sobota, 30 kwietnia 2016

Dziesięciu luda na umrzyka wyspie...

Autor: Agatha Christie
Tytuł: I nie było już nikogo
Tytuł oryginalny: And Then There Were None
Rok wydania: 2013




Do klasyki można podchodzić jak do jeża. Serio. Wiem, że zazwyczaj warto po taką pozycję sięgnąć, bo zdążyła już uzyskać rozgłos. Ano właśnie - zdążyła. Znaczy się jest już trochę leciwa. Nie ma więc karabinów, eksplozji i innych scen 18+. Czy mnie to przeszkadza? Nie. Tylko żartuję ;)

Znów zacznę od tytułu. Niektórzy tłumacze lubią dawać coś od siebie. Tu ubarwi, tam poprawi - i będzie cacy. Ano niekoniecznie. Inny tytuł powieści to "Dziesięciu małych Murzynków" (tu już z wielkiej litery - na szczęście). Ja rozumiem, że ma to swoje uzasadnienie w fabule. Ja rozumiem, że tam tych dziesięciu żołnierzyków było... Nie mam siły. Tytuł oryginalny jest taki, jak teraz - i przechodzimy do następnego punktu programu.

Zasady są takie. Na wyspę zaproszonych zostaje dziesiątka ludzi - wszyscy w jakiś sposób znali bądź znają gospodarza (lub tak im się wydaje). Potem okazuje się, że ktoś ginie. Potem znów ktoś kopie w kalendarz - i dziwnym trafem zgodnie z pewnym wierszykiem... Można takie rzeczy lubić, albo można takich rzeczy nie lubić. Ale oglądając nagrania z bitew w HearthStone (chodzi mi o filmy w stylu "lucky moments") jestem w stanie uwierzyć w takie zbiegi okoliczności. Bo że ktoś rzecz zaplanował, to nikt nie ma wątpliwości. Pytanie zatem - kto?

Książkę pierwotnie wydano w roku 1939. Tak, kawał czasu! I z jednej strony trochę brakowało mi akcji typowej dla świata dzisiejszego. Bohaterami są młodzi, ale nie gniewni (tym bardziej nie wku-... Wiecie co dalej.), starsi kulturalni czy wręcz religijni. I pokażcie mi, gdzie teraz o takim zbiegowisku można poczytać. Nawet nie wiecie, jak się cieszyłem, że oni właśnie tacy byli. Spokojni, metodyczni. Ale Chrtistie przecież nie zasłynęła jako pisarka dla dzieci! Im zatem dalej w las, tym człowiek bardziej siedzi z nosem w kartach dzieła. I tym razem (aluzja do mojego poprzedniego wpisu) wszystko kończy się tak, jak powinno - niespodzianką. I to taką, jak wiadomo, której większość się spodziewać nie będzie. Co prawda te ostatnie fragmenty zdradzały aż za wiele - to do tej pory czytając można spokojnie podejrzewać każdego z bohaterów. Mnie się nie udało - nie tak do końca. Ale może Wy...


Ocena:
A tacy spokojni ludzie, sąsiedzi mówili...

sobota, 23 kwietnia 2016

Pan Duch

Autor: Robert Harris
Tytuł: Ghostwriter
Tytuł oryginalny: The Ghost
Rok wydania: 2009





Znane są chyba wszystkim różne dziwne tłumaczenia tytułów - ale ten mnie tknął szczególnie. Duch. To miało swój sens! A samo ghostwriter obdziera powieść z tego własnie sensu - trochę ją generalizuje, że tak powiem. Upraszcza, a wręcz spłaszcza. I to już na starcie! Co za wtopa...

No ale dość skarg - na razie. Drugie, co rzuciło mi się na oczy, to język, jakim owa książka została napisana. Jest odważny - i dowcipny. Dwie rzeczy, które razem widuje się wyłącznie w wyjątkowych okazjach. I coś mi podpowiadało, że taka okazja nadeszła. Powiem Wam - miałem rację. Autor nie bał się zwracać bezpośrednio do czytelnika, co zawsze mnie fascynuje. Nadaje to niesamowitej głębi - i tak już do końca. W pewnym sensie przynajmniej, bo...

Trochę się zawiodłem - na pierwszym zakończeniu. Szczegółów oczywiście nie zdradzę. Ale niedosyt mam do tej pory. Pierwsze zakończenie - jak je sam nazywam - wyrwało mnie z napięcia budowanego od kilku szwów powieści. Wiecie, zaczyna się niewinnie, a potem coś się zaczyna psuć. I tak towarzyszymy bohaterowi, czytamy, co się tam w powieści dzieje - i mamy nadzieję, że zakończy się z przytupem godnym tego, co już wiemy. A tu kicha. Szczerze, po tym "zakończeniu" jest jeszcze kilkanaście stron, ale to już nie to samo. Autor uratował się zakończeniem definitywnym - ale to było jak łapanie się brzytwy. Dlaczego? Bo zajęło ono ostatnie parę stron i był to bardziej epilog niż zwieńczenie akcji dzieła. Dlatego.

Uwaga jeszcze jedna - co do języka. Przez całą - dosłownie całą - książkę przewija się jeden termin: "murzyn". Nie "Murzyn", nie "czarnuch" czy jakkolwiek inaczej. Chodzi o "wafla", człowieka od czarnej (ekhm) roboty. Jak na rzecz wydaną pierwotnie w 2007 roku (u nas trochę później) pachniało mi to małym skandalem. Ale cóż, jakoś przeszło. Co więcej - każdy rozdział rozpoczyna się cytatem z podręcznika dla "ghostwriterów" - czyli "murzynów". Nie rozumiem, o co chodzi. Czy to aby nie za odważne?

Ale może coś o samej książce, co? Czytało mi się ją świetnie. Jakiś czas temu wypożyczyłem "Alphaville". Przygody policjanta w świecie narkotyków. Jakoś mi nie podeszła. Tu niby też mamy podobną konstrukcję, też są to zapiski przeżyć jednego człowieka - ale zrobione inaczej. Bliżej temu do kryminału niż biografii. Akcja trochę (lub bardziej) nas zaskakuje. I dobrze. Po to wymyślono ten gatunek, nieprawdaż?

Pierwotnie pomyślałem, że będę się męczył - że liczba stron pociągnie mnie w kolejne dni czytania. Udało mi się ją przełknąć w dwa dni. Format bardzo, ale to bardzo ułatwia sprawę. Dodajmy do tego zgrabną fabułę, nutkę tajemnicy - i mamy "Ghostwritera". Czy polecam? Jak najbardziej.


Ocena:
Ja w zestawie dostałem (czyjąś) zakładkę (do kolekcji). Jupi :)

sobota, 16 kwietnia 2016

Duże coś

Autor: Stanisław Lem
Tytuł: Solaris
Rok wydania: 1995




Stałych bywalców mojego bloga przepraszam, ale obecnie mam fazę na książki. Mam co prawda w planach opisanie paru gier czy muzyki, ale w obecnym przedziale czasowym nie mam na to czasu. Także nie przedłużając...

Ostatnio pisałem Wam o Dicku i jego zbiorze opowiadań. Tak sobie pomyślałem, że warto by to skonfrontować z naszym rodzimym mistrzem tego gatunku. Nie wiem jak Wy, ale dla mnie to totalne przeciwieństwa...

Zacznijmy jednak od początku. Solaris to planeta, na której znajduje się dziwny ocean. Pierwotnie uważano, że jest to masa jakiejś materii - ot jak woda na Marsie... znaczy się na Ziemi. No, może trochę inna. Dokładniejsze zbadanie go stało się początkiem nowej nauki - solarystyki. Szybko postawiono tam bazę naukową, sprowadzono naukowców różnych dziedzin i tak dalej. Jak to ludzie mają w zwyczaju. Do akcji książki dołączamy w momencie, kiedy to nowy przybysz z Ziemi ląduje na wspomnianej stacji - i co tam zastał dowiecie się już sami. Słabego serca czytelników ostrzegam - będzie romans!

Pisałem ostatnio, że świat kreowany przez Dicka jest jakiś lewy. Z całą pewnością nie można tego samego zarzucić Lemowi. Dlaczego? Ano z tej prostej przyczyny, jego świat jest kompletny w małych choćby szczegółach. Historia solarystyki sięga wiele lat wstecz, a nasz bohater nader często korzysta z biblioteki. Nawet więc jeśli ramy czasowe powieści są ograniczone, co jakiś czas serwuje się nam "powtórkę" w postaci rozdziału opanowanego przez nazwiska i dokonania, które się nimi podpisuje. Tak więc ostrzegam po raz drugi kto woli, jak coś się dzieje, może sobie darować.

Czemu więc Solaris jest takie dobre? Ano sięga do samego sedna ludzkiego zmagania z obcością. Nie będę zdradzał szczegółów, bo to nie recenzja naukowa, ale prosty blog. Dość powiedzieć, że sci-fi ma swoje ciągoty, żeby przez metaforę coś człowiekowi powiedzieć. A tu zachwyceni będą nie tylko naukowcy czy filozofowie, ale i każdy inny, kto zastanawiał się kiedyś nad tworem zwanym "człowiek". Brzmi górnolotnie? Może i tak. Ale pamiętajcie - to nadal powieść, da się przeczytać tak po prostu ;)

Osobiście nie uważam Lema za swojego ulubionego autora. Rozdziały teoretyczne w niebywały sposób pomagają mu stworzyć coś wyjątkowego, ale równie dobrze mógłbym czytać skład chemiczny solaryjskiego oceanu. Nie zrozumcie mnie źle - po prostu jest to tak zaawansowane, że aż zakrawa o czarną magię. Jakiś czas temu (oj, dawno to było!) miałem w rękach "Opowieści o pilocie Pirxie" - tam mi to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, podobały mi się takie wstawki. Jeśli więc macie słabe oczy, popytajcie raczej o tę pozycję.

Tak czy inaczej Solaris uznawane jest za klasykę - i stawia się ją obok wielkich nazwisk światowego sci-fi. Polak potrafi, jak to się mówi. I ostrzegam - po raz ostatni. Nie bądźcie jak te gęsi i znajcie swoje! Znajdźcie kiedyś chwilę i przebrnijcie do końca, zachęcam gorąco :)


Ocena:
Do abordażu!

niedziela, 10 kwietnia 2016

Skok przez mythal

Autor: Elaine Cunningham
Tytuł: Evermeet: Wyspa Elfów
Tytuł oryginalny: Evermeet: Island of Elves
Rok wydania: 2005




Tęskniliście? Ja też. Trochę się opóźniło, ale czego to się nie robi dla pisania magisterki, względnie odhaczania rzeczy, które miałyby to pisanie odwlec w czasie. A jak już zacząłem czytać, to grzechem byłoby przerwać w połowie, nieprawdaż?

Do książki tej sięgałem dwa razy. Raz zostawiłem ją na bibliotecznej półce, bo uznałem, że będzie to kolejna powieścina fantasy, jakich wiele. Za drugim razem - niespodzianka - zabrałem ją ze sobą. A co mi tam! No i przeczytałem. 

Powieść przedstawia losy elfów właśnie (kto by się spodziewał), poczynając - chronologicznie - od ich bogów i ich boskich spraw (głównie wojen), a kończy na śmiertelnych elfach i ich sprawach (głównie wojnach). Zaznaczyłem, że chronologicznie, bo sama książka zbudowana została zupełnie inaczej. Początkowy fragment zdaje się być schyłkiem tytułowej Evermeet, potem dopiero następuje wstawka historyczna, aby na koniec znów powrócić do tego, co działo się na starcie, rozwijając ten wątek i należycie go kończąc. Oprócz tego, że można się trochę pogubić, zwracam uwagę, że przez ten zabieg nawet jak przeczytacie całość dwa razy, to nudzić się nie będziecie. Powiem więcej, jest to jakby wskazane. Chyba, że macie dobrą pamięć i rozpoznacie wszystkich bohaterów, niezależnie czy akurat będzie to na przykład potężny mag czy tylko chłopak udający się na szkolenie, dziwnym trafem mający to samo imię. 

Jako czytelnik płci męskiej zwracałem uwagę głównie na to, co się tam działo. Wojny, intrygi, pojedynki, zabójstwa. A było tego dużo! Każda z przedstawionych epok mogła pochwalić się swoimi intrygantami i pretendentami do rozwalenia spokojnej społeczności elfów czy ich przyjaciół. Troszkę to zalatywało powtarzaniem się, ale w końcowym efekcie dało się przymknąć na to oko. Powiedzieć mogę również, że kobieca część widowni także znajdzie tu coś dla siebie - romanse, miłości, bohaterscy książęta i księżniczki... Ten wielokropek jest tu celowo :P

Co mógłbym zarzucić opowieści o wyspie elfów? Ano że zmuszała mnie do zapamiętywania tych wszystkich pokręconych imion! Jak już pisałem, rzecz jest trochę zamotana w kwestii chronologii i żeby się nie zamotać do końca, trzeba sporo samemu sobie dopowiedzieć. Nie pomagają nawet ramy czasowe, bo pojawiają się one tylko w określonych momentach. Poza tym - ilu to magów można tracić na rzucanie zaklęć? Im potężniejszy krąg, tym więcej trupów. Do tej pory się zastanawiam, jak tak szybko udało im się zapewnić zastępstwo. Że szkolenie na wysokiego maga trwa tak krótko? Trzecia sprawa - forma. Fabuła snuta jest z punktu widzenia skryby poszukującego historii o elfiej krainie. Nie jest to więc jednolita opowieść o jakimś bohaterze i jego wyczynach. Nie wszystkim musi się to podobać.

No dobra, nie przedłużam. Szkoda, że moja instytucja kultury książkowej jest tak skromnie wyposażona. Jak można wyczytać z listy zamieszczonej pod koniec, autorka ma na koncie więcej pozycji, także serii. Widać ktoś wysoko postawiony uznał, że jedna taka powieść o skrzatach wystarczy. Ja Wam mówię i mnie słuchajcie - nie wystarczy! Czytało mi się bardzo przyjemnie, nawet z przyjemnością zarwałem trochę nocy, aby dokończyć dzieła i zamknąć tylną okładkę. Jeśli więc interesuje Was fantastyka, a już zwłaszcza Forgotten Realms - sięgajcie bez wahania.


Ocena:
Brałbym więcej, ale u mnie nie ma :(

sobota, 2 kwietnia 2016

Głos tych drugich

Autor: Philip K. Dick
Tytuł: Raport mniejszości
Tytuł oryginalny: The Minority Report
Rok wydania: 2002




Pamiętacie film? Ja też. Pamiętam też, że inne książki Dicka, które wpadły mi w ręce był dość krótkie. Tym większa była moja radość z faktu, że tym razem miałem do czynienia z około 400 stronami jego twórczości. Myślę sobie - o, tym razem to sobie poczytam. No i poczytałem.

Zacznijmy jednak od tego, że niniejsza książka to nic innego jak zbiór opowiadań. Realnie więc dostałem nawet mniej niż dotychczas! Oburzające. Zwłaszcza, że słowem nikt się o tym nie zająknął - czy to we wstępie, wprowadzeniu, czy też na końcu, w tym śmiesznym opisie, co go zawsze wydawca dorzuca. Ja wiem, że Dick tak już pisze. Ja wiem, że tak się publikowało. Ja wiem... Ale i tak miałem nadzieję :( No nic, idziemy dalej.

Jedno muszę przyznać człowiekowi, który pisał słowo wstępne. Czytając Dicka natrafia się na dwa zjawiska. Po pierwsze, jego dzieła to po prostu opowiadania, może czasem trochę dłuższe. Nawet jak mamy w rękach powieść, to ten świat w niej wykreowany jest jakiś inny, powiedziałbym - niekompletny. Jest pole akcji - i nic poza nim. Swoją drogą, że dużo się w nim dzieje. To jedna strona. Druga jest taka (i o tym ten pan pisał), że nigdy nie można być pewnym, co będzie dalej. Już pierwsze opowiadanie ze zbioru takie jest - i inne idą tą samą drogą. Akcja szybko się rozwija, szybko dowiadujemy się, w co się gra - i równie szybko nas zaskakuje. To nie tak jak u Lema, który lubi szczegółowo opisywać naukową stronę swojej fikcji - format jest mniejszy, może to też dlatego.

Raport mniejszości to najdłuższe opowiadanie ze zbioru. Zdziwiło mnie bardzo, że tylko ono jest promowane na okładce - reszta też jest dobra! Nawet jak na te 30-parę stron można było zrobić wyjątek i choć wspomnieć o innych. Każde jedno bardzo mnie wciągnęło, choć jak już pisałem - spodziewałem się czegoś bardziej... spójnego. W kolejnych "odcinkach" pojawiają się wspólne motywy, ale czasem jest to ujęte trochę inaczej. No i autor nie wyjaśnia dokładnie, dlaczego tak to zrobił. Powtarza się choćby wątek "Prewencji", ale parę rozdziałów dalej pojawia się "Banicja", działająca na podobnych zasadach. Nie wiem, czy to takie tłumaczenie? To jakiś następca? Nie wiadomo też, czy w kolejnych opowiadaniach zmienił się czas, czy tylko miejsce akcji? Takich wątpliwości czytelnik może mieć więcej.

Czy warto sięgnąć po "Raport mniejszości"? Oczywiście. Może co prawda bohaterowie opowiadań nadal używają taśm i kart perforowanych, ale nie zawsze o taki postęp w tych sprawach chodzi. Czasem to po prostu metafora dzisiejszego świata, ukazana w zwierciadle życia w przyszłości. I Dick lubi coś takiego. A ja jego lubię, nawet jeśli pisze krótko. Krótko, ale z przytupem. I z takim właśnie przytupem polecam Wam moją dzisiejszą propozycję. Poszukajcie w bibliotece, gdzieś tam może leży ;)


Ocena:
Jeśli nie trafiła do Was Prewencja, to znaczy, że kiedyś ją przeczytacie. Serio.