sobota, 7 maja 2016

Mali następcy

Autor: Edward M. Lerner
Tytuł: Następcy
Tytuł oryginalny: Small Miracles
Rok wydania: 2010




Szczerze? Zrobiłem sobie przerwę w opisywaniu gier. Może następnym razem podeślę Wam coś innego, tak dla odmiany. Może (tak sobie wmawiam). Kończy się semestr, wiecie jak to jest... Nie? Tym lepiej dla Was ;)

Tym razem pominę milczeniem zamianę oryginalnego tytułu na coś takiego. Czyżby ktoś pomyślał, że tak lepiej się sprzeda? A, miałem nic nie mówić...

Znacie Terminatora? Idea buntu maszyn w swoim wykorzystaniu konkurować może z Matriksem i równie znaną wizją świata, gdzie ludzie są tylko narzędziem istot "wyższych", a przecież stworzonych przez człowieka. Tu jednak - wbrew temu, co sugerować może okładka - nie mamy do czynienia z robotami człekokształtnymi, ale czymś na kształt cyborga, jeśli mogę się tak wyrazić. Chodzi o nic innego jak o boty - nanoboty. Takie małe cosie, które za sprawą prototypu stroju ochronnego dla wojska dostają się do organizmu jednego z pracowników firmy, która go wyprodukowała. A dalej to już pójdzie.

Okładka w jednym się zgadzała - zaczyna się od wybuchu. Tyle że do kolejnego "wybuchu" poczekać musiałem dobre pół książki, a nawet więcej. Tak naprawdę to liczyło się dla mnie tylko ostatnie 50-100 stron, kiedy to akacja tak mozolnie do tej pory zakręcana zaczęła kiełkować. Wielkim plusem konstrukcji powieści jest pokazywanie wydarzeń z perspektywy różnych osób je obserwujących. Początkowo daje to nam pewien sygnał, że coś się dzieje - a później pozwala na bardzo sprawnie przeprowadzone śledzenie różnych toków myślowych. Jest to tym cenniejsze, że nie wszystko, co dzieje się na kartach książki jest dostępne innym postaciom. A już zwłaszcza konstrukcja wypowiedzi ja/my lała miód na moje receptory.

Czytając "Następców" nie można uniknąć wątków medycznych. Tak też zresztą jest reklamowana ta powieść. Fani zmagań lekarzy czy biobandytów będą jednak zawiedzeni - wątek ten jest ważny, ale w ogólnym rozrachunku dość śladowy. Więcej tu nacisku na część informatyczną i informacyjną (tak, to coś innego). Ale jest, bez obaw.

Minusy? Jak na moje męskie oko za mało się bili. No ale tak to jest, jak się za postać wiodąca obiera kobietę. Nie żeby mi to przeszkadzało - ale przyznać muszę, że pewien potencjał został zastąpiony swoją grzeczną wersją. Choć z drugiej strony ile można czytać o macho zakutym w superpancerz? Przyznaję, było to coś oryginalnego. Czy o to chodziło? Mam nadzieję. W tym dobrym znaczeniu - nie chcę sugerować, żeby autor leciał na kasę.

Biorąc tę książkę do ręki miałem duże oczekiwania. Pierwsze wrażenie było takie, że jednak się one nie spełnią. Potem na szczęście - jak już wspomniałem - rzecz wraca do normy. Dajcie jej szansę - i naprawdę doczytajcie do końca. Lojalnie uprzedzam i zachęcam ;)


Ocena:
Ja sem elektronicky mardulec! (musiałem ;P )

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz