawsze, ale przeważnie. Ogłaszam więc wszem i wobec, że "Let's Hunt" wolne jest od tej zmory! Można sobie grać ile tylko dusza zapragnie.

Mamy tu do czynienia z odmianą popularnego niegdyś gatunku "celowniczków" - stoimy w miejscu i strzelamy do wszystkiego, co się rusza. A przynajmniej do tego, co ustrzelić musimy, chcemy lub uznamy, że warto. Czemu tak? Bo gra oferuje trzy tryby - "zadania", "popłoch" i "wolne strzelanie". W tym pierwszym zapoznajemy się z fauną danego obszaru, a za spełnienie wytycznych otrzymujemy trochę kasy i doświadczenia. Podobnie sprawa wygląda w ostatnim z wymienionych - tyle że zadania, podzielone na trzy poziomy trudności, są losowe. Ostatni to po prostu strzelanie na czas. Dodajmy do tego trzy rodzaje broni, które będzie można ulepszać, unikalnych "bossów", system punktacji, turniej na wspomniane punkty, codzienne zadania - i będzie się działo!

Łyżka dziegciu, jeśli pozwolicie. Gra jest jeszcze w becie, więc nie wszystko jest gotowe. Na całą wielką mapę świata, jaką znamy, wydzielono dopiero trzy strefy po kilka obszarów. Nawet grając pi razy oko codziennie i nie śpiesząc się z wykonywaniem zestawów misji, szybko okaże się, że jakby tego mało. Co więcej, na moim sprzęcie raz na kilka gier ekran ładowania odmawia posłuszeństwa i trzeba całą stronę odświeżać... W każdym razie podczas swobodnej rozwałki przetoczą się przed nami setki i tysiące zwierząt, co przełoży się na sporą sumkę. Sami się przekonacie, że tylko podczas wykonywania zadań dziennych do kieszeni wpadnie nam parę tysięcy. Kasa ta przyda się, jak już pisałem, do ulepszeń broni (statystyk). To jednak kolejna moja uwaga, bo im pukawka, lepsza, tym więcej kosztują usprawnienia. Kupić można sobie też bronie premium, co przy możliwości zarobienia banknotów (czyli kasy premium) jest raczej odległą perspektywą. Problem w tym, że jeśli chce się załapać do jakiejkolwiek wyższej lokaty, zakup taki jest po prostu niezbędny. Innym pozostaje udawać, że wszystko jest ok i grać dla zabawy. Dziwne, nie?

Jeśli lubicie tego typu gry będziecie zachwyceni. Może i nie stajemy naprzeciw zaciekłym terrorystom, a zwierzaki, nawet drapieżniki, mogą jedynie od nas uciekać, bo o ataku z ich strony nie mam mowy, ale i tak gra jest warta uwagi, serio. Nawet pomijając te nieszczęsne turnieje - są osiągnięcia, są osobiste rekordy, są nowe tereny łowieckie do odkrycia. A jak powiem, że można wpaść z wizytą na nasze rodzime ziemie? No i to, co lubimy wszyscy. Gra jest po polsku - i z Polski! Jeśli macie konto na Facebooku, gorąco zachęcam do wypróbowania swoich sił.


PS:
Każdy ostatni strzał włącza bullet-time, o taki:



Ocena:
Uwaga, wciąga!


W skrócie:
+ Oprawa
+ Bullet time!
+ Ciekawe i (z czasem) wymagające zadania
+ Szybko można się wzbogacić
+ Losowa pogoda i pora dnia
+ Zadowoli i casuali, i tych bardziej wybrednych 

- Problemy z ładowaniem poziomów
- Turnieje (i ogólnie wysokie wyniki) w większości przypadków tylko dla płacących
- Brak fizyki pocisków

niedziela, 1 listopada 2015

Iść, ciągle iść...

Znów trochę zabalowałem... Prezentacja na ukończeniu, więc powoli wracam do pisania :)

Autor: Stephen King
Tytuł: Wielki Marsz
Tytuł oryginalny: The Long Walk
Rok wydania: 1999




Tytułowy Wielki Marsz to rozrywka większa niż wszelkiego rodzaju teleturnieje, konkursy czy reality show jakie znamy - nawet biorąc pod uwagę te wymyślone dla żartu, jak również te same będące żartem. Setka chłopców, nastolatków i tych wchodzących w dorosłość, wstępnie wyselekcjonowana pod względem intelektualnym i sprawnościowym, staje do rywalizacji nie dającej złudzeń. Zaczynając w stanie Maine mają przejść na piechotę tyle, ile im się uda, bez snu czy jakiejkolwiek innej formy odpoczynku. Możliwości są tylko dwie - wygrana lub śmierć. Porządku pilnują uzbrojeni żołnierze, a każdy, kto będzie poruszał się zbyt wolno lub z jakiegokolwiek innego powodu zaliczy trzy upomnienia, żegna się z konkursem. Pocieszeniem jest fakt, że uczestnicy po pierwsze co jakiś czas dostają nowy prowiant (pasty odżywcze), a wodę mają na zawołanie (oczywiście sami muszą wpierw opróżnić manierkę, a potem sami poprosić o nową), a po drugie za każdym razem, gdy przejdą godzinę bez upomnienia, jedno z tych, które już mają, zostaje anulowane. Brzmi prosto, ale oczywiście tak nie jest. Nikt nie zabrania im ze sobą rozmawiać, czy na przykład zakładać przyjacielskich sojuszy. Sęk w tym, że w interesie każdego z nich jest to, aby pozostali jak najszybciej odpadli z gry - każda więc pomoc okazana kumplowi z szeregu jest automatycznym przedłużaniem agonii nie tylko samemu sobie, ale i całej reszcie z tych, którzy jeszcze mają siłę iść.

Tak więc bohaterowie idą przed siebie, co o dziwo nie jest w jakikolwiek nużące dla czytelnika. Wręcz przeciwnie, śledzenie ich poczynań jest bardzo pociągające. Jedna sprawa nie daje tylko spokoju. Przypominam, że celem owego marszu jest śmierć dziewięćdziesięciu dziewięciu nastolatków, którzy po drodze zostaną pozbawieni wszelkiej godności. Wiemy to my oraz sami uczestnicy - ale cały tłum oglądający marsz na żywo czy w relacji dziennikarskiej jest wprost zachwycony każdym potknięciem któregoś z nich. Do najbardziej rażących przykładów należą komentarze chłopców w sprawie konieczności wypróżniana się po (i na) drodze - śmieją się co prawda, że gapie najchętniej porwaliby taką pozostałość po którymś z nich, włożyli do słoika i postawili nad telewizorem jako swoiste "trofeum", ale na tym etapie wiadomo z całą pewnością, że to jest całkiem możliwe. Niby nie zostaje to powiedziane wprost, ale świadomy czytelnik postawi to pytanie - po której stronie stoimy? Jaki jestem ja sam, moje otoczenie, społeczeństwo lokalne czy globalne? Wizja świata jest alternatywna, ale to nie zmienia faktu, że bardzo wymowna. Jakiś czas temu ustawiałem nazwy kanałów w telewizorze i siłą rzeczy trafiłem na Vivę (tak, to z kablówki analogowej). Leciał jakiś "program", w którym młodzi ludzie dobierali się w "pary" na zasadzie podobnej do speed datingu. Oczywiście nie padło pytanie "jaki jest twój ulubiony autor?", ale "jakie było najdziwniejsze miejsce, w którym uprawiałeś seks?". Odpowiedź - "w psiej budzie". To tylko przykład, ale z pewnością znajdzie się ich więcej - i dopóki będzie popyt na tego typu "produkty", tak długo będziemy się z tym spotykać.

Nawet jeśli za bardzo odbiegłem od idei Kinga, to i tak rzecz jest alarmująca. Naprawdę, nie chciałbym dożyć chwili, gdy coś takiego stanie się standardem. Rozmowy chłopaków są mi jednak pocieszeniem - iskierką nadziei na to, że nawet w tak mrocznej wizji, jaką rozwija autor, będą jeszcze żyli ludzie mający właściwy pogląd na życie - jakkolwiek nie będzie ich wielu. Będą to ludzie, którzy nawet w obliczu nieuczciwej śmierci, obdarci, brudni i wycieńczeni, potrafić będą pozostać ludźmi. Tu niestety, ale kończącymi w bardzo romantyczny (mam na myśli epokę) sposób. Szkoda również, że każdy inny - bez wyjątków - zatraci to, co tak wielbili filozofowie, upodabniając się tym samym do zwierzęcia, nawet jeśli będzie ono miało twarz człowieka. Może wyłączając jeszcze matki rozpaczające po swoich synach... Polecam - jak to się mówi, ku przestrodze.


Ocena:
Tremendum et fascinosum

niedziela, 18 października 2015

Rolowanie

Wybaczcie moją nieaktywność, studia :(

Tytuł: Rolling Idols
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2013
Cena: darmowa





Któż nie słyszał o grach "Match 3"? Swoją prostotą i popularnością przebiły znane niegdyś Mahjongi... jeśli ktoś je jeszcze pamięta. Tak czy inaczej koncept ten pobił resztę na głowę. Wariacji jest kilka - są "klikane" i "przesuwane" - to jest ta druga rodzina.

Fabuła nie jest jakoś specjalnie oryginalna czy ambitna. Otóż był sobie krąg bożków utrzymujących równowagę w przyrodzie. No i pewnego dnia przyszedł zły Nibiru, pożarł kilku z nich i sobie... Nie, nie poszedł. Siedzi sobie tam, gdzie stał i czeka, aż się go pokona. Jak to zrobić? Rozwiązując kolejne zagadki, przez co rozumiem usuwanie trójek (lub wyżej) elementów tego samego koloru aż do momentu zapełnienia się paska z boku ekranu, dostajemy nagrody w postaci gwiazdek - plus oczywiście punkty. Te ostatnie są jedynie na pokaz, ale gwizdki mają trzy zastosowania. Służą jednocześnie za walutę do kupowania usprawnień, uprzątania gruzu zwalającego świątynię oraz odbudowywania widocznych na obrazku piramid, których ukończenie oznacza uwolnienie nowego bożka. Jak to zwykle bywa, początkowe plansze można ukończyć w parę ruchów, lecz szybko pojawią się różne mniej lub bardziej fajne przeszkody. Wszystko już gdzieś było, więc nie będę się rozpisywał. Haczyk polega na tym, że nie gra nie liczy nam czasu, ale liczbę posunięć. Zmieszczenie się w złotym limicie daje nam maksymalną liczbę gwiazdek, a im dalej, tym ich mniej. Oczywiście celować należy w złoty rezultat, lecz nie zawsze to się uda za pierwszym podejściem - na pomoc śpieszy system kupowania tur. Ponownie nie jest to nic skomplikowanego. Za oszałamiającą sumę 9 gwiazdek można dodać sobie 3 tury. Warto pilnować licznika, bo gdy sięgnie zera, nie będzie się już go dało uzupełnić.

Jak już wspomniałem, na starcie dysponujemy tylko dwoma bożkami, a przez to gra jest ultra-prosta. Nasze postępy odblokują kolejne kolory, co oczywiście komplikuje rozgrywkę, ale ma też swoje plusy. Gdy sprzątniemy kupkę gruzu oznaczoną daną liczbą, możliwe będzie zakupienie bonusów uaktywnianych przez bożki wyższego poziomu (tj. powstałych przy układaniu linii). Są wybuchy, pioruny, zamiany miejsc oraz "zwykłe" przeturlanie całej linii. Gra się więc bardzo przyjemnie. Problemy tylko w tym, że gdy pośpieszymy się ze sprzątaniem względem ratowania nowych bożków, gra troszkę się gubi. Chodzi o to, że system nie pamięta numerów już sprzątniętych, gdy nie mamy przypisanego mu bożka. Na szczęście naprawy pojawiają się grupowo, więc niezaliczone numery pojawią się następnym razem. Fakt faktem, że trzeba za nie zapłacić drugi raz.

Ostatecznie za usunięcie z planszy ulepszonych bożków dostaje się więcej punktów, nie wspominając już o premiach za wykorzystanie ich zdolności (np. dłuższy ogon smoka da więcej niż tylko zrobienie trójki). Z upływem czasu za wykonanie zadań dostajemy coraz więcej gwiazdek, więc odblokowanie wszystkiego jest tylko kwestią czasu. Grę ukończyć można i bez tego, więc podbijanie statystyk poza konkursem pozostaje tym, którzy chcieliby jeszcze przez chwilę się pobawić. Z racji zastosowanego systemu, "Rolling Idols" mogę polecić każdemu, zarówno początkującym, jak i tym badzie zaawansowanym, młodszym i starszym. Nie ma tu absolutnie żadnych kar za opieszałość czy małą skuteczność - gra się do oporu. Powinno wystarczyć na parę wieczorów, a że za darmo, to wiecie ;)


Ocena:
Turlająco idealna


W skrócie:
+ Ładna oprawa
+ Brak limitu czasowego
+ Efektywne i efektowne bonusy
+ Odblokowywanie rzeczy zależne od naszych umiejętności
+ Można grać nawet po ukończeniu celu gry

- Gubiące się numery