niedziela, 31 maja 2015

Wörk, wörk, wörk...

Witajcie Wędrowcy!

Przepraszam za brak wpisów z mojej strony, mam urwanie głowy na koniec semestru :( Mam sporo rzeczy do przetestowania, część już sprawdzam po nocy, więc jak tylko się uspokoi, będziecie mogli coś u mnie przeczytać i pograć/ posłuchać. Żyję, tego możecie być pewni ;)

Do zobaczenia za jakiś czas :)

niedziela, 17 maja 2015

Łysy daje czadu

Niespodzianka! Kolejna gra do pożarcia :)

Tytuł: Undertown
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2010
Cena: darmowa (demo)
Link: http://fithx.com/undertown





Niestety, ale jest w Sieci coś takiego jak robienie obiecującego demka gry, która potem nie zostaje ukończona. Niby to liczy się na sponsora czy oko krytyka, który napisze o takowej grze przychylną recenzję i zamieści ją na swoim poczytnym blogu... Jedną z nich jest na przykład opisywana przeze mnie gierka pod tytułem tyleż tajemniczym co dobrze się zapowiadającym, czyli Undertown.

Jest sobie jakiś przypakowany koleś (nasz bohater) i jego kumpel. Razem wchodzą do jakichś podziemi i mają zamiar uratować dziewczynę tego pierwszego. Proste? Proste. Zwłaszcza jak się jest tym "przypakowanym". Choć na mój gust to mógłby on przywdziać coś stosowniejszego, jakiś pancerz czy coś... Z bronią u niego akurat w porządku - ostrze robi wrażenie. Oczywiście na fanach fantasy, a nie historykach ;) Tyle tylko że mamy tu do czynienia z odwróconym chwytem, czyli bardziej niepraktycznie już chyba być nie mogło. No ale dzięki temu animacja walki była o wiele łatwiejsza - nie trzeba było odtwarzać wielu ruchów. Może i byłbym w stanie to docenić, ale nie pozwalał mi na to jeden, dość istotny szczegół. Otóż animacja (ta i jakakolwiek inna) jest na tyle uboga, że gdy cokolwiek po stronie gracza zaczyna się ruszać (choćby to była tylko kamera), wszystko zaczyna się sypać. Nie w znaczeniu błędów gry, ale grafiki. Wszystko się rozmazuje i wygląda bardzo brzydko. Gdyby nie pewna programowa asekuracja, każda walka zakończyłaby się naszą porażką - nic wtedy nie widać! Jedyne, co możemy zrobić, to klikać, starać się odwracać tam, gdzie sądzimy, że stoi wróg - i mieć nadzieję, że to zadziała. A jak nie, to mamy do wykorzystania dwa bonusy - miksturę leczącą i tryb furii. Te pierwsze przywracają nam siły witalne, a to drugie można odpalić gdy nabijemy pasek na dole ekranu. Gra jest warta świeczki, bo zamiast trzech ciosów będzie trzeba wykonać tylko dwa - a sama walka nabierze jeszcze większej dynamiki

Poza tym chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz - grafik się spisał, gdy chodzi o modele postaci, elementy poziomów i co najważniejsze - przerywniki filmowe. Wykonano je bardzo starannie i aż bije z nich profesjonalizm. Chciałbym, żeby inne gry tak wyglądały!

Interfejs jest dość ubogi, ale w sumie doskonale wiadomo, co się tu odprawia. Gdy jesteśmy ranni, po ekranie zaczynają latać plamy krwi. Wspomniany pasek walki - też bez większej filozofii. No i jeszcze te miksturki, które uroczo zwisają z paska na plecach. Jak nasz heros tam sięga - nie pytajcie, bo nie wiem. Przyczepić bym się mógł do ikonek, które widać na załączonych obrazkach. Pierwsza oznacza użycie eliksiru, druga to tryb furii. Trzecia pozostaje nieaktywna - jeszcze nic się z nią nie wiąże. Nie wiem, czy to symbole z języka używanego w grze, czy coś na kształt run - ale są mało komunikatywne. Choć gdy się już pozna ich znaczenie, to i tak wszystko jedno.

Jako że to tylko demko, to długo sobie nie pogramy. Na szczęście są dwie opcje - gra na wyższym poziomie trudności (o ile nie graliście od razu na najwyższym) oraz tryb przetrwania. Tu nie ma już przełącznika trudności - rośnie ona wraz z postępami liczonymi numerem fali wrogów. Po każdej takiej fali uzyskujemy dodatkową miksturę leczącą, co nie zmienia faktu, że trzeba je oszczędzać. Warto też wspomnieć, że jest też tablica wyników online. Obecny rekord to ponad 200 trupów - jest więc o co walczyć.

Mimo iż gra pochodzi z zamierzchłych czasów, trzyma się bardzo dobrze. Może trochę wolno działa na pełnym ekranie, ale w okienku jest lepiej. Gdyby istniał tylko szczątkowy tryb historii, pewnie nie zawracałbym nią sobie głowy. Ale jest coś więcej - i to takiego, że nawet przez moment się nie zawahałem. Gdyby twórcy wykazali jeszcze trochę inicjatywy, zapewne świat usłyszałby o Undertown. Wyobrażacie sobie darmowego God of War? Tak by ją nazwali dziennikarze. I choć to tylko "darmówka", warto spróbować swoich sił. Zwłaszcza jeśli lubicie wyzwania. Tryb przetrwania czeka na takich jak Wy!


Ocena:
Byliby z niej ludzie


W skrócie:
+ ma potencjał
+ efektowne walki
+ tryb survival

- krótka
- wszystko się rozmazuje
- troszkę wolno działa na pełnym ekranie
- nie zapowiada się, aby ją skończyli

sobota, 16 maja 2015

Wojny klonów

Dziś dwie gry w cenie jednej - w ramach rekompensaty, że to tak długo trwało :)

Tytuł: TAGAP 1 + TAGAP 2
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2007 + 2011
Cena: darmowa (+ soundtrack na stronie)





Cóż to było za spotkanie, jaka szkoda, że Państwo tego nie widzą! Pora to zmienić! Są takie gry, które się lubi - i takie, które się kocha. Te ostatnie to między innymi TAGAP, czyli The Apocalyptic Game About Penguins (heh). Jest to platfromówko-strzelanka, czyli coś, co przyjęło się określać mianem "run 'n' gun". Takie tam skróty. Jak już widzicie po załączonych zrzutach, jest na co popatrzeć.

Fabuła opiera się na projekcie doktora Glowenko - oczywiście planu przejęcia władzy nad światem. Środkami do osiągnięcia celu miała być armia pingwinów-zombie (niech się Pingwin od Batmana schowa!). Wszystko szło świetnie, aż do czasu, gdy jeden z obiektów badawczych dostał nóg i postanowił obrócić się przeciw swojemu stwórcy. Info dla nowych w biznesie - to właśnie nasza postać i główny bohater w jednej postaci. Szybko znajdziemy pierwsze narzędzie zagłady - uzi. Potem następne (hura) i całą listę innych zabawek (plus ich tryb alternatywnego strzału). Rozwałka to główna oś gry - choć nie jedyna. Czasem będzie trzeba coś wcisnąć - co nie oznacza, że po drodze nie będzie trzeba skosić legionu zombie. Poziom trudności jest dobrze wyrównany. W pierwszej odsłonie powoli budujemy swoją markę i stopniowo stajemy się coraz silniejsi, zarówno pod względem arsenału, jak i naszych własnych zdolności jako gracze. Druga część zastaje nas tam, gdzie skończyliśmy jedynkę - i konsekwentnie ciągnie nas jeszcze dalej. Dla przykładu to, co w jedynce jest silnym bossem, w dwójce gra rolę troszkę większego utrudnienia na naszej drodze. W związku z tym pierwsza część jest moim zdaniem ciut lepsza - zarówno w kwestii fabuły, jak i rozgrywki. Co prawda nie ma nic lepszego niż przebijanie się przez hordy pingwinów z minigunem w ręku, ale i tak sądzę, że jedynka była bardziej satysfakcjonująca. Chodzi mi o to, że to my sami byliśmy sprawcą naszego sukcesu, troszkę więcej zależało od naszego sposobu myślenia. Dwójka to tak naprawdę parcie do przodu - czasem tylko będzie potrzebny ciężki sprzęt. Na szczęście seria nadrabia humorem - Funky Penguin czy przedział dla palaczy to jedne najfajniejszych miejsc w historii gier. Nie do zbycia jest również gwóźdź programu, czyli tytułowy TAGAP. Oprócz oficjalnego tłumaczenia (rozwinięcia) wskazanego przeze mnie we wstępie, jest to także nazwa specyfiku działającego na umysł. TAGAP to środek podawany pingwinom-zombie, ale i coś, co leczący nasze rany. W dużych ilościach powoduje omamy - efekt ten jednak różni się o obu grach. Nie będę wskazywał konkretów - to trzeba zobaczyć samemu ;) Inny bonus uruchamia się po zabiciu kilku wrogów w krótkim odstępie czasowym (co oczywiście łatwiej osiągnąć bronią inną niż standardowa) - na początku z nieba zaczną sypać się tabletki z TAGAPem, a później może spadnie dopalacz broni lub dodatkowe życie. Przedawkowanie skutkuje też wejściem w tryb bullet time - a chyba nie muszę tłumaczyć, co to daje. Czasem więc warto chwilę przykampować i poczekać na złoty deszcz - dzięki temu będzie można przejść najtrudniejsze fragmenty bez utraty cennego zdrowia. A wspominałem już, że dwójka ma tryb kooperacji?

Jedynkę ukończyłem ze trzy razy, jak nie więcej, dwójkę prawie pobiłem, a twórcy zdążyli już zapowiedzieć część trzecią. Ja nie mogę się doczekać! Obie gry są dostępne na stronie producenta, więc już Was tu nie ma, pobierać! Ciężko znaleźć lepszą grę tego typu wśród darmówek - i jeszcze długo tak pozostanie.


Ocena:
Dawać ich!


W skrócie:
+ dużo silnych broni
+ tryb kooperacji (TAGAP 2)
+ zróżnicowane poziomy
+ humor
+ mnóstwo akcji
+ system przedawkowania

- ciut krwawa (= nie na każdy wiek)

niedziela, 3 maja 2015

A wy tu czego?

Witajcie ponownie :) Gotowi na nową przygodę? Zapraszam!

Tytuł: Island Experiment
Testowana platforma: Facebook
Rok wydania: 2014
Cena: darmowa (mikropłatności)





Tematyka może i inna, ale w sumie to niewiele tu nowego. Island Experiment to gra strategiczna, a w zasadzie to ekonomiczna. W wersji casual, co chyba nikogo nie dziwi. Trójka badaczy ląduje na tropikalnej wyspie w celu zbadania okoliczności kraksy satelity - i my im w tym pomagamy. Pierwsze, co rzuca się nam w oczy, to krzaki, trawa i inne zarośla. Standardowo pole startowe jest bardzo małe - a za chwilę będzie się trzeba rozbudować. Serio - na tej wyspie mieszkają przecież tubylcy, jak to możliwe, że tyle tam zielska? Szybko nawiążemy kontakt z okolicznymi plemionami - i o zgrozo u nich to samo! Rozumiem, że za takie graty dostaje się doświadczenie, ale tam nie ma gdzie palca wcisnąć! Jeden plus z tego jest taki, że jak się porówna screenshoty sprzed kilku dni to człowieka duma rozpiera, że już tak daleko zaszedł. Poza tym - jak wspomniałem, bohaterów jest tylko troje. Mimo iż na obrazkach pojawiających się np. podczas ładowania widać chłopaka w okularach, to przynajmniej na te ponad dwa tygodnie spędzone z grą nie udało mi się go zlokalizować. Tak więc troje - a jak komu mało? Proszę bardzo, można zapłacić. Jeszcze parę dni temu - jeśli mnie pamięć moja nie myli - rozszerzenie zespoły kosztowało ponad dychę, teraz koło trzech złotych. Swoją drogą że w przeciągu tych paru dni kilka rzeczy się pozmieniało bez ostrzeżenia.

Gospodarka gry opiera się oczywiście na zbieraniu surowców z okolicznych źródeł. Podzielić je można na trzy kategorie - występujące w przyrodzie możliwe do zebrania od razu, takie potrzebujące odpowiedniego budynku oraz jaskinie. Takie tam krzaki czy palmy dostarczą nam parę sztuk surowca, podczas gdy kopalnie można ulepszać, odblokowując kolejne plany wydobycia. Dostaje się wtedy więcej jednostek, ale trzeba za nie zapłacić odpowiednio więcej kasy i dłużej też się na nie czeka. Standardowo - to, że ma się więcej nie oznacza, że jest to w 100% opłacalne. Najczęściej na kolejnych poziomach czas wydobycia się dubluje, czego niestety nie można powiedzieć o zyskach. Ostatni typ to jak już powiedziałem jaskinie. Są one na tyle oryginalne, że po wejściu do nich lądujemy na małej planszy i korzystając z dostępnego zapasu łopat rozkopujemy kolejne grudki ziemi i rożnych innych rzeczy tam dostępnych. Jedna grudka dla nas, jedna łopata mniej. A jak zabraknie - tak, można dokupić od ręki. Nagrodą za nasze osiągnięcia mogą być przeróżne przedmioty, także takie przeznaczone wyłącznie do sprzedaży. I jednym z takich przedmiotów były tajemnicze klucze, które któregoś dnia po prostu wyparowały z mojego magazynu. Tak samo drzewa, z których zbierałem liany, zamieniły się w krzaki. Czary, powiadam Wam, czary...

Słowo o budynkach, bo tu też jest o czym opowiadać. Główny i najważniejszy jest magazyn. Z każdym poziomem dostajemy dodatkowe miejsce, które musimy dzielić pomiędzy wszelkiego rodzaju sprzęty, jakie zbieramy podczas gry. Gdy coś się nie zmieści po prostu znika, więc liczcie, ile Wam jeszcze go zostało! W zależności od budynku, inny będzie efekt ulepszania go. Kopalnie to nowe plany wydobycia, a chatki z narzędziami pozwalają nam tworzyć nowe przedmioty. Nie można też zapomnieć o domkach mieszkalnych, które generują pieniądze. Niby można sobie kupić pomocnika, ale jeśli zbuduje się więcej niż trzy, to nic się złego nie stanie. Kasa będzie lecieć, a to dobrze. A że stoją puste? To tylko gra :P Jedna rzecz. W grach, jakie widziałem do tej pory, komunikat o możliwości zebrania surowców pojawia się po tym, jak upłynie wyznaczony czas. Tutaj jest to prawdą do każdego innego budynku, ale nie tych mieszkalnych (czy ogólnie generujących mamonę). Otóż ikonka gotowości pojawia się znacznie przed końcem, przez co narasta konieczność samodzielnego liczenia tych 4 czy 10 minut, chyba że komuś podoba się klikanie co kilka sekund... Początkowo liczyłem swój czas teledyskami na YouTube, ale ostatecznie zainwestowałem w stoper programowy. Link podrzucę na koniec.

Pora na podstawowe pytanie - czy gra ma szansę się obronić? Czy warto nią sobie zawracać głowę? Moja odpowiedź brzmi tak, ale z pewnym zastrzeżeniem. Głównym problemem jest liczba dostępnych nam pracowników. Jest ich tylko troje, więc siłą rzeczy rozwój postępuje bardzo powoli. Gwoździem do trumny jest w tym wypadku cena wszelkiego rodzaju operacji. Za nowe kopalnie nie tylko będzie trzeba wybulić parę setek monet, ale i trzeba będzie dorzucić garść surowców na potrzeby samej budowy. Przynajmniej na początku bardzo szybko zapcha się magazyn, więc nie będzie mowy o odkładaniu na później, bo trzeba będzie robić luz na bieżące potrzeby. A gdy już podbijemy tę statystykę do rozsądnego poziomu, będzie potrzebna jeszcze większa suma pieniędzy. Tak więc żeby zarobić aż tyle będzie trzeba siedzieć przy grze i klikać ikony nad mieszkaniami. Wtedy jak najbardziej - będzie się to opłacało. Mnie zajmowało to codziennie kilka godzin, ale zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim taki układ odpowiada. Ja siedziałem po nocy... Z drugiej strony patrząc, tło fabularne obliczone jest na bardzo długie zwiedzanie, więc zawsze będzie się do czego odwołać. Jeśli te oba punkty wzbudzają Wasze wątpliwości - darujcie sobie. Szkoda Waszych nerwów. Atmosfera jest przyjemna i zakładając przyzwolenia na tę specyficzną mechanikę gra jest w stanie się utrzymać. Później i tak kasy będzie coraz więcej, będzie się więc można skupić na oczyszczaniu nowych terenów. To jest akurat jedno z ciekawszych zajęć, tak wbrew pozorom ;)



Ocena:
Dobra, ale tylko dla odwa cierpliwych!


W skrócie:
+ Jest co robić
+ Przyjemnie się patrzy, jak znikają chwasty i prześwituje zielona trawka
+ Współdzielony magazyn (realistyczne rozwiązanie)
+ Płatne obiekty to tylko dekoracja

- Tylko 3 postacie na start
- Drogo!
- Samodzielne liczenie czasu


piątek, 1 maja 2015

Tańczę wciąż...

Artysta: The Gray Havens
Album: Where Eyes Don't Go
Rok: 2013




Jakiś czas temu cały wieczór spędziłem na poszukiwaniach czegoś godnego uwagi na Jamendo. Kilka godzin siedzenia, słuchania, szukania. I prawie bez efektu! Gdy już myślałem, że coś mam, okazywało się, że jakość spada gdzieś po drodze ku końcowi albumu. W końcu już jakoś po północy moja cierpliwość została nagrodzona dwoma albumami, czy może raczej EPkami z racji około 20-25 minut trwania nagrania. Co tym razem? "Where Eyes Don't Go" to ciepły i lekki w słuchaniu materiał, w którym źródłem dźwięków są instrumenty akustyczne. Brak elektronicznego "kopa" w całej rozciągłości albumu nie jest oczywiście wadą. Wręcz przeciwnie! Szkoda tylko, że współcześnie piosenki akustyczne nie trafiają do masowej wyobraźni inaczej jak w roli "wersji" innego utworu. Omijając więc utwór tylko dlatego, że nie ma w nim gitarowych riffów, jest potężną w moich oczach zbrodnią przeciwko muzyce. Wystarczy przelecieć wzrokiem po komentarzach na YouTube - mnóstwo ludzi narzeka na jakość tego, co dziś leci w eter i sławi pod niebiosa to, co jednak uda się im znaleźć, jako "prawdziwą muzykę". No to jest! Tylko gdzie te wejścia? Brakuje ich, jak zwykle. Przy pierwszym kontakcie z wokalem pomyślałem, że jakby przypomina mi ZOONERa (również z Jamendo). Nie wiem czemu - pierwszy utwór był jakiś taki, że mi synapsy załapały sygnał. W drugim natomiast nie mogłem powstrzymać się od porównania z Serjem Tankianem - ten charakterystyczny sposób zaciągania... W niektórych piosenkach miałem wrażenie, że wokalista nie jest jedyną śpiewającą osobą - refreny wydawały się podwójnie śpiewane przez niego i kobietę, ale pozostającą w tle. Już tagi mówiły jasno, że jest to "duo", czekałem więc na ujawnienie się owej drugiej połówki zespołu. Niestety, nastąpiło to dopiero w ostatnim kawałku - i na dodatek - jak na moje ucho - bardziej bonusem niż pełnoprawną ścieżką. O ile wszystkie poprzednie trzymały jakiś poziom, ta ostatnia jest głupiutką piosenką, będącą lekkim zwieńczeniem EPki. Ileż można? Fraza "get married" powtarza się ze 20 razy - sumarycznie trwa to dłużej niż regularne zwrotki! Gdy Jamendo zapętliło listę i znów leciała pierwsza ścieżka (czyt. przesłuchałem cały album) zacząłem się zastanawiać nad oceną. Niby wszystko było w porządku, trochę tylko było mi mało. I ta ostatnia piosenka... Niech będzie 4.

Ocena:
Niecierpliwie czekam na pełnometrażowy debiut!