sobota, 28 listopada 2015

Kraina wiecznych pojedynków

Tytuł: Brawlhalla (beta)
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2015
Cena: darmowa (+ mikrotransakcje)





Na wstępie pragnę zaznaczyć, że dzisiejsza gra jest dopiero w fazie beta. Dla mniej wtajemniczonych - projekt nie jest jeszcze kompletny, może ulec zmianie. Gracze są w tej chwili testerami, a ich zadaniem jest wyłapywanie błędów. Piszę o niej z bardzo prostego powodu - jest tak dobra, że nie mogłem czekać!

Jeśli słyszeliście o "Smash Bros" od Nintendo, to macie pojęcie, czym jest brawler. Mała arena, kilku graczy i wieczne otchłanie wokoło. Każdy cios sprawia, że trafiona postać zaczyna odlatywać coraz dalej, aż w pewnym momencie wypada poza planszę i traci życie. Kto zostanie na nogach wygrywa. Problem w tym, że jakby mało jest takich gier na rynku - a już zwłaszcza na PC-ty. Tym bardziej więc ucieszyłem się z faktu, że coś takiego powstaje.

Tytuł brzmi nieprzypadkowo podobnie do nordyckiego nieba dla wojowników, czyli Valhalli. Powiem więcej, był to zabieg całkowicie naumyślny. Różne rzeczy się słyszy - dla przykładu Nexus z "Heores of the Storm" to tylko jakaś kraina, do której zostaje przeniesiona grupa bohaterów, a do Strife (z, jakże by inaczej - Strife) wszyscy sami przybyli. Ale zawsze to jakaś tam kraina - ale nie niebo, gdzie trafiają tylko najlepsi! Tu konkretnie ci najlepsi określani są mianem "legend". I wcale nie jest powiedziane, że musieli umrzeć. Taki Bödvar dla przykładu sam się tam wprosił. Ale o tym już sobie poczytacie sami.

Każda z legend opisana jest czterema cechami - siłą i szybkością ataku, wytrzymałością i szybkością poruszania się. Ponadto każda z nich dysponuje jedną z dwóch broni, w tym mieczem, młotem czy pistoletami. Rodzi się Wam pytanie, jak taki miecz może konkurować z bronią palną? Nic dziwnego. Ale spokojnie, wszystko pod kontrolą! Wszystko rozbija się o hurtbox-y, czyli zasięg i pola trafienia. Nawet jeśli atakujemy czymś długim jak włócznia czy generalnie mając coś na dłuższy dystans, trafienie odnotowuje się wyłącznie w pewnym punkcie oddalonym od naszego bohatera. Innymi słowami - albo trafia się kolesia parę kroków przed nami, albo wali w powietrze. Wyzwaniem staje się więc nie tylko samo celowanie, ale i unikanie broni krótszych, jak katary. Taki minotaur Teros, który ma duże i ciężkie bronie, będzie miał problem ze zwinną i szybką kocicą Asuri. Nic więc dziwnego, że najtańsze są zazwyczaj postacie do walki bezpośredniej - nimi gra się najłatwiej.

Jeszcze dwa słowa w temacie postaci. Legend się znaczy... Jak już wspomniałem, każdy ma przydzielone dwie bronie. Ale nie tak od razu - najpierw trzeba je złapać. A te pojawiają się na planszy jako dar od tych z góry. Dla każdego jest to samo, ale dopiero jak się rzecz podniesie, to dostaje się swoją broń - losowo. Jeśli więc jakimś sposobem stracimy oręż (np. przez śmierć), sprawa znacznie się skomplikuje. Druga rzecz - ciosy. O ile na poziomie statystyk sprawa jest jasna (dodam, że te można zmieniać poprzez odblokowanie pozycji bojowych - stance), o tyle tu wymaga to komentarza. To, że ktoś ma tę sam ostry czy ciężki przedmiot, nie oznacza podobieństwa w stylu gry. Ciosy dzielą się na szybkie i mocne, do czego dodać należy klawisze kierunkowe - i mamy niezły zestaw. Ale dopiero te silne razy są charakterystyczne dla każdej legendy z osobna. Generalnie oczywiście, bo widać pewne podobieństwa. Pamiętajcie o tym, bo obrano tu system kupowania i tygodniowej rotacji. Na szczęście w treningu wszystko jest dostępne od razu - ale tylko tam.

No dobrze, zbliżam się do końca. Jak na brawlera przystało, mamy kilka trybów, w tym gry lokalnej. Doświadczenie i kasę zdobędziemy w zarówno w pojedynkach online (matchmaking), jak i drabince. Te pierwsze to każdy na każdego 4 postaci, drugie to do wyboru 1v1 lub 2v2. Jeśli więc macie kolegę - można i tak się pobawić. Gra lokalna oprócz pojedynku z botami obsługuje też turniej i "tryb kanapy", czyli lokalną walkę na jednym ekranie. Pamiętajcie tylko, że potrzebny będzie pad. Z tym jest - chwilowo - problem, bo nie każdy model chce z grą współpracować. Podkreślam, chwilowo.

To teraz podsumowanie. Znajdzie się co prawda parę niedogodności, parę rzeczy należałoby poprawić, ale nie są to jakieś kosmiczne utrudnienia, z którymi twórcy nie mieliby sobie poradzić w najbliższym czasie. Minusem może być omówiona kwestia zasięgu, ale cóż, to da się wypracować. Poza tym to współgra z całokształtem, a to chyba ważniejsze. Polecam na lewo i na prawo. Choć sam wolę strzelanki, w Brawlhallę gram z przyjemnością. I oby tak dalej!


Ocena:
Witajcie w niebie!


W skrócie:
+ Jeden z nielicznych brawlerów na PC
+ Sprawiedliwy balans broni i Legend
+ Miła dla oka i ucha oprawa
+ Minimalne wymagania sprzętowe i sieciowe
+ Skórki, emotki, kolory (darmowe i płatne)

- Jakieś drobiazgi
- Nick gracza to nawa konta Steam
- Nie każdy gamepad działa poprawnie

niedziela, 22 listopada 2015

Jeden na jeden

Artysta: Lorenzo Masotto
Album: Seta
Rok: 2015




Do New Age można mieć wiele zastrzeżeń. Nie zmienia to faktu, że nawet ja jestem tym ludziom za coś wdzięczny. Może nie od strony duchowej czy ideowej, ale tak po prostu, praktycznej. Tak się bowiem składa, że ruch ten wprowadził na rynek parę nowych gatunków muzycznych. Może i nie wymyślono tu czegoś nowego, ale raczej uczyniono to popularnym.

Jest bowiem na świecie coś takiego jak fortepian. Nie pianino, nie pianola, nie keyboard - fortepian. Forte i piano w jednym. Dawno temu instrument ten kojarzył się wyłącznie z muzyką klasyczną i koncertową. Dziś podbija rynek jako solista, w gatunku zwanym nie inaczej niż "solo piano". Tu akurat wystąpi on wraz z przyjaciółmi, ale czaicie bazę.

Jestem dość dziwnym człowiekiem. Podobają mi się różne rzeczy, nieraz zupełnie pozbawione jakiejś wspólnej nici, zupełnie od siebie różne. Ale nie ukrywam również, że ta spokojniejsza strona muzyki przemawia do mnie w sposób szczególny. Takie jest właśnie solo piano - nic tylko sama rozkosz dla duszy. Sęk w tym, że trzeba umieć taki nastrój prowadzić przez cały album, co niestety ale nie każdemu wychodzi. Na szczęście "Seta" podejmuje wyzwanie i wygrywa. Może nie każdy utwór urywa tyłek, ale ogólna atmosfera przecieka wręcz melancholią, późnym wieczorem i ciepłą herbatą. Utworów jest aż dziesięć, co daje prawie 43 minuty rozkoszy. Aż nadto, żeby wysłać się w podróż do innego świata.

Późno się zrobiło... Godzina jeszcze młoda, ale noc już ciemna. Jeśli więc traficie na ten wpis i nie macie jeszcze planów na wieczór, to zapraszam. W tym można artyście zaufać - nie zawiedzie Was!


Ocena:
Nie przeszkadzać, słucham!

sobota, 21 listopada 2015

Próby i Zmagania

Tytuł: Strife
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2015
Cena: darmowa (+ mikrotransakcje)





No dobrze, pora na coś dużego. Nacie zapewne spór fanów Doty i LoLa? Są nawet specjalne filmiki, które starają się naświetlić problem. W niektórych delikatnie sugeruje się, że "gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta". I wiecie co? Trochę jest w tym prawdy. Tyle że zazwyczaj puszcza się w tym miejscu oko do nowego dziecka Blizzarda, a nie innych, nawet darmowych produkcji. Jedną z nich (tak, jest ich więcej!) jest mało znana, ale na pewno warta opisania Strife.

Zacznijmy od końca, ale od tego, co od razu widać, nawet po załączonych obrazkach - od oprawy. Można się z tym zgadzać lub nie, ale mnie osobiście bardzo się taki styl podoba. Oczywiście są tacy, co wolą bardziej realistyczną grafikę, a zdecydowanie mniej cukierkową. Ja po prostu lubię się grami bawić, a przyjęta tu konwencja idealnie się w ten pomysł wpisuje. Plus otwiera to większe pole do popisu w dziedzinie świecidełek, czyli efektów towarzyszącym czarom. Jest na co popatrzeć!

Druga bardzo ważna sprawa. W niektórych MOBAch każdą postać trzeba sobie kupić, podczas gdy kilka innych jest tymczasowo dostępnych za darmo. W Strife nie ma czegoś takiego - wszystko jest od razu za darmo. Jedyne, co można i trzeba sobie odblokować to zwierzęcy towarzysze. Ale to już temat na nowy akapit. Jeszcze przy okazji tego - są też skórki. Albo płaci się pełną sumę i ma się je dożywotnio, albo tylko wypożycza. Plus jest taki, że każde wypożyczenie przybliża nas do otrzymania skórki na zawsze. Sumarycznie wyjdzie drożej, ale hej - nie każdy ma tyle wydać na raz.

Przejdźmy zatem do omówienia bohaterów. Póki co dostępnych jest ich 34, podzielonych na 4 kategorie: atak fizyczny, atak magiczny, przetrwanie (tanki) i wsparcie. Bywa też, że jakaś postać należy do więcej niż jednej grupy. Każda z nich posłużyć się może trzema umiejętnościami zwykłymi i jednym "ultem", czyli zdolnością ostateczną. Plus przed każdą rozgrywką wybrać możemy towarzysza, który będzie nas wspierał swoimi zdolnościami pasywnymi i jedną zdolnością aktywną - w sumie więc potrzeba 5 klawiszy. Jest to o tyle dobre rozwiązanie, że pozwala bardzo mocno spersonalizować naszą postać - nie będzie taka sama jak naszego przeciwnika, zwłaszcza jeśli dodamy do tego przedmioty kupowane w sklepie w naszej bazie. I jakby tego było mało - przedmioty te można modyfikować, płacąc za to jedną z dwóch walut gry (zwykłych, nie premium). Dodam tylko, że zarówno przedmioty, jak i towarzysze, mogą pomóc w przezwyciężeniu braków jakiejś postaci, zwłaszcza gdy słabo u niej z ucieczką.

Jak to w grach bywa, nie tyle liczy się tu postać, ale raczej umiejętności gracza. Co prawda jedni bohaterowie będą np. lepsi w zwarciu od innych, ale cała sprawa rozbija się o grę zespołową. Jedno dobrze wymierzone ogłuszenie i taki wojak leży, nie mówiąc już o czarach obszarowych. Postaci jest na tyle dużo, że zawsze jest się czego obawiać. Jest ich jednak na tyle mało, że nauczenie się co kto ma w zanadrzu nie stanowi problemu. Zawsze można się też odwołać do trybu potyczki treningowej lub też zajrzeć na YouTube (polecam ten kanał: https://www.youtube.com/channel/UCcTQF2FD7FmJXCCFiEut0DA ). Co jakiś czas dodawana jest nowa postać, a że wszystko jest za darmo, to tylko grać i się szkolić.

Gdyby nie jedna paskudna sprawa powiedziałbym, że w zasadzie nie mam zastrzeżeń. Otóż jednak mam - i to nie tylko ja. Chodzi mi o system szybkich pojedynków. Po pierwsze, niekiedy trzeba będzie poczekać kilkanaście (!) minut, żeby system wybrał dla nas resztę graczy. Tyle czeka się na grę solo, ale w zespole może być jeszcze gorzej, bo losuje się tylko drużyna o tej samej liczebności. Gdy gra się z czwórką znajomych, system będzie szukał wyłącznie kolejnej piątki. Niby to sprawiedliwe, ale dałoby się to zrobić lepiej. Druga sprawa, że grając solo cały zespół będzie przydzielany na podstawie tego, kto jest dostępny - bez możliwości jakiejkolwiek ingerencji z naszej strony. Jeśli więc wylosuje się 5 postaci wsparcia kontra 5 wojowników, to chyba znacie wynik.

Rozpisałem się... Pora na werdykt. Jeśli do tej pory nie wiecie, którą mobę wybrać dla siebie, sprawdźcie Strife. Wbrew pozorom to poważny i duży projekt, ze sporą liczbą graczy. Co nie oznacza, że nie przydałoby się ich więcej. Rozgrywka jest szybka i teoretycznie mało wymagająca, wiele jest też możliwości prowadzenia postaci czy całego zespołu. Całość okraszono miłą dla oka grafiką. Mnie to złapało, a Was?


PS:
Dodałem nową etykietę. Będę nią oznaczał gry, które potrzebują graczy. Wiecie co macie robić ;)


Ocena:
Naaaprzóóód!


W skrócie:
+ Proste zasady
+ Bez udziwnień
+ Personalizacja postaci
+ Optymalna lista bohaterów
+ Skórki
+ Dwoje bossów

- Kiepski matchmaking
- Tylko jedna mapa
- Sporo ludzi opuszcza pojedynek przed końcem meczu

niedziela, 15 listopada 2015

A teraz coś zupełnie innego

Artysta: Melanie Ungar
Album: What Is Love
Rok: 2015




Zapewne zauważyliście pewną zależność w temacie muzyki, jaką tu dla Was publikuję? Plany miałem co prawda inne, ale że nie mogłem znaleźć tego, co pokazać chciałem (serio, im nowsza wersja strony Jamendo tym gorzej się szuka staroci), to macie to. Cieszycie się, prawda? Ja tak. Mimo wszystko :P

Zacznijmy od tego, że country jako gatunku muzycznego bać się nie trzeba. Klasyki zawsze słucha się miło, a to, co wyrabiają artyści w dniu dzisiejszym to bardziej takie pop-country. Spójrzcie jaką karierę robi Taylor Swift. Co prawda ona poszła już na całego w pop, ale od country w końcu zaczynała. Jest to tylko styl muzyczny, taki sam jak wszystkie inne. A jak już kazanie mamy za sobą, przejdźmy do EP-ki.

Cóż takiego tu mamy? Jasną stronę życia, bym powiedział. Chyba nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, gdy powiem, że artystka śpiewa o miłości - a jak to zwykle bywa, niekoniecznie tej udanej. To znaczy - może i chwilowo nieudanej, ale i tak z nadzieją na happy end. Trudno jednak mówić, żeby był to plaster na ranę ducha. Serca może tak, ale jak się ma doła, to trzeba by przelecieć cały albumik parę razy, może za którymś zaskoczy. Wiem, bo sprawdziłem :)

Melodie łatwo wpadają ucho, nawet jeśli wspomniany już styl ma mało miejsca na coś nowego. Charakterystyczne brzmienie strun jest tak rozpoznawalne, że albo się to lubi, albo nie. Cała sprawa opiera się więc na głosie "głównej bohaterki", a ten jest uroczy. Artystka śpiewa czysto i, świadomie czy nie, zachęca do pozostania z nią do końca. Co więcej, gdy wraca się do początku, aby puścić "krążek" jeszcze raz, cała jej energia i radość życia uderza człowieka ponownie, tak jak za pierwszym razem. I tego nam właśnie trzeba! Pozytywne wartości, Panie i Panowie, pozytywne wartości!

Siedząc na Jamendo czasem można zwątpić, ale to dzieło z całą pewnością nie jest ku temu powodem. Jeśli nie mieliście do czynienia z "amerykańskim folkiem", to polecam przesłuchać tę EP-kę, może złapiecie bakcyla. To samo kieruję do całej reszty - nie dajmy się zwariować niesłusznej propagandzie! Muzyka jest muzyką - i to jest w tym wszystkim piękne :)


Ocena:
... Baby don't hurt me!

sobota, 14 listopada 2015

Teatr jednego bohatera

Tytuł: Major Mayhem
Testowana platforma: Windows 8.1 i 10
Rok wydania: 2014
Cena: darmowa (+ mikrotransakcje)
Link: <do pobrania w sklepie Windows>





Zasadniczo nie ma sensu zostawiać sobie na dysku gry, która znudzi się po paru uruchomieniach. Niby można sobie pograć w coś niezobowiązującego, ale jeśli za prostotą nie będzie szła grywalność, to kicha. Na szczęście są takie produkcje, przy których nie trzeba się martwić o żadne z tych rzeczy. Są na tyle rozbudowane i tak wciągające, że nawet będąc w istocie jedynie grą za parę groszy (lub darmową, jak dla mnie) nie zmienia to faktu, że może konkurować z produktami "pudełkowymi".

Major Mayhem to hybryda "biegaczki" i "celowniczka", z naciskiem na to drugie. Rzecz polega na przemieszczaniu się (automatycznym) od jednej scenerii do drugiej, skąd rozpoczyna się ostrzał wypadających co chwila wrogów. Teatry zmagań są trzy - dżungla, miasto i pustynia. Oczywiście zmienia się nie tylko krajobraz, ale i zagrożenia - pułapki i to, co najważniejsze, czyli wrogowie. Możemy ich kosić jedną z giwer, którą odblokujemy wypełniając misje powierzone nam przez "mistrza gry". Przyznać muszę, że arsenał jest bardzo imponujący. Pierwszą bronią jest słaby pistolecik, ale szybko odblokujemy strzelbę, snajperkę, granatnik czy miniguna. Jak lubię to określać - każdy znajdzie coś dla siebie. Osobiście preferuję Magnum - ale mój brat woli shotguna i "obrotówę". Każda z nich ma swoje zalety i wady, podobnie też inne rzeczy można dzięki nim osiągnąć. Wypuszczając serię z karabinu zadamy więcej obrażeń, a korzystając z broni wybuchowych zbierzemy większy mnożnik za symultaniczne zabicia. Ale nie tylko bronie wpływają na rozgrywkę. Skórki niby też są, ale one akurat wprowadzają zmiany wyłącznie kosmetyczne.

Gra nie polega wyłącznie na strzelaniu z wybranej broni - czasem zza przeszkody wychyli się zakładnik, a jego uratowanie oznacza bonus. Tych jest kilka - te zwykłe to uzupełnienie "tarczy" (po każdym trafieniu tracimy fragment okrycia ochronnego) oraz monety. Niekiedy trafić można też na bonusy typowo bojowe (można je również wykupić w sklepie gry) - nalot, spowolnienie czasu, mega siła i nieśmiertelność. Jest w czym wybierać. To wciąż nie wszystko! Pewne etapy zawierają też wstawkę "Run and Gun", w której nie chowamy się za murem, ale biegniemy przed siebie, ostrzeliwując się i unikając pocisków wroga. Słowem każdy etap wygląda inaczej. Jest tego tak wiele, że nawet starając się uzyskać osiągnięcie za 2000 zabić daną bronią gra się nie znudzi. Na dłuższe posiedzenia może faktycznie lepiej byłoby znaleźć sobie coś większego, ale nie zmienia to faktu, że zawsze miło jest wrócić do rozwałki, jaką ona proponuje.

Dawno temu miały miejsce pewne istotne błędy (np. traciło się zakupione skórki), ale kolejne "łatki" załatwiły sprawę. Na chwilę obecną nie mam więc zastrzeżeń. Powiem więcej - tym bardziej mam powody, aby zachwalać Major Mayhem wszystkim zainteresowanym. Jedna uwaga - gra generalnie nie jest krwawa, poza jednym wyjątkiem. Gdy ginie nasz bohater, ziemię pokrywa pokaźna plama krwi. Gdy giną wrogowie też niby robi się czerwono, ale jest to skutecznie maskowane animacją trafienia. Zastanówcie się więc, zanim pokarzecie ją komuś młodszemu. Całą reszta - pobierać i grać! Można ją dostać chyba na każdym systemie (także przez Steam), więc nie powinno być problemów. Chyba, że krucho z kasą. Polecam więc zainteresować się nią następnym razem, gdy będziecie planować wydatki na gry. Z całą pewnością warto!


Ocena:
Roooozwaaaaałkaaaa!


W skrócie:
+ Demolka na całego!
+ Mnóstwo broni
+ Kilka trybów
+ Dodatkowe skórki

- Niespodziewana plama krwi po śmierci bohatera

sobota, 7 listopada 2015

W łosia pal!

Tytuł: Let's Hunt (beta)
Testowana platforma: Facebook + Firefox
Rok wydania: 2015
Cena: darmowa (+ mikrotransakcje)





Jakiś czas temu (będzie parę dni) przeczytałem książkę będącą zbiorem humorystycznych opowieści pewnego miłośnika polowań. Całkowicie przypadkiem te parę dni później trafiłem na grę traktującą o tej tematyce. Mogę więc śmiało powiedzieć, że czegoś się z tej lektury nauczyłem na tej materii.

Zacząłem od czegoś innego, a dokładnie od "Deer Hunter 2014". Miała jednak parę takich cech, które sprawiły, że koniec końców kliknąłem na to. Że wspomnę o energii, na którą mam prawie że alergię. Nie tak zawsze, ale przeważnie. Ogłaszam więc wszem i wobec, że "Let's Hunt" wolne jest od tej zmory! Można sobie grać ile tylko dusza zapragnie.

Mamy tu do czynienia z odmianą popularnego niegdyś gatunku "celowniczków" - stoimy w miejscu i strzelamy do wszystkiego, co się rusza. A przynajmniej do tego, co ustrzelić musimy, chcemy lub uznamy, że warto. Czemu tak? Bo gra oferuje trzy tryby - "zadania", "popłoch" i "wolne strzelanie". W tym pierwszym zapoznajemy się z fauną danego obszaru, a za spełnienie wytycznych otrzymujemy trochę kasy i doświadczenia. Podobnie sprawa wygląda w ostatnim z wymienionych - tyle że zadania, podzielone na trzy poziomy trudności, są losowe. Ostatni to po prostu strzelanie na czas. Dodajmy do tego trzy rodzaje broni, które będzie można ulepszać, unikalnych "bossów", system punktacji, turniej na wspomniane punkty, codzienne zadania - i będzie się działo!

Łyżka dziegciu, jeśli pozwolicie. Gra jest jeszcze w becie, więc nie wszystko jest gotowe. Na całą wielką mapę świata, jaką znamy, wydzielono dopiero trzy strefy po kilka obszarów. Nawet grając pi razy oko codziennie i nie śpiesząc się z wykonywaniem zestawów misji, szybko okaże się, że jakby tego mało. Co więcej, na moim sprzęcie raz na kilka gier ekran ładowania odmawia posłuszeństwa i trzeba całą stronę odświeżać... W każdym razie podczas swobodnej rozwałki przetoczą się przed nami setki i tysiące zwierząt, co przełoży się na sporą sumkę. Sami się przekonacie, że tylko podczas wykonywania zadań dziennych do kieszeni wpadnie nam parę tysięcy. Kasa ta przyda się, jak już pisałem, do ulepszeń broni (statystyk). To jednak kolejna moja uwaga, bo im pukawka, lepsza, tym więcej kosztują usprawnienia. Kupić można sobie też bronie premium, co przy możliwości zarobienia banknotów (czyli kasy premium) jest raczej odległą perspektywą. Problem w tym, że jeśli chce się załapać do jakiejkolwiek wyższej lokaty, zakup taki jest po prostu niezbędny. Innym pozostaje udawać, że wszystko jest ok i grać dla zabawy. Dziwne, nie?

Jeśli lubicie tego typu gry będziecie zachwyceni. Może i nie stajemy naprzeciw zaciekłym terrorystom, a zwierzaki, nawet drapieżniki, mogą jedynie od nas uciekać, bo o ataku z ich strony nie mam mowy, ale i tak gra jest warta uwagi, serio. Nawet pomijając te nieszczęsne turnieje - są osiągnięcia, są osobiste rekordy, są nowe tereny łowieckie do odkrycia. A jak powiem, że można wpaść z wizytą na nasze rodzime ziemie? No i to, co lubimy wszyscy. Gra jest po polsku - i z Polski! Jeśli macie konto na Facebooku, gorąco zachęcam do wypróbowania swoich sił.


PS:
Każdy ostatni strzał włącza bullet-time, o taki:



Ocena:
Uwaga, wciąga!


W skrócie:
+ Oprawa
+ Bullet time!
+ Ciekawe i (z czasem) wymagające zadania
+ Szybko można się wzbogacić
+ Losowa pogoda i pora dnia
+ Zadowoli i casuali, i tych bardziej wybrednych 

- Problemy z ładowaniem poziomów
- Turnieje (i ogólnie wysokie wyniki) w większości przypadków tylko dla płacących
- Brak fizyki pocisków

niedziela, 1 listopada 2015

Iść, ciągle iść...

Znów trochę zabalowałem... Prezentacja na ukończeniu, więc powoli wracam do pisania :)

Autor: Stephen King
Tytuł: Wielki Marsz
Tytuł oryginalny: The Long Walk
Rok wydania: 1999




Tytułowy Wielki Marsz to rozrywka większa niż wszelkiego rodzaju teleturnieje, konkursy czy reality show jakie znamy - nawet biorąc pod uwagę te wymyślone dla żartu, jak również te same będące żartem. Setka chłopców, nastolatków i tych wchodzących w dorosłość, wstępnie wyselekcjonowana pod względem intelektualnym i sprawnościowym, staje do rywalizacji nie dającej złudzeń. Zaczynając w stanie Maine mają przejść na piechotę tyle, ile im się uda, bez snu czy jakiejkolwiek innej formy odpoczynku. Możliwości są tylko dwie - wygrana lub śmierć. Porządku pilnują uzbrojeni żołnierze, a każdy, kto będzie poruszał się zbyt wolno lub z jakiegokolwiek innego powodu zaliczy trzy upomnienia, żegna się z konkursem. Pocieszeniem jest fakt, że uczestnicy po pierwsze co jakiś czas dostają nowy prowiant (pasty odżywcze), a wodę mają na zawołanie (oczywiście sami muszą wpierw opróżnić manierkę, a potem sami poprosić o nową), a po drugie za każdym razem, gdy przejdą godzinę bez upomnienia, jedno z tych, które już mają, zostaje anulowane. Brzmi prosto, ale oczywiście tak nie jest. Nikt nie zabrania im ze sobą rozmawiać, czy na przykład zakładać przyjacielskich sojuszy. Sęk w tym, że w interesie każdego z nich jest to, aby pozostali jak najszybciej odpadli z gry - każda więc pomoc okazana kumplowi z szeregu jest automatycznym przedłużaniem agonii nie tylko samemu sobie, ale i całej reszcie z tych, którzy jeszcze mają siłę iść.

Tak więc bohaterowie idą przed siebie, co o dziwo nie jest w jakikolwiek nużące dla czytelnika. Wręcz przeciwnie, śledzenie ich poczynań jest bardzo pociągające. Jedna sprawa nie daje tylko spokoju. Przypominam, że celem owego marszu jest śmierć dziewięćdziesięciu dziewięciu nastolatków, którzy po drodze zostaną pozbawieni wszelkiej godności. Wiemy to my oraz sami uczestnicy - ale cały tłum oglądający marsz na żywo czy w relacji dziennikarskiej jest wprost zachwycony każdym potknięciem któregoś z nich. Do najbardziej rażących przykładów należą komentarze chłopców w sprawie konieczności wypróżniana się po (i na) drodze - śmieją się co prawda, że gapie najchętniej porwaliby taką pozostałość po którymś z nich, włożyli do słoika i postawili nad telewizorem jako swoiste "trofeum", ale na tym etapie wiadomo z całą pewnością, że to jest całkiem możliwe. Niby nie zostaje to powiedziane wprost, ale świadomy czytelnik postawi to pytanie - po której stronie stoimy? Jaki jestem ja sam, moje otoczenie, społeczeństwo lokalne czy globalne? Wizja świata jest alternatywna, ale to nie zmienia faktu, że bardzo wymowna. Jakiś czas temu ustawiałem nazwy kanałów w telewizorze i siłą rzeczy trafiłem na Vivę (tak, to z kablówki analogowej). Leciał jakiś "program", w którym młodzi ludzie dobierali się w "pary" na zasadzie podobnej do speed datingu. Oczywiście nie padło pytanie "jaki jest twój ulubiony autor?", ale "jakie było najdziwniejsze miejsce, w którym uprawiałeś seks?". Odpowiedź - "w psiej budzie". To tylko przykład, ale z pewnością znajdzie się ich więcej - i dopóki będzie popyt na tego typu "produkty", tak długo będziemy się z tym spotykać.

Nawet jeśli za bardzo odbiegłem od idei Kinga, to i tak rzecz jest alarmująca. Naprawdę, nie chciałbym dożyć chwili, gdy coś takiego stanie się standardem. Rozmowy chłopaków są mi jednak pocieszeniem - iskierką nadziei na to, że nawet w tak mrocznej wizji, jaką rozwija autor, będą jeszcze żyli ludzie mający właściwy pogląd na życie - jakkolwiek nie będzie ich wielu. Będą to ludzie, którzy nawet w obliczu nieuczciwej śmierci, obdarci, brudni i wycieńczeni, potrafić będą pozostać ludźmi. Tu niestety, ale kończącymi w bardzo romantyczny (mam na myśli epokę) sposób. Szkoda również, że każdy inny - bez wyjątków - zatraci to, co tak wielbili filozofowie, upodabniając się tym samym do zwierzęcia, nawet jeśli będzie ono miało twarz człowieka. Może wyłączając jeszcze matki rozpaczające po swoich synach... Polecam - jak to się mówi, ku przestrodze.


Ocena:
Tremendum et fascinosum