niedziela, 24 stycznia 2016

Runda druga

Artysta: Skalissai
Album: Mentre la Terra Dorm
Rok: 2010




Jeszcze nie macie dość? No to dorzucam jeszcze jeden album. Zapewne pamiętacie La Olla Express? Dziś proponuję kolejną odsłonę muzyki ska.

O ile poprzednim razem moje określenie "rock na trąbkę" miało jakiekolwiek zastosowanie (heh), to tym razem jest ciut inaczej. Tego charakterystycznego, mogłoby się wdawać, instrumentu, jest tu zdecydowanie mniej. Zamiast tego pojawia się mocno zarysowana linia perkusji. Efektem tego niby oba zespoły grają to samo, ale zupełni inaczej.

Krążek zaczyna się bardzo dynamicznie. Pierwsza ścieżka - "Loading", może i nie tra długo (choć i tak jest rozpasana jak na intro), ale pozwala zorientować się, w jakiej atmosferze utrzymają nas następne utwory. Problem tylko w tym, że w późniejszej partii materiału powoli zmienia się on na coś znacznie bardziej stonowanego, zbliżając się do reggae. Niby nic nadzwyczajnego, ale zawsze mam wrażenie, że utwory zostały tak poukładane specjalnie, tworząc jednolity trend na długości całego albumu.

Album raczy nas kilkoma smaczkami, o których nie mogę nie wspomnieć. Po pierwsze, jest dwoje wokalistów. Pierwsze skrzypce gra głos kobiecy, ale i męski ma coś do powiedzenia (znaczy się, zaśpiewania). Lubię takie połączenia. Po drugie, wyraźnie czuć tu element elektroniczny - zwłaszcza pod koniec. Dzięki temu płytka nie jest taka sama od początku do końca - i całkiem nieźle to wyszło. Punkt trzeci? Trąbka. Wiem, to standard przy tego typu muzyce. Ale i tak powiem, że mało się ją słyszy ogółem. Jest więc, a ja to pochwalam. Takie tam moje trzy grosze...

No i tyle. Album polecam każdemu słuchaczowi. Dla nowych w biznesie będzie to miła odskocznia od całej reszty, dla obeznanych będzie - mam nadzieję - kolejnym dodatkiem do kolekcji. Tak czy inaczej zachęcam do znalezienia dla niego miejsce na dysku :)


Ocena:
Bo podrygiwanie to za mało!

sobota, 23 stycznia 2016

Kwadrat sześcian

Tytuł: Tesseract
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2014
Cena: darmowa





Dziś wpis wyjątkowy, podobnie jak gra. Robię go nie tyle żeby jak zwykle pochwalić się moim archiwum gier, ale żeby jedną z nich wypromować. Jest o co walczyć, a graczy ze świecą szukać... Ale o tym za chwilę.

Tesseract to trzecia część serii gier FPS "Cube". Pierwszy był właśnie "Cube", po nim nastała epoka "Sauerbraten", a teraz cieszyć się można z odsłony numer trzy. Tak dla porządku - "tesseract" to po naszemu "hipersześcian". Zaintrygowanych odsyłam do Wikipedii. Bolączką poprzednich części było pewne niedopracowanie. Jedynka cierpiała przez brak dobrego zrównoważenia broni, dwójka miała modele postaci z sieci. No a teraz pora na rozliczenie się z dzisiejszym daniem głównym.

Przede wszystkim zaznaczyć trzeba, że gra w całości przeznaczona jest na rozgrywkę typu "instagib", co oznacza, że do zabicia postaci wystarczy jeden strzał. Do wyboru są tylko dwie pukawki, które wybiera się już na starcie, nie ma więc mowy o zmianach podczas meczu. Różnią się one szybkością strzału i celnością - karabin pulsacyjny strzela trochę szybciej, pociski trochę eksplodują przy trafieniu, ale lecą one wolniej. Natomiast railgun to typowa snajperka - wolna w strzelaniu i przeładowaniu, ale trafiająca w punkt. Wybór jest Wasz, jak to się mówi. Póki co gra podzielona jest na trzy podstawowe tryby (DM, TDM i CTF) razy dwa rodzaje broni właśnie - żeby było sprawiedliwie. Nie wiem, czy później pojawi się opcja pojedynku mieszanego - o to trzeba by zapytać twórcę.

Pierwsza Edycja (każda ma jakąś "nazwę kodową") oddaje nam do dyspozycji kilka map, ale tylko jedna jest kompletna. Na innych brakuje tekstur, są też problemy z botami - zaczynają się bronić dopiero po jakimś czasie. Już ta jedna pokazuje jednak, że mamy do czynienia z grą na poziomie. Chwilowo możliwości są dość okrojone, a żeby pograć online trzeba mieć szczęście - ale będę trzymał się swojego zdania. Instagib to wymagająca zabawa, ale niezmiernie satysfakcjonująca. Gra ma ogromny potencjał, żeby przyciągać graczy zaawansowanych. Rozgrywka jest bardzo szybka i nie przebacza błędów. To zawsze jakaś motywacja, aby grać jeszcze lepiej. I ta gra na to właśnie pozwala. Swoją drogą, że też wymaga, ale to szczegół.

Od strony technicznej jest ona przygotowana profesjonalnie. Mimo iż zobaczymy mnóstwo efektów graficznych (cienie w czasie rzeczywistym), gra śmiga na moim starym gracie na w miarę wysokich ustawieniach. I to na paczce instalacyjnej ważącej nieco ponad 240 MB. Ot, potęga przyłożenia się do pracy. Grafika i muzyka zachęcają do zabawy, a że wszystko świeci jak choinka, to i zabijanie ma swoje walory estetyczne (jakkolwiek to brzmi). Osobiście przyczepiłbym się do modeli postaci. Nie że są złe czy coś, ale jednak wolałbym, aby postacie były ciut grubsze. Szersze, cokolwiek. Po prostu trudno jest trafić w takiego chudzielca!

Jeszcze raz powtórzę moje słowa. Tak, gra jest mało kompletna. Tak, graczy jest mało. Tak, można by coś jeszcze poprawić. Ale też: tak, jest cudowna. Czekałem na nią bardzo długo i troszkę się zawiodłem. Zawiodłem się tym, że tak mało ludzi o niej wie. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak bym się ucieszył z większej puli ludzi do fragowania. Może nie jestem pr0, ale coś potrafię. I bardzo chętnie związałbym się z Tesseractem. Może więc zrobicie mi ten prezent i popchniecie wieść po znajomych? Może ktoś lubi instagib? Zapraszam, sprawdźcie swoje siły. Będzie o czym opowiadać :)


Ocena:
Hipermoc!


W skrócie:
+ Piękna grafika
+ Małe wymagania sprzętowe
+ Gratka dla lepszych graczy
+ Wartka akcja, trup się ściele

- Mało map
- Brak pojedynków mieszanych
- Szczupłe modele postaci

niedziela, 17 stycznia 2016

Karczmienni celtowie

Artysta: Wooden Legs
Album: If it doesn't last forever...
Rok: 2011




Gatunek określany mianem muzyki celtyckiej, a w zasadzie podgatunek folku, to dość grząski grunt - przynajmniej jeśli idzie o muzykę niezależną. Zdecydowana większość tego, co znalazłem (w sensie rzeczy nadających się do pokazania), to jakieś pojedyncze ścieżki. A tu proszę, honor uratowany, mamy album!

I to jeszcze jaki. Od razu zdradzę, że na podstawie ich materiału zmontowałem sobie dzwonek. Uwielbiam Creative Commons :) Co prawda na krążku utwory śpiewane przeplatają się ze ścieżkami instrumentalnymi, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. W obu przypadkach dostajemy kawał dobrej roboty. Ludzie z Wooden Legs grają coś na kształt muzyki piracko-karczmienno-celtyckiej. Połączenie to może wydawać się dziwne, ale zapewniam, działa bez zarzutu! Głos wokalisty jest mocny i męski, a to gwarantuje niezapomniany charakter piosenek. No, może poza tymi, gdzie gościnnie śpiewa kobieta, bo tam ona rządzi. Jest tam bodaj jeden taki - epicki na swój, odmienny sposób.

Jak już wspomniałem, część przebiegu zapełnią nam utwory instrumentalne. Często zdarza się, że takie coś dodaje się jako przerywnik lub nawet zakończenie, przez do są właśnie tym - dodatkiem. Albo - co gorsza - ich jakość jest widocznie niższa. Na szczęście ponownie muszę pochwalić tu zespół Wooden Legs - grają, że aż sufit trzeszczy!

Płytka ta jest gratką dla fanów szeroko pojętej muzyki folk. Ale nawet jeśli nie macie z tym za wiele wspólnego (pamiętajcie, metale i folkowcy to przyjaciele!), polecam spróbować. Spróbować, pobrać i może nawet nagrać sobie na telefon czy empetrójkę. Bo jak grać, to grać!


Ocena:
Zieloni to oni nie są!

sobota, 16 stycznia 2016

Móóóózg!

Tytuł: Zombiepox
Testowana platforma: Windows XP i Windows 10
Rok wydania: 2005
Cena: darmowa







Na początek uwaga co do tego, co powyżej. Oficjalna strona nie działa, więc podałem link zastępczy, choć też oficjalny - stronę projektu na SourceForge. A teraz do rzeczy...

Zombie! Zombie tu, zombie tam, zombie wszędzie! Znów to samo... Nie, zaczekajcie! Tylko żartowałem! Tak, motyw żywych trupów jest bardzo popularny, ale to nie oznacza od razu, że mamy podchodzić to takich produkcji jak przysłowiowy pies do jeża. Chyba zdążyliście się już zorientować, że w tym miejscu podsyłam wyłącznie sprawdzone produkcje. I tym razem jest tak samo.

W co więc biega tym razem? Powiedziałbym, że biega się po cmentarzu, ale chyba sobie daruję ten dowcip... Choć tak naprawdę to właśnie to się robi. Tyle że nie ze strzelbą czy piłą mechaniczną, jak to zwykło się robić, ale z ekwipunkiem dość... niezwykłym. Otóż na naszym wyposażeniu mamy mózgi. Mózgi. Naszym zadaniem jest tak porozrzucać po planszy owe organy, aby wdepnął na nie jakiś przeciwnik. Wtedy to zamienia się w człowieka i przybliża nas do zwycięstwa. Jeśli na mapie zostaną sami ludzie - wygrywamy, jeśli zombie - game over. Jakież to proste :)

Ale żeby nie było zbyt monotonnie - po pierwsze, każdy kolejny etap to nowy i oczywiście większy cmentarz. Zaczynamy pod wieczór, gdy potwory dopiero się budzą, a kończymy nad ranem, gdy walka o przetrwanie nabiera koloru. W późniejszych etapach znajdziemy też poręczną zabawkę, jaką jest skrzynka dynamitu. Gdy mamy jakąś na składzie, następny rzucony mózg zamieni się w minę (jakby już nią nie był...) i przy kontakcie wybucha kilkoma innymi mózgami. Demolka!

Grafika stoi na przyzwoitym poziomie. Sprite'y są schludne i nie ma problemów z rozróżnieniem kto jest kim. Swoją drogą dlatego (między innymi) uwielbiam styl 2D. Te nowe produkcje potrafią skopać rzecz tak prostą by się wydawało... Podobnie i muzyczka plus efekty dźwiękowe miło akompaniują nam podczas rozgrywki - jestem zadowolony. Stare dobre czasy :)

Tym razem podsumuję inaczej. Jeśli macie co robić, rzućcie to - ta gra na Was czeka! Ha, żartowniś ze mnie. Ale tak na poważnie. Są uzależnienia od różnych rzeczy, w tym daleko nie szukając - od Facebooka. Może więc zamiast po raz kolejny sprawdzać statusy znajomych, zagracie sobie w Zombiepox? Nawet jak obczai się już, co należy robić, aby zwyciężać, poziom trudności może okazać się motywacją do tego, żeby spróbować jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze... Warto, zapewniam ;)


Ocena:
Móóóózg!


W skrócie:
+ Dobra na szybką rundkę w przerwie od pracy
+ Minimalne wymagania i rozmiar pliku
+ Chce się do niej wracać

- W zasadzie to nic...

niedziela, 10 stycznia 2016

Na lepsze czasy

Artysta: ZOONER
Album: Time for a better life
Rok: 2009




Znów powracamy do roku 2009. Tak, ponownie sięgnąłem do mojego archiwum! Nawet nie wiecie, ile tam mieści się skarbów... Aż szkoda, że tyle fajnych wykonawców uległo zapomnieniu. Najwyżej wyświetlane recenzje liczą sobie 4-5 lat. Może by więc tak mała przypominajka? A czemu by nie!

ZOONER to jeden z tych artystów, którzy opublikowali na Jamendo tylko jeden album - i jednym z tych, w przypadku których to zdecydowanie za mało. Album jest długi, porządnie nagrany i profesjonalnie wykonany. Głos artysty jest dość specyficzny, co dodaje płycie charakteru. Sam sposób śpiewania tego człowieka sprawił, że te parę lat temu bez wahania pobrałem ją w całości. Tak się złożyło, że idealnie wstrzelił się one w mój gust. A jak jeszcze dodamy do kociołka przekaz płynący ze słów (jej, można go zrozumieć xD) - to nie będzie trzeba rzeczy komentować.

Każdy kolejny utwór jest inny, co przypomina mi bardziej albumy z półek sklepowych niż niezależną produkcję ściągniętą z odmętów Sieci. To dobrze, bo nazbyt często gra się tu na przysłowiowe jedno kopyto. Jest to rock niezwykle wysokich lotów i pozostanie z Wami na długo.


Ocena:
Elegancka muzyka, na bardziej cywilizowane czasy

sobota, 9 stycznia 2016

Symulator chama

Tytuł: Avalonia Online
Testowana platforma: Facebook + Firefox
Rok wydania: 2014
Cena: darmowa (+ mikropłatności)





Gry RPG mają swój urok. Wicie, lata się po mapie, nawala potwory, kupuje sprzęt i wędruje w nowe części mapy, aby robić dokładnie to samo przez najbliższe parę miesięcy, a niekiedy nawet lat. I się taki człowiek zastanawia, co tu w ogóle robi. Ano bije poziomy, a cóż by innego? A co jeśliby te magiczne poziomy po prostu wyciąć? Co jeśli by ich nie było? Można mieć swoje zdanie, ale zobaczmy, jak to wyszło w praktyce!

Nie przeciągając napięcia - parę faktów. Avalonia Online (dawniej BBuilder) to taki właśnie okrojony RPG. Biegamy po mapie, bijemy potwory, za co dostajemy kasę i wiecie co dalej. Z tym zaznaczeniem, że liczy się tu tylko i wyłącznie kasa plus sprzęt, który za nią kupujemy. Ten dzieli się na dwie kategorie - rzeczy do wykorzystania w praktyce i przedmioty tylko kosmetyczne, a więc zmieniające nasz wygląd. Możemy więc kupić sobie nowy miecz, strzały do łuku - a nawet parę bomb. Gdzieś to już słyszałem chyba... Osobiście uzbierałem sobie trochę funduszy, pomijając najtańsze bronie - i się opłaciło. Podstawowy mieczyk co prawda wygląda nieźle, ale za silny to on nie jest. Pozostają więc trzy metody na uzbieranie monet na coś lepszego. Jedna to Zebranie się w większą grupę. Rozwiązanie bardzo logiczne, ale mało efektywne. Z wrogów wypada tylko parę groszy, a trzeba się jeszcze podzielić z kumplami. Druga droga to wyjście pacyfistyczne - zbieranie grzybów. Jeśli zobaczycie przelicznik, entuzjazm Wam opadnie na podłogę, gwarantuję. A trzecia? Cóż... Można jeszcze "dołączyć się" do jakiegoś losowego ziomka i trochę mu pomóc... przejść na tamten świat, podczas gdy on będzie bił ogra czy innego szkieleta. Potem tylko dobić rannego i voilà! Kasa nasza. Proste? Proste :)

Co się zaś tyczy przedmiotów kosmetycznych - tu wybór jest ciut większy. Możemy zaopatrzyć się w kapelusz, głowę, zmienić ciuszki - albo w ogóle kupić sobie jakiś inny kostium, np. ogra czy królika wielkanocnego. Wielkim plusem jest to, że w specjalne okresy zmienia się wygląd świata gry. Obecnie mamy zimę i Boże Narodzenie - mamy więc śnieg i nowy sklep w temacie. Twórcy już na ekranie powitalnym chwalą się, że jednym z elementów gry jest meblowanie swojej własnej chatki. Jeśli więc jesteście zadowoleni z nowego miecza, będzie aż nadto okazji, aby kupić sobie coś dla przyjemności. Wiecie, potem można to komuś pokazać. Od tego to jest ;)

Początkowo gra wydawała mi się dość nudna. Jak już wspomniałem - miecz słaby, ludzie silni, grzyby sprzedaje się za bezcen. Ale potem rzecz nabrała rumieńców. Może za szybko się nie wzbogacimy, ale jest po co grać. Możemy zdobywać zamek, atakować statek piratów - a nawet zagłębić się w nowo otwarty labirynt! I to do mnie przemawia. Zwłaszcza ten ostatni obiekt - jakiś taki tradycjonalista jestem w tej materii... Cały czas coś się dzieje, warto więc rozejrzeć się za jakimś towarzystwem, a może nawet klanem. Im dalej w las, tym lepiej.

Pod względem graficznym Avalonia wpisuje się w mój gust. Grafika jest prosta, ale skuteczna. Jeśli można tak powiedzieć... Nie ma jakichś fajerwerków, może poza tymi, które można sobie kupić i wstawić za płot czy na głowę. Z muzyką jest ciut gorzej, zwłaszcza dlatego, że obecna jest tylko na polu bitwy, a w mieście milknie. Wolałem więc ją wyłączyć i puścić coś z innego źródła.

Gdybym miał się do czegoś przyczepić, to powiedziałbym, że może tylko sam świat jest za mały - brakuje mi większej różnorodności. Ale wiecie co? Ludziom to nie przeszkadza. Kiedy bym się nie podłączył, licznik graczy nie schodzi poniżej setki. Nie sprawdzałem co prawda w nietypowych porach, ale pod wieczór zawsze jest tłoczno. Widziałem większe gry, które kulały pod tym względem. A tu proszę, takie małe, niepozorne coś i bije je na głowę.

Jeśli nie macie akurat czegoś lepszego do roboty, warto dać szansę Avalonii Online. To jedna z tych gier, do których można zalogować się na chwilę i nadal cieszyć się z niej tak samo jak ci, którzy spędzą nad nią więcej czasu. Brak systemu poziomów sprowadza każdego gracza na ten sam poziom, a możliwość kupienia sobie czegoś ładnego do noszenia nagradza tych, którzy zdecydują się zainwestować w swoją postać ponad niezbędne minimum. I do tego właśnie zachęcam. To bez dwóch zdań gra, z której można się cieszyć. Przebijecie?


Ocena:
Jeszcze pięć monet mamusiu!


W skrócie:
+ Brak poziomów postaci
+ Dobra zarówno na chwilę jak i na dłużej
+ Sporo rzeczy do wyboru (w tym meble do domu)
+ Wolność stylu gry
+ Twórcy dodają nowe lokacje

- Ciut mały ten świat
- Na początku jest trochę trudno