sobota, 29 sierpnia 2015

Jak dostać z liścia

Tytuł: MapleStory (Europe)
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2003
Cena: darmowa (mikrotransakcje)





Znacie takie powiedzenie, że stara miłość nie rdzewieje? Mówi się też, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Pamiętam jak dziś, że MapleStory było jednym z tych MMORPG, gdzie więcej czasu spędzało się na biciu hord wszelkiej maści stworów, aby tylko zdobyć nowy poziom, kupić lepszy sprzęt i przenieść się na inne pole łowieckie. Ale to było dawno temu.

Zaczęło się od standardu - wojownik, łucznik, mag, złodziej. Gdzieś to już było, prawda? Każdą z nich można było poprowadzić na dwa-trzy sposoby, wybierając jedną z dostępnych ścieżek rozwoju. Potem dołożono do tego jeszcze jedną klasę, czyli pirata. A potem już poszło. Zawsze zastanawiałem się, jak udało im się zmieścić do zapchanego już świata nowe lokacje. Dawniej rozwiązywano to w ten sposób, że doklejano inną wyspę czy kraj, gdzie dostać się można było za pomocą odpowiedniego środka transportu. Jakiś czas temu postanowiono jednak pójść o krok dalej i zakończyć pierwszy rozdział. Dawniej celem gry było odnalezienie i pokonanie Czarnego Maga. Udało się to grupce bohaterów. Dziś jednak daje o sobie znać mroczna organizacja Czarne Skrzydła, której statutowym zadaniem jest przywrócenie jegomościa do życia i kontynuowanie przerwanego drastycznie terroru.

Wybierając jedną z grup postaci - a jest ich parę - oglądamy świat z różnej perspektywy, będąc mniej lub bardziej zaangażowanym w wiszący w powietrzu konflikt. Ci, którzy zwiedzali świat w pierwszej fazie nazwani zostali Odkrywcami, ale są też inni, jak Rycerze Cygnus (tzn. władczyni całej krainy) czy Ruch Oporu (dawni stronnicy Czarnego Maga). Wielkim plusem gry jest fakt, że o ile poruszamy się poza obrębem takiej grupy, wykonywać będziemy inne zadania. Przynajmniej w pewnym zakresie. Obecny świat jest na tyle rozległy, że każdy znajdzie coś dla siebie. Wcale nie jest powiedziane, że trzeba robić to samo tworząc nową postać - wiele questów istnieje obok siebie, tak że generalnie na jeden poziom postaci przypada ich więcej niż jeden. Ale jest tu pewien problem. Po pierwsze, na początku doświadczenie nabija się tak szybko, że trudno jest nacieszyć się swoją postacią. Pozostaje tylko tyle, ile wymagają kolejne zadania. Zrezygnowano tu z oklepanych schematów i od razu wysyła się nas do zabicia 50, 100 czy 150 potworów. Wraz z nagrodami za wykonanie poleceń starczy to aż nadto by dojść do mniej więcej 60 poziomu, gdzie sprawa nieznacznie acz widocznie zwalnia. I tak aż do końca, czyli 250 poziomu. Questy będą, ale będzie trzeba posłać do piachu coraz to więcej mobków.

To, co przyczyniło się do sukcesu Mapla, to unikalny jak na tamte czasy tryb rozgrywki - platformówka 2D z widokiem z boku. Serio, widział ktoś coś podobnego w czasie wydania MapleStory? Otóż nie. Prawda, potem zaczęły się pojawiać klony, ale nie oszukujmy się. Król jest tylko jeden. Sukces to ciekawa rozgrywka, tak, ale tylko spójrzcie na obrazki. Gra aż zachęca do grania! Jest to oczywiście wschodni styl rysowania, ale jest on na tyle uniwersalny, że sprawdza się i przy słodkich grzybkach i ślimaczkach, i przy mrocznych szkieletach czy płonących demonach. Nie wiem, czy kiedyś uda się komuś przeskoczyć tak wysoko ustawioną poprzeczkę.

Ale słowo o problemach. Pierwszy to długie ładowanie gry i wszystkiego, co robi się po raz pierwszy. To wcześniejsze mogę wybaczyć, bo to pewnie jakiś rodzaj zabezpieczenia, ale to drugie? Przy zalogowaniu się nawet okno questów potrzebuje chwili, aby się pojawić. To samo przy pierwszym użyciu czaru. Teoretycznie taki lag może kosztować życie, więc uważajcie na to. Najgorsze jest przy tym, że gra ma widoczne problemy, gdy idzie o specyficzne kwestie związane z połączeniem z serwerem. Gdy utracimy połączenie z Internetem, gra się po prostu zawiesi, zamiast grzecznie wyprowadzić nas do poczekalni. To samo dzieje się wtedy, gdy chcemy zmienić kanał. Każdy serwer dysponuje kilkunastoma, ale gdy próbowałem się przełączyć, gra odmawiała posłuszeństwa. Co dziwne, gdy ja sobie spokojnie gram, mój brak z innego pokoju cierpi na przerwy w dostępie do tego samego serwera. Ma on co prawda drobne problemy z zasięgiem, ale wiele razy robiliśmy coś w tym samym czasie i problemów nie było. Pamiętam doskonale, że grałem w to na modemie 128 kbit/s - coś musieli skopać po drodze.

Jeśli poczytacie sobie recenzje, przewijać będzie się podobna opinia - kochaj albo rzuć. Jest jeszcze w pamięci graczy stary model, który od dawna już się nie sprawdza. Dlatego też twórcy wielu MMO, także Mapla, postawili na modernizację swoich produktów. Szkoda mi trochę, że nie miałem już okazji dobić do 120 poziomu starym trybem, co teraz stało się o wiele łatwiejsze. Powiedział bym nawet, że za łatwe. Pozostała stara, dobra atmosfera i gra, którą dostosowano do dzisiejszych wymagań. To odważny krok, bo zazwyczaj gry starej generacji są po prostu porzucane. Teraz nawet nie trzeba grać - można dołączać do wydarzeń (eventów) i pracować na swoją sławę. Są tam jakieś mini gry, ale brałem udział tylko w jednej z nich. Rzecz dość ciekawa, ale niekoniecznie dla osób z niskim poziomem.

Czy warto zagrać w MapleStory? Jak najbardziej. Unikalny układ świata gry pozwala rozwinąć skrzydła i wykorzystać pewne zacięcie strategiczne - nie ma to jak atakować kogoś z innej platformy. Dla jednych to dobrze, a dla innych źle, ale nie uświadczymy tu żadnego PvP. Pozostaje tylko rywalizacja w grach lub połączenie sił w pokonywaniu wyzwań. Jest też sklep, ale nie kupimy tu już broni - tylko wspomagacze i upiększacze. Ciuszki, emotki, nowe fryzury - takie tam. W jednym miejscu nie posiedzimy za długo, bo zaraz każą nam gnać gdzie indziej i tam szukać szczęścia w kieszeniach nowych przeciwników. Ale ja i tak żałuję, że to tak szybko się zmienia :(


Ocena:
Umarł król, niech żyje król!


W skrócie:
+ Grafika!
+ Muzyka!
+ Wiele różnych, alternatywnych ścieżek questów
+ Wiele dostępnych grup i klas postaci
+ Szybkie awanse
+ Wiele kanałów na serwerze
+ Minigry

- Lag przy robieniu czegoś po raz pierwszy
- Jeszcze mi się nie udało poprawnie zmienić kanał
- Czasem aż za szybkie awanse
- Jest tam tyle miejsc, że rzadko kiedy się kogoś spotyka
- Tylko 3 sloty na postacie

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Ja i mój shotgun

Tytuł: Shotgun FunFun
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2012
Cena: darmowa





Są gry, których celem jest zapewnić graczom taką ilość treści, aby zatrzymać ich przy komputerze na względnie długi czas. Są też takie, które mają to gdzieś i stawiają na minimalizm - i jakimś cudem mogą poszczycić się konkurencyjną popularnością. Zasady zawsze są proste, sterowanie oczywiste, a rozgrywka wymagająca. Macie ochotę na więcej? Ja tak!

Buck Morris to typ bohatera - bezimiennego bohatera bym napisał, ale właśnie podałem jego imię, więc nie napiszę. Ale serio - przeciętny użytkownik nie dotarłby do tej informacji, więc jakby sprawa się rozwiązuje sama. Wyposażony w starą dobrą śrutówkę, nieskończoną ilość amunicji i nauszniki tłumiące hałas, staje do boju z demonami-zombie. Jakby nie mogły być same demony czy same zombie. Nie, to demoniczne zombie! Na jednej jedynej planszy (acz odświeżonej w ostatnim patchu) mamy za zadanie wybić ich jak najwięcej i jak najszybciej - i z tego też będziemy rozliczani. Maksymalną skuteczność osiągamy zabijając wrogów seriami, tak aby przelicznik zabić na sekundę był jak najwyższy. Koniec gry osiągnąć można na dwa, dość oczywiste sposoby. Mniej fortunny to ten, gdy tracimy wszystkie punkty życia. Szczęśliwe zakończenie to nic innego jak pokonanie wszystkich stu tysięcy zombiaków. Stu. Tysięcy. Powodzenia!

Samo bieganie ze strzelbą to tylko połowa sukcesu. Druga to umiejętne wykorzystanie terenu. Najnowsza wersja nieco psuje szyki, bo nie można już bezkarnie robić kółeczek i zdejmować nieumarłych z dystansu - tu i ówdzie twórca zamontował przegrody i kicha. Poziom trudności wzrósł dzięki temu o parę punktów, ale najwyraźniej nie przeszkadza to tym paru osobom, o których przeczytać można na liście wyników na oficjalnej stronie. Mój osobisty stary wynik to ponad 4000, podczas gry teraz wyrabiam tylko 600. Spokojnie, po prostu mało jeszcze się staram ;) Tak czy inaczej warto trochę podkręcić atmosferę: w ramach bonusu przedstawiam dwie mini-gry. Tak do pogrania podczas grania :P


1)

W centralnej części dolnej połowy mapy znajduje się taka oto platforma. Od czasu do czasu z góry spadają na nas zombie - zazwyczaj skaczą one z lewej strony na prawą. Celem zabawy jest takie zestrzelenie spadochroniarzy, aby trup spadł w dziurę po prawej stronie (tam gdzie te niebieskie paski).


2)

Do drugiej gierki potrzebna jest platforma i dochodząca do niej drabinka - jest ich kilka. Wspinamy się na nią tak, aby nikt nie mógł nas potrącić, po czym strzelamy tylko i wyłącznie do zombie, które przeskakują przez dziurę.


PS:
Po pierwszym uruchomieniu pliku .EXE w folderze pojawia się plik .TXT z kodami. Miłej rozwałki ;)


Ocena:
Żryj śrut!


W skrócie:
+ Im dalej, tym lepiej
+ Brak udziwnień
+ Sprawdźcie kody!
+ Nowa wersja jest trudniejsza

- Tylko jedna mapa
- "Murale" znikają gdy ich nie widać

niedziela, 16 sierpnia 2015

Drużyna Delta

Artysta: Tryad
Album: Public Domain + Listen
Rok: 2006





Jedną z rzeczy typowych dla obecnej ery w muzyce jest tendencja do łączenia gatunków i różnych brzmień. Jakiś czas temu zastanawiałem się, czym jest "trap". Jeszcze wcześniej uwagę moją przykuł równie tajemniczy tytuł, czyli "triphop". Na szczęście ten okazałe się łatwy do odszyfrowania. Otóż tak: (hip-)hop opiera się na rytmie, trip natomiast odpowiada za nieco "mroczną" atmosferę utworów. Ciężko jest tak w zasadzie zdefiniować, co się tu tak naprawdę dzieje. Jest to z całą pewnością downtempo, ale zmieści się tu także trochę ambientu. Mamy więc spokojne, stonowane rytmy, okraszone głębokim basem majaczącym w tle.

Tryad to nie do końca zespół, może raczej grupa. A już na pewno kolektyw. Innymi słowy jest to zbieranina ludzi tworzących muzykę pod wspólną banderą. Sprawia to, że każdy utwór (trzymając się ogólnie zakreślonej konwencji) jest inny. Jednym się to spodoba, innym nie. Lecz nie dlatego, że autorzy są mniej utalentowani - chodzi mi o wykonanie, które jest niekiedy z deczka amatorskie. Pamiętać trzeba, że jest to płytka dostępna za darmo, nagrana przez "zespół", którego nie ma na Wikipedii. Grupa ma na koncie dwa "śpiewane" LP (plus EP i album instrumentalny), wydane w tym samym roku. Początkowo chciałem pokazać Wam ten pierwszy, starszy, ale pomyślałem sobie, że są one na tyle podobne, że "co mi tam". W sumie będzie to 27 utworów, z których tak na dobrą sprawę ciężko wskazać faworyta. Osobiście uwielbiam zarówno "The Final Rewind", jak i "The Rising", czyli otwarcie i zamknięcie pierwszego krążka. To właśnie on gościł w moim odtwarzaczu najczęściej (z tych dwóch). Nie oznacza to jednak, że album "Listen" jest u mnie na marginesie! Po postu nie mogłem się im oprzeć i nadal nie mogę. Ot, sentyment.

Gdyby chcieć je porównać, to faktycznie widać (słychać) różnicę. "Public Domain" pozostaje dość delikatny, podczas gdy jego następca od razu podrzuca coś szybszego. Ponadto te kilka miesięcy, dzielących czas wydania albumów, przeniosło się na poziom muzyczny projektu. Bardzo dobrze zostało to oddane w statystykach odtworzeń - warsztat uległ poprawie. Znów więc można raczyć się twórczością grupy i nie ryzykować powtarzalnością. Komercyjni autorzy długo czekają z wydaniem kolejnego materiału, co naturalnie wpływa na ich dojrzałość muzyczną. Tu dwa albumy wydano w tym samym roku - i niestety tyle ich było widać. Na oficjalnej stronie projektu znaleźć można też solowy projekt członka grupy, vavreka, ale nim może zajmę się innym razem (pod warunkiem, że będzie wart opisania). Do tego czasu zapraszam do pobierania obu albumów - niech Wam dobrze służą ;)


Ocena:
Ba dum dum bum!

sobota, 15 sierpnia 2015

Wieża Obrona Wojownicy Posterunek

Tytuł: Tower Defence Warriors Outpost
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2014 (?)
Cena: darmowa
Link: http://falcoware.com/TowerDefenceWarriorsOutpost.php





No dobrze. Skoro formalności mamy już za sobą - pora na pytanie zasadnicze. Cóż to takiego? Odszyfrowanie zawiłego tytułu nie należy do najprostszych zadań, więc służę skrótem - to połączenie dwóch "gatunków" gier. Nazwa programu sugerowałaby, że to tower defence - jest to jednak jedna z gier, w których produkujemy jednostki bojowe, których jedynym zadaniem jest przebić się do wrogiej bazy i zrobić tam jesień średniowiecza. Żołnierzy nie kupujemy jednak za pieniądze, ale stawiamy budynki, z których będą co jakiś czas wychodzić (tzn. trzeba kliknąć na ikonkę wojownika gotowego do wymarszu). Tych mamy do wyboru cztery rodzaje - podstawowa "fabryka" wypuszcza najsłabszych, ale i najtańszych wojów, podczas gdy te bardziej zaawansowane (uwaga!) wydają na świat odpowiednio silniejszych rycerzy.

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że źródło utrzymania jest jedno - zabici wrogowie. W początkowej fazie gry nie będą oni sprawiali problemów, ale mniej więcej koło dziesiątej wioski do ocalenia podskoczy im wskaźnik agresywności (symbol czaszki), co oznacza, że staną się oni do kilku razy silniejsi. Nam - jako dowódcy - nie pozostanie nic innego jak inwestować w ulepszenia. Sęk w tym, że zazwyczaj (mówię tu o tych trudniejszych misjach) wybór nie jest oczywisty. Swoją strategię trzeba dostosować do sytuacji na planszy - czasem bardziej opłaca się kupić dodatkowy generator słabszych wojowników, kiedy indziej konieczne jest ulepszenie już istniejących. Przez powiedzenie "opłaca się" mam oczywiście na myśli fakt, że inaczej nie uda się wygrać. Raz zakupieni wojownicy sami znajdą drogę do bazy przeciwnika, więc jeśli raz uzyskało się przewagę, nazwijmy to "gospodarczą" (stosunek siły produkowanych żołnierzy do sił strony przeciwnej), można spokojnie zasiąść i obserwować pożogę.

Nie ukończyłem całej gry, ale do tego momentu, do którego udało mi się zajść, nie było żadnego "super bossa", który miałby przechylić szalę na korzyść obleganych orków. Trochę szkoda, ale brak możliwości reorganizowania armii na bieżąco stałby się dość uciążliwy, a zmiana w tym kierunku zepsułaby poziom trudności typowych potyczek. Teraz jest dobrze - a nawet bardzo dobrze. Gra niby prosta, ale wymagająca. A ile daje satysfakcji! Może pomijając tylko bezradność w obliczu z pozoru niepokonanego strumienia potworów maszerujących na nasze miasteczko, która towarzyszy graczowi od pewnego momentu... Nie obyło się bez paru "rage quit", lecz jak mówi stare porzekadło, nie takie rzeczy się robiło. Polecam!


Ocena:
Kupą mości panowie!


W skrócie:
+ Wymagający poziom trudności
+ Sporo możliwości wyboru
+ Oglądanie płonącej wioski wroga leczy wszelkie rany

- Bywa wkurzająca

wtorek, 11 sierpnia 2015

Po tamtej stronie

Artysta: LukHash
Album: The Other Side
Rok: 2015




Do muzyki z ograniczoną jak na nasze czasy liczbą bitów ludzie podchodzą raczej sceptycznie. Jeśli ktoś nie miał do czynienia z dawnymi grami czy wręcz starymi systemami, trudno jest mu zaakceptować to specyficzne brzmienie. Jest jednak taka grupa zapaleńców, która wcale się tym nie przejmuje. Powiem więcej - nadal produkują oni muzykę godną swoich poprzedników, skierowaną do skromnego grona odbiorców. Słuchając takiej muzyki można albo się zaciekawić i zacząć drążyć dalej, albo zrazić się od samego początku. Tak to przynajmniej wygląda z typowymi chiptune. Są bowiem i tacy artyści, którzy idą krok dalej, łącząc najlepsze cechy obu pokoleń.

Jednym z nich jest LukHash, nota bene Polak. Tworzy od 2003 i ma na koncie kilka albumów - ten tu jest jego najnowszym dzieckiem. Od razu więc odsyłam do jego profilu po więcej! Pamiętam jeszcze, jak zachwycałem się geniuszem kompozycji kilku moich ulubionych utworów z wydanej w 2011 roku "Digital Memories". Jak ten czas leci! Moim skromnym zdaniem jest to najlepszy jego krążek - ale to oczywiście moja opinia :) W "The Other Side" autor poszedł bardziej w stronę "tych innych" gatunków, rdzeń zostawiając troszkę w tyle. Wciąż słychać charakterystyczne efekty dźwiękowe przywodzące na myśl zbieranie bonusów w grach, co osobiście bardzo sobie cenię. Trochę perkusji, trochę rockowej dynamiki, trochę innej elektroniki - po prostu cudo. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie, że jest to materiał, który polubić może każdy wielbiciel obu tych kierunków w muzyce. Nie przechyla on szali na żadną ze stron, pozostawiając wiele miejsca na zwykłe uwielbienie tego, czym jest - muzyki.

A co mają z tego zatwardziali fani 8 bitów? U tego konkretnego artysty znajdą oni argument ku temu, żeby zachęcić niedowiarków do zapoznania się z tym gatunkiem. Kto wie, może złapią bakcyla i skuszą się na coś więcej? Albumy LukHasha spośród sobie podobnych, na jakie udało mi się natrafić, są najbardziej otwarte na nowych słuchaczy. To ważna cecha, przynajmniej na początku. Do chiptune łatwo się zrazić, co raczej nie grozi w tym wypadku. Autor jest tak zręczny w żonglowaniu dźwiękami, że w zasadzie nie mam się do czego przyczepić. Poziom jest bardzo wyrównany, a kolejne utwory łączą się w jedną całość, bez niespodzianek. Powiedziałbym żartem, że chciałoby się więcej - ale fakty są takie, że to owe "więcej" już jest. I to jeszcze jakie!


Ocena:

Za chiptunem stanę murem!

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Mały, ale wielki

O, trochę zabalowałem! Jak napisałem - nadrobię, spokojnie ;)

Tytuł: Little Fighter 2
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 1999
Cena: darmowa
Link: http://www.littlefighter.com







Little Fighter to legenda, nie da się tego wyrazić inaczej. Jak długo żyję, nie widziałem lepszej bijatyki dostępnej za darmo w sieci. Początki były nieśmiałe - ale to, co mamy teraz, przerasta wszystko. Aby gra tego typu odniosła sukces, musi spełniać pewne wymagania. Gracz powinien mieć wybór odnośnie listy postaci, którymi będzie mógł pokierować, postacie te powinny być dobrze zróżnicowane, a system sterowania wygodny. Nie zaskoczę Was - ta gra ma to wszystko. Bez względu na to, czy lubicie magów czy wojowników, posługiwać się ogniem czy lodem - a może strzelać z łuku? Znajdziecie postać dla siebie. A wszystko to w formie tak prostej i przystępnej, że każdy zdoła opanować poszczególne kombinacje. Tu ciekawostka - jako że jest to bijatyka "uliczna", tzn. idzie się przed siebie i walczy z falami wrogów, a system kombosów jest uproszczony. Korzysta się z trzech klawiszy (atak, skok, blok) i kursorów kierunkowych, a konkretnie zaczyna od bloku i wstukuje co tam dalej potrzeba. Wielki plus należy się za to, że poszczególne kombinacje powtarzają się wedle łatwego do zapamiętania schematu: na ten przykład pociski zawsze miota się klawiszami blok+przód+atak.

Inną zaletą LF2 jest kilka trybów gry - arcade, bitwa, pojedynek, turniej i survival. Można więc tłuc bandytów i bossów lub pograć z kolegą 1 na 1. Ostatnia wersja dodała niezwykle ciekawy tryb przetrwania, gdzie przy wzrastającym poziomie trudności trzeba pokonać kolejne postacie. Każdy taki ziomek na oczywiście pełen pasek życia, czego nie można powiedzieć o nas. Obowiązuje zasada, że ile uda się uratować, tyle będzie dostępne. Reguła ta ma także swoje zastosowanie w przypadku turnieju - ima dalej, tym trudniej. Szkoda tylko, że nie obyło się bez dość istotnych wad. Po pierwsze, mogą wystąpić problemy z grą przez Internet - gra jest tak skonstruowana, że czeka na odezwę każdego gracza, co w praktyce oznacza potężne zacięcia (coś jak lagi spowodowane słabym sprzętem). Czasem uda się pograć, ale to wyjątki. Na szczęście można grać lokalnie - a to już coś! Druga rzecz - czyli tryb bitewny. Jeśli macie starszy komputer, to lepiej nie ustawiajcie zbyt wielu postaci na raz - będzie mulić. Aczkolwiek na moim obecnym sprzęcie wszystko śmiga - tak tylko ostrzegam.

Inne wady są bardziej wkurzające niż groźne. Aby zarobić na reklamach twórcy celowo spowolnili proces odpalania się gry, a żeby zmienić sterowanie trzeba wrócić się do launchera, czyli włączyć rzecz jeszcze raz. Jeśli miałbym się do czegoś jeszcze przyczepić, to do zmian, jakie wprowadzono parę wersji temu. Oryginalny pomysł wyglądał tak, że w "Stage mode" (kampania) lało się ze zwykłymi przeciwnikami, od czasu do czasy wypadali mini-bossowie, czyli któryś z bohaterów, a na końcu stał super-boss. No i tyle. Potem jednak zaczęto cudować - dodano więcej bossów, nowe poziomy i rozszerzono wachlarz NPC-ów (czyli płotek). To jeszcze było dobre - nie pasuje mi tylko ostatnia ze zmian. Otóż postanowiono podnieść poziom trudności, a graczom pozostawiono rekompensatę - po poziomach porozmieszczano uwięzione (podstawowe) jednostki, które po uwolnieniu dołączają do naszej drużyny. Niby nic takiego, ale jak gra się Firenem (mag ognia), to można pożegnać się ze swoją skutecznością. Taka tam kula ognia może nie trafi w swoich, ale jeśli podpali wroga, to ognień może przejść na każdą inną postać w pobliżu - tak wrogów jak i sprzymierzeńców. Uwierzcie mi, strasznie to trzebi nasz oddział. A że każdy jego czar działa podobnie, to pozostaje tylko iść się bić na pięści. Ja się z Wami co prawda bić nie będę, ale jak nie ściągniecie sobie opisywanej dziś gry to Was znajdę. Innymi słowy - spodziewajcie się małej, czerwonej kropki na czole. LF2 to jedna z tych gier, w które po prostu trzeba zagrać!




Ocena:
Thunder Punch!


W skrócie:
+ Wymagający Stage Mode
+ Inne tryby do wyboru
+ Ciekawe postacie
+ Każda postać wymusza inny styl gry
+ Prosty i intuicyjny system ciosów

- Nie każda postać daje się łatwo prowadzić
- Zmiany utrudniające grę
- Nie zawsze uda się pograć przez sieć