sobota, 27 lutego 2016

Lek na całe zło

Tytuł: Princess Remedy in a World of Hurt
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2014
Cena: darmowa





Generalnie nie lubię gier typu "bullet hell". Ale jak tak zaczynam, to chyba coś się jednak święci. i nie trzymając Was w dalszej niepewności - tak, zrobiłem wyjątek. Znów, jak się okazuje. Ale do rzeczy.

Naszą przygodę zaczynamy jako świeżo upieczeni absolwenci szkoły leczenia. Naszym zadaniem będzie odnalezienie księcia, który zachorował na coś ciężkiego, a pozostali medycy wysłani na tę samą misję zawiedli. Musimy więc kontynuować ich dzieło, co jednak nie będzie takie proste. Jakaż niespodzianka.

A dlaczego? Ano dlatego, że każde leczenie, jakiego się podejmiemy w naszej podróży (a chory na coś jest niemal każdy NPC, jakiego spotkamy), przenosi nas na małe pole bitwy. Nasi lekarze walczący o zdrowie i życie pacjenta może i nie mają takich problemów, ale my, z racji zawodu w świecie fantastyki, tak. Pierwsze podejścia zawsze będą proste, ale - jakże by inaczej - później będzie tylko gorzej. Na szczęście każdy sukces pociąga za sobą zwiększenie statystyk. Efekt ten osiągniemy również przetrzepując zawartość skrzyń walających się na każdym rogu, więc teoretycznie nie powinno być problemu. Chyba że zapragniecie wyzwań i podniesiecie poziom trudności. Im on wyższy, tym oczywiście trudniej - wszystko porusza się szybciej, pocisków jest więcej... Znacie to przecież doskonale. Sama bitwa o zdrowie NPCów wygląda jak na drugim obrazku - strzelamy do wszystkiego, co się rusza (bądź nie), samemu unikając pocisków wroga. W walce pomogą nam też granaty leczące - nie dość, że są skuteczne, to jeszcze się odnawiają po każdej potyczce. 

Graficznie gra prezentuje się jak się prezentuje. Zasada jest jedna - albo się to lubi, albo nie. Ja taki styl uwielbiam, choć wiem, jak łatwo jest go zepsuć. Tu obyło się bez większych wpadek, choć sprite głównej bohaterki jest do cna kwadratowy i czasem ową czarną krawędź widać. Z kolei gdy chodzi o muzykę, nie mam słów uznania. Mapę gry podzielono na kilka obszarów i każdy z nich ma swój temat, co jest ewidentnym plusem. Jest skocznie i zabawnie, czyli tak jak być powinno.

Dotrwaliście do końca? Jeśli tak, to pewnie zgodzicie się ze mną, że warto będzie zainteresować się przygodą księżniczki Remedy. Gra może i jest ciut krótka, ale za to bardzo treściwa. No i można ją spokojnie przejść trzy razy - po raz na każdy stopień trudności. A jak komuś będzie mało - to zakończeń jest tyle, że aż szok. Sprawdźcie sami ;)


Ocena:


W skrócie:
+ Mimo wszystko dobra oprawa 
+ Zabawa zarówno dla nowych w temacie, jak i weteranów
+ Poszukiwanie sekretów
+ Mnóstwo zakończeń

- Trochę za krótka

sobota, 20 lutego 2016

Jazda bez trzymanki

Tytuł: GeneRally
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2002
Cena: darmowa





Czasem człowiek ma dość dużych, przepakowanych wszystkim gier. Czasem chciałby sobie przysiąść nad czymś małym i niezobowiązującym. A jakby tak jeszcze można było z kumplami przy jednym ekranie pociąć... Zainteresowani? To zapraszam dalej.

Część ludzi zna już GeneRally, ale to wciąż za mało jak na moje standardy. Znaczy się - trzeba jeszcze paru ludziom o tym zjawisku powiedzieć. Mnie do GeneRally, tego małego i niepozornego wyścigowca, wprowadził kumpel w gimnazjum. I wiecie co? Nic się nie zmieniło. A to akurat dobrze.

Przede wszystkim powiedzieć, że gra jest pieruńsko trudna. Bez względu na to, czy ścigamy się sami ze sobą, czy też walczymy przeciwko sztucznej inteligencji przeciwnika komputerowego, możecie zapomnieć o satysfakcjonującym wyniku tak po prostu. No, chyba że pamiętacie Skidmarks lub coś w ten deseń. Bardzo trudno jest tu utrzymać prędkość i wchodzić w zakręty - a komputer po prostu jedzie jak po sznurku, nie robiąc przy tym najmniejszego błędu. Łudziłem się, że gdy odpalę wyścig na więcej graczy CPU, to może coś ugram. Jasne. Wszyscy zaczną się przepychać, a gdy kolejność się już wyklaruje, dalej jadą jak już wiecie. Wielki szacun dla tych, którzy potrafią w to wygrać bez redukcji poziomu trudności.

Ale samo jeżdżenie to nie wszystko. Do dyspozycji oddano nam kilka typów pojazdów, które różnią się między sobą statystykami jazdy. A przynajmniej tak mi się wydawało, bo nigdzie nie są one opisane. Czego byśmy jednak nie wybrali, liczyć się trzeba ze zużyciem paliwa i opon, a także uszkodzeniami samego pojazdu. Jak to działa chyba tłumaczyć nie muszę. Naprawy zajmą parę chwil, więc trzeba uważać. Plus żeby zatankować (i dorobić całą resztę) trzeba czasem zjechać z trasy. Całe szczęście, że ekipy naprawcze nie są podpisane i można zajechać do dowolnej...

Tak naprawdę to GeneRally świeci w grze lokalnej. Wtedy to jazda nabiera sensu - żaden błąd nie będzie oznaczał, że gra skończona, bo i innym zaraz będzie mogło przytrafić się to samo. Map i opcji jest zatrzęsienie, więc każdy znajdzie coś dla siebie. A jakby komuś było mało, to polecam zajrzeć do Internetu - jest tam aż nadto map i modeli wozów, które można sobie pobrać.

Graficznie może nie jest to cudo, ale naprawdę - nie potrzeba więcej. Wiele razy zdążyłem się przekonać, że małe jest piękne. A za te parę megabajtów, to chyba nie ma co narzekać. Dodam tylko, że planach jest część druga, ale coś mi się wydaje, że się nie doczekamy. Rozwój projektu i tak już przekroczył wyznaczone ramy. No cóż, tak bywa. Póki co życzę Wam udanych okrążeń ;)


Ocena:
Wziuuum!


W skrócie:
+ Dużo map
+ Różne rodzaje terenu
+ Wiele opcji konfiguracji i personalizacji

- Pieruńsko trudny do pokonania przeciwnik komputerowy
- Czasem nie wiadomo od razu, że można kliknąć na jakiś element menu

sobota, 13 lutego 2016

Wojna u bram

Tytuł: VarWARS
Testowana platforma: Facebook + Firefox
Rok wydania: 2015
Cena: darmowa
Link: https://www.facebook.com/games/varwars/?fbs=106





Mogło by się człowiekowi wydawać, że gdy idzie o gatunki gier, to raczej mało jest już do wymyślenia, jeśli w ogóle. Ale to było jakiś czas temu. Potem przyszła moda na gry MOBA i coś, co trudno nawet określić.

Zaczęło się od Clash of Clans, a potem już poszło. Dzisiejsza gra jest jedną z wielu, które przyszły później. Na liczniku widać rok miniony, czyli 2015. Szczerze powiedziawszy te parę miesięcy temu, gdy szukałem czegoś takiego na Facebooku, chciałem odpalić popularną grę studia odpowiedzialnego za opisywane już przeze mnie Tribez. Może jeszcze kiedyś do tematu wrócę, bo wtedy po prostu nie chciała mi się uruchomić. Jeśli będzie warto, nie zapomnę się tym faktem podzielić z Wami. Tymczasem zajmijmy się VarWars, dobrze?

Od razu zaznaczam, że inne gry w tym gatunku (?) znam tylko z widzenia, ta jest pierwszą, w którą zagrałem osobiście. Mogę jednak powiedzieć, że jest ona w pewien sposób inna - może nie tak bardzo, ale zawsze. Resztę potraktujcie jako opis tylko tej jednej. Tak więc zacznijmy od początku. A zaczynamy jako nowy wojownik na dzizelni, ściślej barbarzyńca. Brzmi nieźle? Może i tak. Naszym opiekunem będzie starszy rangą dowódca, mający swoje własne miasteczko, ściślej zamek. Oprócz tej głównej budowli zbudować będziemy mogli także linie produkcyjne (ekhm, kopalnie) dwóch surowców - złota i drewna. I tylko te dwa będą nas obchodzić w zwykłej grze. Są też kryształy premium do standardowego wykorzystania - przyśpieszania budowy i tak dalej.

Surowce te wydawać będzie można zarówno na wojska (są ich dwa rodzaje - do walki bezpośredniej i strzelcy), jak i wieże obronne lub mury. I o ile ścian za wiele nie postawimy (tak relatywnie), to wieżyczek jest w tej grze zatrzęsienie! Balisty, katapulty, bombardy, wieże magiczne... Lista co prawda krótka, ale liczebność w grze pozwala solidnie się zabunkrować. Mogę za to poręczyć - może i mój układ idealny nie jest, ale nie o tym mowa. Zostałem zaatakowany kilkanaście razy. I nikt jeszcze nie zburzył mi więcej niż 33% zabudowań... Żeby tego dokonać potrzeba by było znacznie większej siły ognia. A jak już o tym mowa...

Wspomniany Barbarzyńca będzie nas raczył codziennymi prezentami. Jednym się to spodoba, innym nie. I wcale się im nie dziwię! Chodzi o to, że prezenty te to nie surowce, ale jednostki wojskowe. I to te z najwyższej półki. Trochę to dziwne, bo limit jednostek jest bardzo niski - i bardzo szybko się go z tej okazji traci. Nic że chciałoby się zatrudnić świeżo ulepszonych piechurów - jeśli nie będzie się wykonywać regularnych ataków (jak ja w ramach eksperymentu), to szybko okaże się, że serwer nie wyrabia z obliczaniem liczebności naszej armii. Nie kituję, był taki raz, że mi się przeglądarka zawiesiła.

I płynnie przechodząc do zawieszania się... Nie wiem do prawda dlaczego, ale na moim komputerze za każdym razem, gdy grę uruchamiałem i za każdym razem, gdy zamykałem jej kartę, Firefox wygłaszał mi komunikat, że wtyczka się zawiesiła i odmawia współpracy. Co prawda wystarczyło kliknąć "Kontynuuj", ale fakt pozostaje. Po ostatniej aktualizacji było ciut lepiej, ale i tak na koniec dostałem com chciał.

Zdaję sobie sprawę, że powyżej dałem sobie upust i trochę po grze pojechałem. W tym miejscu więc postawię sprawę jasno - grało mi się bardzo miło. Miałem swobodę tego, jak chciałem rzecz rozgrywać - siedzieć w bazie czy walczyć z NPCami lub żywymi graczami. Bazę buduje się bardzo szybko, a skarbów jest tyle, że za bardzo to nawet nie trzeba nosa wyściubiać, żeby mieć czym potem walczyć (lub się bronić). Oczywiście jeśli chce się mieć na koncie więcej punktów, w końcu trzeba będzie to zrobić. A prawdziwe walki toczą się na wyższych poziomach, gdzie ja już nie dotarłem. Wtedy to można i czary, i specjalne jednostki wykorzystać, więc robi się bardzo kolorowo.

W ostatnich słowach na temat VarWAR powiem, że jest ona jak też i inne w tym guście - ale na swój własny sposób. Jeśli więc celujecie w coś w miarę prostego, a jednocześnie wymagającego - to jest gra dla Was. Nie zaszkodzi sprawdzić, co nie?


Ocena:


W skrócie:
+ Przyjemna grafika
+ Można się obunkrować
+ Bardzo dobry edytor miasta
+ Darmowe jednostki

- Szybko kończy się limit wojska
- Czarowanie wymaga wielu odczynników

sobota, 6 lutego 2016

Ja i mój sklep

Tytuł: Swords & Potions 2
Testowana platforma: Firefox
Rok wydania: 2013
Cena: darmowa (+ mikrotransakcje)
Link: https://www.edgebee.com/games?id=5





Po chwili przerwy wracamy do rzeczy, które lubimy najbardziej. Z tej okazji po raz kolejny sięgam po coś nowego - dziś trochę popracujemy.

Jakiś czas temu sporą popularność osiągnęły gry typu casual. W założeniu są to produkcje mało wymagające (co nie oznacza "łatwe"), ale takie, przy których można się dobrze bawić. Jednym z podtypów tegoż "gatunku" jest zarządzanie czasem. I to właśnie moja gra na dziś. Tyle że w przeglądarce.

Ale żeby nie popaść w jakieś stereotypy i uproszczenia: to nie wszystko. Z jednej strony tak, jest to podręcznikowe zmaganie o klientów, ulepszanie sprzętów w sklepie, którym kierujemy i takie tam. Z drugiej natomiast naszym obowiązkiem jest zatroszczenie się o całe miasto, w którym nasz sklep sobie stoi. Tu już zaczynają się rumieńce, choć to nadal nie koniec! Ale na chwilę zatrzymajmy się na mieście.

Rdzeniem rozgrywki jest oczywiście nasz sklep. My, jako właściciel, nie stoimy tylko przy kasie, ale samemu sporządzamy różne przedmioty, które następnie opychamy klientom. Awansując w poziomach popularności będziemy mogli wynająć jeszcze parę postaci - ale nie wszystkich na raz. Szybko dochodzi się do limitu dwóch zatrudnionych ludzi, których sami przydzielamy do pracy. Z czasem gospoda zaroi się od potencjalnych pracowników, więc jest w czym wybierać. Problemem są a) warsztaty b) surowce. Te pierwsze trzeba postawić (i ew. ulepszyć), te drugie zdobyć w mieście. No i oczywiście pamiętać trzeba, że każdy klient ma swoje gusta i nie każdy przedmiot będzie mógł wylądować w jego ekwipunku. Jeśli więc po raz kolejny jegomość odejdzie z niczym, przestanie nas lubić i jego wizyty staną się coraz rzadsze. Celem powinno więc być możliwie duże zróżnicowanie naszego asortymentu.

Miasto to trochę inna historia. W każdym zmieści się maksymalnie 12 graczy, choć już 2 jest w stanie jako tako utrzymać produkcję. Aby postawić jakiś nowy budynek, trzeba w niego zainwestować - kasę, przedmioty lub ludzi. Efekty będą jednak tego warte, bo albo do miasteczka przybędą nowi klienci, albo wzrośnie nam współczynnik godzinnego przyrostu jakiegoś surowca. Wskaźnik ten jest swego rodzaju odpowiednikiem energii - tyle że nie tak uciążliwym. Aby zrobić przedmiot, potrzeba nam składników. Postawienie w sklepie odpowiedniego stojaka zwiększa pojemność magazynu, ale to miasto dostarcza samego surowca. Jeśli więc za wiele wydamy - trzeba czekać. Im lepsze miasto, tym szybciej sprawa się zakończy, a my wrócimy do gry. Jeśli zaś komuś nie będzie pasowało, że musi wydawać pieniądze na takie cele - proszę bardzo, można się wyprowadzić.

Muszę jeszcze dopowiedzieć coś o wspomnianym już elemencie - o wysyłaniu klientów do zadań. Jeśli jakiś klient ma za niski poziom jak na nasze standardy, możliwe jest posłanie go do wykonania zadania jednego z trzech typów: powtarzalnego, jednorazowego i związanego z rozbudowa miasta. Te pierwsze dają najwięcej, ale robi się je tylko raz na całą grę - i jeszcze potrzeba konkretnych przedmiotów, a by je zacząć. Tak więc to zadania powtarzalne sprawią, że nasi klienci staną się silniejsi, a przez to będą kupować przedmioty wyższego poziomu. Ostatni typ jest specyficzny, bo trzeba nam będzie posłać do roboty setkę czy dwie siły roboczej. Oczywiście jednego ziomka można wysłać parę razy, nic nie stoi na przeszkodzie. Ach tak, jest jeszcze opcja walki z innymi miastami. Z tego co wyczytałem, działa to na podobnej zasadzie. Wybiera się klienta, daje mu sprzęt i posyła do walki. Także co kto lubi.

Teraz słowo o niedociągnięciach, bo jest ich parę, ale to same głupoty. Pozwólcie, że je po prostu wymienię. Przede wszystkim gdy dostawiamy do sklepu kosz z nowymi surowcami, musimy zresetować grę, żeby widzieć ich przyrost. Gdy odblokujemy nowy przepis, jego nazwę zastępuje inna, losowa, spośród tego, co już mamy. Nie możemy jednocześnie przeglądać inwentarza i dostępnych receptur, bo są one dostępne tylko albo z poziomu miasta, albo sklepu. Ikonka budowania pozostaje taka sama, jak pierwszy sklep, w jakim nas wylosuje - nie zmienia się po zmianie miasta, nawet gdy nasz budynek będzie wyglądał inaczej. Znajdywanie ścieżek polega na tym, że NPC szuka drogi do najbliższego kosza, a nie wylicza sobie najkrótszej drogi jako takiej, jaka jest możliwa. No i na koniec - w trybie pełnoekranowym okienko powiadomienia o nowym budynku potrafi zawiesić grę. Więcej nie pamiętam, jedziemy do podsumowania.

A co napiszę w podsumowaniu? Że Swords & Potions 2 to bardzo ciekawa gra. Pozwala graczom z jednej strony zbudować swoje małe królestwo (i szybko je zagracić), a z drugiej współdziałać jako mała społeczność kupców zrzeszonych pod banderą miasta. To od nas zależy, czy dołączymy do czegoś większego, czy może sami postawimy własną osadę. Tak czy inaczej ile czasu byśmy w to nie wpakowali, zawsze będzie się chciało wrócić. I albo patrzeć, jak rośnie nasze miasteczko, albo jak pęcznieje nasza kiesa. Tylko nie zapomnijcie być miłym dla klientów!


Ocena:
Dobijemy targu :)


W skrócie:
+ Spora dowolność w prowadzeniu działalności
+ Mnóstwo przepisów/ przedmiotów
+ Element ekonomiczny
+ Nie jest się skazanym na jedno miasto

- Parę niedoróbek