Autor: James Cobb
Tytuł: Piekło Arktyki
Tytuł oryginalny: Robert Ludlum's The Arctic Event
Rok wydania: 2010 (oryg. 2007)
Pisać po kimś, wedle czyjegoś pomysłu, musi być trudną sztuką. Robert Ludlum pozostawił po sobie notatki, które później ujrzały światło dzienne w postaci nowych książek sygnowanych jego nazwiskiem. Wbrew pozorom nie chodzi tu więc o pseudonim artystyczny. Poprzednim razem (LINK) było genialnie - czy więc pan Cobb sprostał zadaniu?
Zaczyna się - jakże by inaczej - od prologu. Dawno temu na jednej z arktycznych wysepek rozbił się samolot - i świat o tym zapomina. Do czasu oczywiście - jakiś czas później (tu przenosimy się do czasów współczesnych), mała grupka naukowców bada wspomnianą już wyspę, nie wiedząc, jaki skrywa sekret. Podczas jednej ze wspinaczek dostrzegają jednak zarys kadłuba - i od tej pory rzecz zaczyna się komplikować. Dlaczego? Ano doczytacie.
Jak na ironię poprzednia moja przygoda z Ludlumem dotyczyła zmagań Amerykańsko-Niemieckich. Dziś skończyłem taką z Rosjanami na drugim brzegu. Oczywiście trzon historii stanowią Amerykanie. Ale to chyba nie dziwi, prawda? Wojsko, siły specjalne, prezydent USA - mieszanka dość standardowa. No i jeszcze Rosjanie - z jakże mocno podkreślaną mentalnością. To nie mogło pójść dobrze... A propos podkreślania. Głównym bohaterem jest Jonathan Smith, zwany "Jon Smith". Wygląda i brzmi to dość pospolicie, czego autor nie omieszkał w paru miejscach wykorzystać. Bardzo dobrze, wykorzystać. Lubię takie rzeczy, co jeszcze raz zaznaczam.
Ale ale, gra nie byłaby warta świeczki, gdyby nie znalazły się tu inne smaczki - choć jak na mój gust trochę za mało wykorzystane. Ale (znów) zepsuty jestem przez eRPeGi, więc wybaczcie. Po pierwsze, nasz główny bohater ma pewne problemy z dowodzeniem. Podczas tej przygody staje się odpowiedzialny za losy swojej grupy - i idzie mu nad wyraz dobrze. Po drugie - pojawia się wątek kobiety i ogólnie ludzi, których się kocha(ło). Tu również autor trochę pobieżnie potraktował sprawę. Brakowało mi właśnie głębszego wejścia w psychikę Jona - uważam to pole za po prostu zaniedbane. Nie tak do końca ma się rozumieć, ale zawsze.
Powyższe przytyki mogę wytłumaczyć jednym - i jest to tłumaczenie dość rozsądne. Chodzi o wyraz całej książki - miał być i jest pozytywny. Jednym będzie się to podobać (bo przecież to jedyna słuszna droga do załatwiania takich spraw), ale innym (jak mnie na ten przykład) zadrży powieka w wyrazie niedowierzania. Nie chcę, żebyście mnie źle zrozumieli - powieść jest dobra. Dobra, trzyma od początku do końca i nie puszcza, póki się nie okaże, że zamknęliśmy drugą okładkę. Ale (znów znów) jak mówi popularne wśród pismaków powiedzenie, brakuje tu mistrzowskiego szlifu. Trochę za dużo zmarnowanego potencjału, trochę za mało dramaturgii - oczekiwałem, że będzie na odwrót.
Ponownie, nie zrozumcie mnie źle. Książka zdecydowanie może się podobać - po prostu ja nie należę do ścisłego kręgu docelowego. Stąd taka moja ocena. Ale przekonajcie się sami, czym jest to całe "arktyczne wydarzenie", może Wam akurat do gustu taki obrót spraw przypadnie. Innymi słowy - cieszmy się, bo jest z czego :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz