sobota, 25 czerwca 2016

Sam na sam

Tytuł: Javel-ein
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2013
Cena: darmowa





No dobrze, jeszcze jedna gra. Udało Wam się ;) Na razie staram się nie myśleć o egzaminie ostatecznym, tj. zaraz będę, ale jeszcze nie teraz. Teraz pora na recenzję :)

Są gry skomplikowane, są też gry proste. Nie oznacza to jednak, że któreś z nich są gorszym sortem - nic bardziej mylnego. Sam przekonałem się o tym bardzo dobrze i Wam też będę ten pogląd przedstawiał. Javel-ein to z pozoru gra właśnie tego drugiego gatunku, ale zapewniam Was, jest i na co popatrzeć, i co robić.

Zacznijmy od tego, że sterujemy tym chłopkiem, co go widzieliście na obrazkach. Chłopek ów wyruszył na misję odnalezienia pewnych przedmiotów, które - jakże by inaczej - okazują się mieć swoją historię. Ale jaką, to nie będę zdradzał. Standardowo - pogracie, przekonacie się. Nie będzie jednak sam - towarzyszyć mu będzie tytułowy oszczep, także tytułowo jeden.

Tak, tylko jeden. Oznacza to tyle, że jak się zzezuje, to potem będzie trzeba po niego lecieć. Tym gorzej dla nas, po różnego rodzaju stworki będą na nas pełzać, lecieć bądź skakać. Inne znów będą sobie spokojnie czekać, aż podejdziemy, że by zrobić nam onehita. Tak samo zresztą jak wszystkie inne. Pomyłka może więc oznaczać zaczynanie od początku. Chyba że szczęście będzie Wam sprzyjać i otrzymacie od losu dodatkową szansę. Ale nie liczcie na to zbyt często.

Problem polega też na tym, że aby przejść dalej trzeba A) pokonać wszystkich na planszy, B) mieć w ręku oszczep. Inaczej kicha. Autor miał natchnienie na elementy logiczne, czasem więc trzeba będzie pokombinować. Dla przykładu przez niektóre platformy oszczep po prostu przelatuje, a czasem sufit jest za wysoko, aby go stamtąd wyciągać. Ot, życie.

Odpalając grę i przechodząc pierwsze etapy pomyślałem, że to jakaś kolejna platformówka i że nie będzie trudno. Trochę się myliłem - tylko trochę jednak. Etapy są dość krótkie, nie powinny wiec stanowić dla Was przeszkody nie do przejścia. Nawet jeśli trafi się coś mocniejszego - a takie też będą - to nadal twierdzę, że pobicie ich będzie kwestią czasu. Efektem tego gra jest wyzwaniem, ale nie na tyle, żeby trzeba było szukać oparcia u psychologa. Powiedziałbym nawet, że jest bardzo dobrze wyważona.

Coś jeszcze? Chyba nie. 61 etapów czystej zabawy, czasem też radosnego wkurzenia, czeka na Was w tej malutkiej, ważącej około 6 MB paczuszce. Nie ma co się zastanawiać :)

niedziela, 19 czerwca 2016

Krew w Afryce

Autor: Rafał Dębski
Tytuł: Słońce we krwi
Rok wydania: 2008




Znów książka. Wiem, że jak przerwałem serię lektur to nagle pojawili mi się czytelnicy, ale chwilowo nie mam na nic czasu i nie jestem przygotowany na nic ponad to, co widać... Wybaczycie, prawda? ;)

Zaczyna się od mocnego akcentu. Nie będę oczywiście zdradzał, w czym rzecz, ale przyznaję, że to się autorowi udało i niespodzianka była. Nie żebym się spodziewał jakiegoś przewrotu niezgodnego z tym, co można wyczytać na okładce, ale wciąż. A ta mówi o tym, że pewien dziennikarz staje przed obliczem rewolucji w pewnym afrykańskim państwie i całkiem dobrze sobie z tym faktem radzi. Dlaczego - przeczytacie.

Właśnie, przeczytacie. Miałem wielkie plany co do pewnej powieści Kinga. Okazało się jednak, że książka co najwyżej mierna, więc nie ma co palców strzępić. Resztką czasu sięgnąłem więc po coś A) polskiego B) w miarę krótkiego. No i wyszło to. Jak na powieść akcji jest co prawda trochę krótka, fakt, ale przez to jest mało zobowiązująca. Zawsze jakiś plus. Tak czy inaczej ta tu pozycja do światowej czołówki też nie należy. Była lecz na tyle wciągająca, że się nią z Wami podzieliłem.

Oceniając ją przez pryzmat formatu można bowiem dojść do błędnych wniosków. Książka jest dobra, wbrew pozorom dużo się dzieje - jest boss fight, jest konfrontacja z nemezis, a gdzieś po drodze widma przeszłości, wojna, wybuchy i kobieta. Tak, bez kobiety co to by był za świat? Sami widzicie, że autor wpakował w swoje dzieło sporo serca. To dobrze :)

Powieść połknąłem w dwa dni i poszedłbym po coś nowego, ale jeszcze trzymają mnie studia. Jeszcze. Pogadamy za tydzień, może za dwa. Póki co pozostawiam Was z pozycją na chwilę, ale i na chwilę wymierzoną. W tej skali z całą pewnością jest to rzecz godna polecenia - tak więc polecam ;)

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Bekon ze stali (18+)

Tytuł: Iron Snout
Testowana platforma: Windows XP (Steam)
Rok wydania: 2016
Cena: darmowa





Coś ostatnimi czasy coraz mniej Was tu zagląda... Czyżby znudziło Was moje pisanie? Dziś coś małego, ale co cieszy, bez dwóch zdań.

Jest na świecie taka kategoria gier, które odpala się na przysłowiową chwilę, a potem zapomina na jakiś czas, póki znów nie nadejdzie ta specjalna chwila, kiedy to znudziło się nam rozmyślanie nad losami wszechświata i mamy ochotę na coś raczej mało zobowiązującego. Do tego właśnie powstało Iron Snout. Nie oszukujmy się, to tylko port z gry mobilnej. Ale za to jakiej gry!

Obsługuje się ją bardzo prosto - raptem czterema klawiszami. Tytułowy prosiak walczy z hordami atakujących go wilków i tylko od nas zależeć będzie, jak sobie z nimi poradzimy. To własnie kombinacje wymienionych czterech przycisków sprawi, że podskoczymy, opadniemy, a już w szczególności, że zadamy ciosy. Co więcej, gdy pokonamy przeciwnika i będzie on odpowiednio blisko, możliwe będzie zabranie mu broni - i posłużenie się nią przez najbliższe parę ciosów - lub też wyrzucenie jej w pierwszego wilczka, który znajdzie się na jej drodze.

A, jeszcze coś. W obecnym kształcie gra oferuje jeszcze dwa inne tryby rozgrywki. Pierwszy to bardziej mod, a drugi to już całkiem co innego. W trybie "1 HP" nasz pasek życia skrócony zostanie do tylko jednego paska - ot, takie wyzwanie. To "coś innego" oferuje nam możliwość pogrania z kumplem w odbijanie piłki - taką dziwną wersję siatkówki bez siatki, ale za to z przyciskami, w które trzeba celować. No i twórcy cały czas grzebią w kodzie i obiecali usprawnienia w każdym z powyższych. Tak jakby ktoś się zastanawiał.

Brzmi banalnie? Zaręczam, że tak nie jest. To znaczy tak, konstrukcja prosta jak w przypadku cepa, ale cały czas przypominam, że to cep bojowy! Krew się leje, rakiety wybuchają, kończyny lecą na wszystkie strony. Taki właśnie jest Iron Snout. Sama radość :)