niedziela, 25 września 2016

Zimno jak pierun

Autor: James Cobb
Tytuł: Piekło Arktyki
Tytuł oryginalny: Robert Ludlum's The Arctic Event
Rok wydania: 2010 (oryg. 2007)




Pisać po kimś, wedle czyjegoś pomysłu, musi być trudną sztuką. Robert Ludlum pozostawił po sobie notatki, które później ujrzały światło dzienne w postaci nowych książek sygnowanych jego nazwiskiem. Wbrew pozorom nie chodzi tu więc o pseudonim artystyczny. Poprzednim razem (LINK) było genialnie - czy więc pan Cobb sprostał zadaniu?

Zaczyna się - jakże by inaczej - od prologu. Dawno temu na jednej z arktycznych wysepek rozbił się samolot - i świat o tym zapomina. Do czasu oczywiście - jakiś czas później (tu przenosimy się do czasów współczesnych), mała grupka naukowców bada wspomnianą już wyspę, nie wiedząc, jaki skrywa sekret. Podczas jednej ze wspinaczek dostrzegają jednak zarys kadłuba - i od tej pory rzecz zaczyna się komplikować. Dlaczego? Ano doczytacie.

Jak na ironię poprzednia moja przygoda z Ludlumem dotyczyła zmagań Amerykańsko-Niemieckich. Dziś skończyłem taką z Rosjanami na drugim brzegu. Oczywiście trzon historii stanowią Amerykanie. Ale to chyba nie dziwi, prawda? Wojsko, siły specjalne, prezydent USA - mieszanka dość standardowa. No i jeszcze Rosjanie - z jakże mocno podkreślaną mentalnością. To nie mogło pójść dobrze... A propos podkreślania. Głównym bohaterem jest Jonathan Smith, zwany "Jon Smith". Wygląda i brzmi to dość pospolicie, czego autor nie omieszkał w paru miejscach wykorzystać. Bardzo dobrze, wykorzystać. Lubię takie rzeczy, co jeszcze raz zaznaczam.

Ale ale, gra nie byłaby warta świeczki, gdyby nie znalazły się tu inne smaczki - choć jak na mój gust trochę za mało wykorzystane. Ale (znów) zepsuty jestem przez eRPeGi, więc wybaczcie. Po pierwsze, nasz główny bohater ma pewne problemy z dowodzeniem. Podczas tej przygody staje się odpowiedzialny za losy swojej grupy - i idzie mu nad wyraz dobrze. Po drugie - pojawia się wątek kobiety i ogólnie ludzi, których się kocha(ło). Tu również autor trochę pobieżnie potraktował sprawę. Brakowało mi właśnie głębszego wejścia w psychikę Jona - uważam to pole za po prostu zaniedbane. Nie tak do końca ma się rozumieć, ale zawsze.

Powyższe przytyki mogę wytłumaczyć jednym - i jest to tłumaczenie dość rozsądne. Chodzi o wyraz całej książki - miał być i jest pozytywny. Jednym będzie się to podobać (bo przecież to jedyna słuszna droga do załatwiania takich spraw), ale innym (jak mnie na ten przykład) zadrży powieka w wyrazie niedowierzania. Nie chcę, żebyście mnie źle zrozumieli - powieść jest dobra. Dobra, trzyma od początku do końca i nie puszcza, póki się nie okaże, że zamknęliśmy drugą okładkę. Ale (znów znów) jak mówi popularne wśród pismaków powiedzenie, brakuje tu mistrzowskiego szlifu. Trochę za dużo zmarnowanego potencjału, trochę za mało dramaturgii - oczekiwałem, że będzie na odwrót.

Ponownie, nie zrozumcie mnie źle. Książka zdecydowanie może się podobać - po prostu ja nie należę do ścisłego kręgu docelowego. Stąd taka moja ocena. Ale przekonajcie się sami, czym jest to całe "arktyczne wydarzenie", może Wam akurat do gustu taki obrót spraw przypadnie. Innymi słowy - cieszmy się, bo jest z czego :)

niedziela, 18 września 2016

O trzech takich, co...

Autor: Robert Ludlum
Tytuł: Czwarta Rzesza
Tytuł oryginalny: The Holcroft Covenant
Rok wydania: 2010 (oryg. 1978)




Kto nie słyszał o Trzeciej Rzeszy? Tak, chodzi o Niemcy z czasów II Wojny Światowej. 30 lat później świat wygląda zupełnie inaczej, ale czy to aby nie pozory?

Bohaterem książki jest niejaki Noel Holcroft - Amerykanin (jakże by inaczej). Jak się jednak bardzo szybko okaże, życie, które znał do tej pory, jest delikatnie mówiąc kłamstwem. I to nie tylko na poziomie rodzinnym, ale i całego globu. Patrząc na okładkę można się domyślać, w czym rzecz. Serio, niektórzy chyba się za dobrze bawią udzielając potencjalnemu czytelnikowi tylu informacji jeszcze zanim zacznie on swoją przygodę z lekturą... Obiecałem sobie, że o tłumaczeniu tytułu nie będę się rozwodził. Wniosek jest ten sam co ostatnio - zbrodnia!

Ale przechodząc dalej... Jest to pierwsza pozycja Ludluma, z jaką miałem do czynienia. Miałem zacząć do popularnej serii o Bournie, ale jakoś tak zzezowałem na inną półkę i tak już zostało. To, że była pierwsza, nie przeszkodziło mi w żaden sposób ocenić ją bardzo pozytywnie. Co mnie zaskoczyło, to sposób prowadzenia fabuły - a konkretnie odsłaniania sekretu. Podobnie jak w dobrym kryminale, czytelnik powoli dowiaduje się różnych ciekawych szczegółów, ale mniej więcej od połowy (co do konwencji kryminału już nie pasuje), wszystko staje się jasne. Oczywiście - dla nas. Bohaterowie do samego końca będą miotać się w domysłach. I przyznać muszę, że to wielki plus tej powieści.

Patrząc na okładkę (i Boże broń) czytając opisy na niej umieszczone, można domyślać się, jak się rzecz zakończy. Powiedzieć muszę (jasne chyba, że bez nazwisk), że się nie zawiodłem w tej materii. Było zaskoczenie i było zadowolenie, że coś jednak przewidziałem. Jak to sam ująłem, nie wiedziałem jak, ale wiedziałem co się stanie. I miałem rację :) Wszystko przez bardzo sprytny zabieg, o którym przeczytacie już sami.

Autor pisał od początku do końca w tym samym stylu, więc nie mogłem narzekać na brak wrażeń. Nie było przeciągania, jakichś wstawek czy czegoś takiego (jak w pewnej innej książce kogoś innego). Ot - prawie 500 stron domyślania się, kto za kim goni i po co. Całe szczęście, że zabrałem ze sobą więcej książek tego pana. Będzie co robić przez najbliższe parę dni!

sobota, 10 września 2016

Idzie truposz!

Autor: Stephen King
Tytuł: Zielona Mila
Tytuł oryginalny: The Green Mile
Rok wydania: 2016 (oryg. 1996)




Dobra, obrazek może nie jest identyczny ze stanem posiadania, ale cóż począć, jak się człowiekowi nie chce skanować :P Podobieństwo jest wystarczające i tyle powinniście wiedzieć :P

Zacznijmy od tego, że wiązałem z Kingiem duże nadzieje. Okazało się, że na cztery jego książki, po które sięgnąłem (ach ta moja biblioteka - jaka dobrze zaopatrzona!), tylko połowa miała w sobie to coś, co pozwoliłoby mi z czystym sercem polecić je szerszemu gronu czytelników. Wysokie wymagania miałem po "Wielkim Marszu" (uwielbiam ją!), a teraz przyszła pora na "Zielona Milę" (pamiętacie film?).

Akcja książki dzieje się w amerykańskim więzieniu - a dokładnie na bloku oczekiwania na śmierć przez krzesło elektryczne. Poznajemy nie tylko strażników, ale - i przede wszystkim - skazańców. Podczas trwania części fabularnej nie będzie ich co prawda zbyt wielu, ale każdy wniesie coś ważnego do głównego wątku. Poza tym coś jednak musi się dziać na wspomnianym bloku, bo głupio by było czytać tylko o jednym więźniu, pomijając zupełnie innych.

Główny bohater, grany przez Toma... A, przepraszam xP Główny bohater działa pod dwiema "rolami". W jednej jest kierownikiem wspomnianego bloku, w drugiej staruszkiem w domu starców, zapisującym swoje wspomnienia z tego minionego już czasu. Dostajemy więc dwie historie w jednej okładce - i powiedzieć muszę, że zostały one zaprojektowane po mistrzowsku. Wszystko za sprawą lekkiego manipulowania czasem i przestrzenią akcji - autor czasem trochę wybiega w przyszłość, czasem trochę się cofa.

Podobnie jak było to z "Wielkim Marszem", także i tu King postarał się o nie lada przesłanie. Nie zapominajmy, że akcja dzieje się w sąsiedztwie "Starej Iskrówy" (tzn. tego całego krzesła). Podobnie też jak tam, dialogi w zasadzie ograniczają się do małego grona bohaterów. I podobnie jak tam, wielkim pytaniem pozostaje co jest dobre a co złe. Tylko może w formie bardziej realistycznej, bliższej człowiekowi. W końcu rzecz dzieje się w latach trzydziestych, gdzie trudno o jakieś manipulacje w świat przedstawiony.

Prawdą jest (muszę się do tego przyznać), że obecnie jestem trochę do Kinga uprzedzony. Dlatego też "Zielona Mila" nie trafi do grona moich ulubionych pozycji. Jest to ocena jak najbardziej krzywdząca, ale wciąż wolałem "Marsz". Żeby więc oddać należyte honory "Mili", powiedzieć muszę, że jest ona piekielnie wzruszająca. Nawet ja - facet - nie na żarty przejmowałem się tym i tamtym (bez nazwisk proszę). Jeśli więc lubicie takie klimaty- walcie jak w dym. Raptem 400 stron ;)