wtorek, 29 grudnia 2015
Chwila przerwy
Witajcie moi drodzy. Przepraszam za brak aktywności w ostatnim tygodniu - rozchorowałem się. Akurat w Święta! Ugh... Najgorzej, bo mi ciasta koło nosa przeszły. W znacznej części przynajmniej. Powoli wracam do zdrowia, ale mam trochę pracy do nadgonienia i może być problem, żebym zrobił dwa wpisy. Jeśli więc nie dam rady, to lojalnie uprzedzam :) W najgorszym wypadku zapraszam za dwa tygodnie. Innymi słowy -bonusów świątecznych nie będzie :( Trzymajcie się ciepło! ~Wasz Gospodarz
niedziela, 20 grudnia 2015
Skakanka
Artysta: La Olla Express
Album: Panic
Rok: 2009
Czy Wy też lubicie spokojniejszą stronę muzyki? Ja tak, chyba nikogo to nie zdziwi. Ale są w mojej kolekcji też rzeczy z tego drugiego bieguna. Takie do zabawy, a nie tylko do odprężenia się po ciężkim dniu czy w ogóle do chwili spokoju. Ostatnio pokazałem Wam coś z działki country, teraz pora na ska.
Co to takiego? Ano jak sam to określam, rock na trąbkę. Jest to to muzyka bardzo dynamiczna, a głównym instrumentem jest właśnie ta blaszana dmuchawka. Brzmi ciekawie? Też mi się tak wydaje. Zwłaszcza, że wykonanie nie pozostawia wiele do życzenia. Każda kolejna chwila na liczniku to prawdziwa magia. Żywa, radosna, dobrze zagrana i zaśpiewana. Dźwięczne głosy pary wokalistów uzupełniają się tak dobrze, że jest to jeden z moich ulubionych krążków z Jamendo. Ich język, hiszpański, dodaje rzeczy charakteru i jeszcze bardziej wzmacnia przekaz. Z obu stron, muzyki i słów, płynie ogromna wręcz dawka energii, nawet w tych wolniejszych utworach.
Ludzie odpowiedzialnie za ten album z całą pewnością wiedzieli, co robią. Nie mam nic przeciwko muzyce niezależnej, tak naprawdę bardzo ją lubię. Ale ten jest szczególny. Lepszy. Mimo upływu lat krążek w ogóle się nie zestarzał - i to nie jest pierwszy raz, gdy go słucham. Jest w nim coś takiego, że ilekroć mam na niego ochotę, wiem, że ten czas nie będzie zmarnowany. Wielka szkoda, że zespół udostępnił tylko jeden album - kolejny z pewnością byłby wielki. Nie ma jednak tego złego - będzie miejsce dla innych wielkich. Lista jest długa, o tym mogę zapewnić.
Jeszcze nie kliknęliście "Pobierz"? A wiem, jeszcze czytacie mój tekst. No teraz raz raz, w podskokach lećcie wypróbować swój nowy nabytek. Nie będę zabierał Wam więcej czasu.
Ocena:
Nokaut!
sobota, 19 grudnia 2015
Kule, które leczą
Tytuł: Codename CURE
Testowana platforma: Windows XP + Steam
Rok wydania: 2015
Cena: darmowa
Ciemno, ciemno, ciemno - zombie! Ha, ten typ gier to się chyba nie zestarzeje. Niby to taki prosty pomysł, a jak to płodność twórców napędza... Lubicie się bać? A lubicie kopać tyłki nieumarłym? Jeśli tak, to czytajcie dalej.
Zacznijmy od podstaw. Codename CURE to mod, który dostał nóg i się usamodzielnił. Pierwotnie można sobie było w to pociąć mając na dysku Half-Life 2, ale teraz już go nie potrzeba. Za to potrzeba Steam. Ale nic tam, przynajmniej za darmo dają. Dla tych, którzy nie słyszeli o serii H-L: to taka strzelanka FPP. Trochę się pozmieniało co prawda, ale raczej wypada czegoś takiego oczekiwać.
Rozpoczynając grę wybieramy sobie postać z listy. Jest ich kilka, a różnią się one uzbrojeniem, ekwipunkiem i oczywiście skórką. Taki Assault dostaje karabin szturmowy i granat, Support MP5 i skrzynkę amunicji (pełniącą również rolę stacji medycznej), snajper - jakże by inaczej - snajperkę... I tak dalej. Jest też automatyczna wieżyczka, tak jakby się ktoś pytał ;) A potem już tylko zrzut i do boju. Póki co jest jeden cel - wejść do budynku, podłożyć bombę i ścigać się z licznikiem w drodze do punktu ewakuacji. W międzyczasie czeka nas horda zombie w trzech odmianach - zmienia się ich prędkość i wytrzymałość. Generalnie należy na siebie uważać, bo czasu jest niewiele, a kolejne fale wrogów wlewają się na nas co pewien czas, zależnie od postępów.
Kluczem do zwycięstwa jest wyważenie parcia do przodu i bunkrowania się tak, żeby starczyło i życia, i amunicji. A ta wierzcie mi, szybko się kończy. Na szczęście przez większą część rozgrywki będzie można powrócić do życia - o ile sytuacja na to pozwala. W środku ataku pozostaje mieć nadzieję, że ktoś zostanie na nogach. Warto wspomnieć, że docelowo na jednej mapie poruszać się może do pięciu graczy - nie ma więc co szaleć i iść wyłącznie w jeden styl gry. Choć wbrew pozorom wielu ludzi gra czymś innym niż Assault, co mnie jednocześnie cieszy i martwi. Cieszy, bo można sobie popykać do zombie z najlepszej broni w grze, martwi bo obrywają na tym osiągnięcia. Tak czy inaczej nigdy jeszcze nie spotkałem gry, w której brakowałoby siły ognia - jakoś tak wszyscy się dzielą, że zespół działa. Generalnie, bo wiecie pewnie doskonale, że może się trafić jakiś koleś, co nie ogarnia gry zespołowej. A że czas bywa ograniczony i zło czai się za każdym rogiem, może to kosztować parę żywotów.
Oprawa cieszy zarówno oko, jak i ucho. Zależy to też od mapy. Mój komputer zakwalifikował się do wysokich ustawień, ale rzeczywistość poddała to weryfikacji. W zamkniętych pomieszczeniach jest dobrze, ale był taki wieżowiec, gdzie trzeba było wychodzić na balkon - i tam mnie wywalało. Podobnie zresztą jak przy włączaniu latarki - choć tu częściej miałem po prostu laga sprzętowego. Nie zmienia to jednak faktu że coś jest nie tak. Na niskich ustawieniach jakoś ciągnie... Ciekawym smaczkiem jest zmiana muzyki podczas ataku zombie. Rozlega się syrena alarmowa i słychać zawodzenia nieumarłych - nigdy więc nikogo to nie zaskoczy. Potem wszytko ucicha - ale przecież nie nie zawsze.
Znów pokazuję Wam grę nieukończoną. Na Steamie wisi ogłoszenie, że to wczesny dostęp. Ale co tam. Już teraz gra jest świetna. Rzadko kiedy widzi się dobrą, darmową grę nastawioną na pracę zespołową. Z botami ciężko wygrać nawet na casualu, a patrząc po serwerach najpopularniejsze są najwyższe poziomy trudności. Znaczy to tylko jedno - że ma ona przyszłość. Życzę Wam, żebyście trafiali na porządnych towarzyszy. A teraz jazda, pobierać!
Ocena:
Leczy nudę
W skrócie:
+ Dobrze wyważone klasy postaci
Leczy nudę
W skrócie:
+ Dobrze wyważone klasy postaci
+ Wymusza grę zespołową
+ Trzyma w napięciu
+ Za każdym razem może być inaczej
+ Widok zamykającej się bramy do punktu zbornego, gdy jesteśmy po dobrej stronie
+ Widok zamykającej się bramy do punktu zbornego, gdy jesteśmy po dobrej stronie
- Jeśli wygrywa się na najwyższym poziomie, może zrobić się nudna
- Nieoficjalne mapy mogą napsocić
niedziela, 13 grudnia 2015
Strony z duchami
Tytuł: Lancaster the Ghost Detective
Rok rozpoczęcia: 2004
http://lancaster-comic.com (kontynuacja)
Plan jest taki. Zapominacie, że w poprzednim poście miałem pokazać coś arcyfajnego. Zapominacie, że dziś też miało być coś fajnego, co dawało razem dwa wpisy o rzeczach zarąbistych. Pamiętajcie za to, że dziś pokazuję coś nowego na skalę tego miejsca. Będzie to choć w połowie realizacja mojego zamiaru...
Jak można się było zorientować po tytule, główny bohater to koleś będący za pan brat z obecnością duchów. Dokładnie rzecz ujmując jet on ich łowcą - coś na kształt znanego zespołu ze znanego filmu. Los chciał, że już na początku trafia on na niezłego skurczybyka - a co on robił i dlaczego, to już sobie doczytacie.
O komiksie tym powinienem i będę wyrażał się w samych superlatywach. Dawno co prawda miałem z nim do czynienia (od pewnego momentu czytałem na bieżąco), więc nie uraczę Was dokładną analizą za i przeciw. Pozwolę za to płynąć moim wspomnieniom - a jest ich parę. Przede wszystkim miesza się tu pewna doza brutalności i tkliwości. Lancaster to nie tylko spec od duchów - trafi mu się po drodze parę potworów, którym będzie trzeba skopać tyłek. Jednak to właśnie duchy będą nakręcać główny wątek - i tak już do samego zakończenia. A to - gwarantuję - wzruszy Was do żywego. Jakby tak ująć to na skali, to będzie gdzieś w okolicach "śmierć Mufasy". Ja po tylu latach nadal uśmiecham się z rozrzewnieniem...
Każdy, kto zagłębi się w lekturze, zada sobie jedno podstawowe pytanie. Jakim cudem Lancaster co raz to wyciąga z kieszeni nowy model Plasmaty? To taki gadżet jego autorstwa. Ale to chyba jedyny tego typu szczegół. W sumie to nawet człowiekowi nie przeszkadza, że fabularnie patrząc nie miał on czasu na skonstruowanie nowej wersji. Takie tam. Ważne, że ma czym zamiatać.
Jak już mówiłem, przygody Lancastera niezmiernie mnie wciągnęły. To znaczy tak, ale innymi słowami to powiedziałem. Wracając na stronę komiksu przekonałem się, że twórca robi kontynuację - jeszcze jej nie czytałem, ale znając jego styl mam się czego spodziewać. Co prawda ostatnia strona nadal datowana jest na rok 2014, ale nadzieję można mieć. Choćby tylko do tego, co już zostało zrobione.
Fakt, może nie jest to tak popularna dziś manga, a w tym porównaniu styl Lancastera wychodzi na dość ubogi. Ma on jednak swój urok i tego stanowiska będę bronił. Każdy rozdział pełen jest ciekawej akcji, a postacie naprawdę dają się lubić. Polecam każdemu, kto lubi przygodę - tej nie zabraknie.
Ocena:
Who you gonna call?
sobota, 12 grudnia 2015
Herbatka z prądem
Tytuł: Teeworlds
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2007
Cena: darmowa
Miało być tak fajnie. Miałem przedstawić Wam jedną z moich ulubionych gier. Miałem... Wiecie co się okazało? Że już prawie nikt w to nie gra. Zdecydowanie nie fajnie! Pamiętajcie i uczcie się na cudzych błędach - łapcie życie póki jest, za szybko to przemija :(
Ale koniec żalenia się. Gry czekają! Serio, daleko nie szukałem. Znałem Teeworlds od jakiegoś czasu, ale paczka jakoś tak leżała w folderze pobierania... Leżała i w końcu przyszedł na nią czas. Miał być Soldat, będzie coś bliższego do pierwowzoru. Znacie Liero? A może słyszeliście o nim? Jeśli tak, to zapraszam. Jeśli nie - też :P
Zacznijmy od podstaw. Podobnie jak Liero czy ten nasz nieodżałowany Soldat, mamy tu do czynienia ze strzelanką w dwuwymiarowym środowisku z kamerą z boku. Jak widać zresztą. W zależności od trybu gry naszym celem jest albo ubicie jak największej liczby przeciwników, albo zebranie jak największej liczby flag z bazy wroga. Ewentualnie zabić po drodze jak najmniej naszych sojuszników z drużyny, ale wiecie jak to jest... Te granaty i takie tam.
Granaty? No, prawie. Nasz arsenał początkowo składa się z oszałamiającej liczby dwóch broni, ale jeśli trochę poszperamy po planszy, szybko znajdziemy też inne pukawki. Znów, nie spodziewajcie się cudów, za wiele ich nie będzie. Wymieniając po kolei co w trawie piszczy: zaczynamy z młotkiem i pistoletem, a zebrać możemy jeszcze strzelbę (shotgun), granatnik i laser. Mówiłem - szału nie ma. Pierwsza pozycja nie wymaga komentarza - po paru celnych ciosach można nią powalić jakiegoś zagubionego ziomka, ale dalej lepiej mieć coś strzelającego. Pistolet wyróżnia się tym, że amunicja do niego szybko się regeneruje. Shotgun wypluwa śrut, granaty wybuchają, a laser odbija się od ścian. I tyla. A, jeszcze broń bonusowa. Na niektórych mapach jest jeszcze mordercza katana. Tym to się dopiero zabija!
Pozostałością po Liero jest linka z hakiem. I tu się trochę rzecz ożywia. Samo strzelanie prawda, daje radochę. Może gdyby poprawić nieco trajektorię lotu granatu byłbym szczęśliwszy, ale w sumie da się do tego małego zasięgu przyzwyczaić. Ogólnie brak tu broni na dłuższy dystans. Wbrew pozorom najdalej strzela pistolecik, ale z jego jednym punktem obrażeń świata się nie zwojuje - generalnie. Cała nadzieja pozostaje więc w kwestii poruszania się - i tu przyznać muszę, że gra daje radę. Ponownie, trzeba się chwilę poduczyć co i jak (za długa to ta linka nie jest), ale efekty będą zadowalające. Zachęcam więc do niezniechęcania się - z czasem będzie na co popatrzeć.
Co do grafiki można mieć odmienne zdanie niż ja, ale osobiście (jak już gdzieś pisałem) lubię oprawę rodem z kreskówek. Ociekające krwią, realistyczne "ragdole" może i mają swój urok, ale to rozwiązanie nasuwa mi jednoznaczne skojarzenie - "dobra zabawa". Bo jeśli coś nie jest na serio, to tym łatwiej jest się przy tym dobrze czuć. No i taką grę można spokojnie pokazać młodszemu bratu - co mam zamiar zrobić.
Jeśli szukacie gry, z którą będziecie mogli związać się na poważnie, to proszę bardzo. Nie gwarantuję, że zaskoczy za pierwszym razem, ale gdyby dać jej szansę, pokaże pazur. Nie dajcie się zwieść! Jak w każdej grze tego typu są gracze tak zwani "niedzielni" i tacy, którzy nic innego nie robią, tylko łapią fragi czy tam flagi. Miejsca wystarczy dla każdego!
Ocena:
Słodkie jak zemsta
W skrócie:
+ Kreskówkowa oprawa
Słodkie jak zemsta
W skrócie:
+ Kreskówkowa oprawa
+ Linka z hakiem
+ Małe mapy+ Łatwo się wdrożyć
+ Personalizacja postaci gracza
- Mało broni
- Krótki zasięg granatnika i linki
niedziela, 6 grudnia 2015
Głębia koloru
Artysta: Sweet Play
Album: Colours Of The Day
Rok: 2015
Wybaczcie moją monotematyczność, ale jakoś nie mogę się powstrzymać przed słuchaniem rzeczy podobnych do siebie w sferze klimatu, jaki dana muzyka reprezentuje. Następnym razem postaram się podrzucić coś innego, ale póki co przemęczcie się jeszcze raz :)
Muzyka elektroniczna już od dawna jest raczej pojęciem zbiorczym niż jakimś bliższym określeniem na to, co dzieje się w głośnikach. Trudno też jednoznacznie powiedzieć, jaki jej dział prezentuje jakiś materiał. Mnie osobiście to cieszy, bo lubię niespodzianki w muzyce. A już zwłaszcza, gdy atmosfera jest wielowymiarowa. Z jednej strony mamy więc linię melodyczną - spokojną i głęboką, z drugiej magiczny, kobiecy wokal (z odrobiną męskiego w pewnym momencie). Już pierwszy utwór otwiera przed nami bramę i zaprasza w mury trochę hermetyczne, ale z obietnicą udanego pobytu.
Dlaczego hermetyczne? Bo troszkę trudno dostępne, przeznaczone dla pewnego grona odbiorców. Nie jest to muzyka rozrywkowa, celuje w zupełnie inne rejony naszej świadomości. Choć prawdopodobnie spodoba się wielu z Was. Za to własnie lubię tę EP-kę. Jest krótka, prawda - ma tylko trochę ponad pół godziny, wliczając w to dwa remiksy. Ale pewnym jest, że im dłużej będziecie jej słuchać, tym dłużej z Wami pozostanie. Dajcie jej szansę, warto.
Ocena:
Vocoder-mocy, przybywaj!
sobota, 5 grudnia 2015
Widziałem mutanta cień
Tytuł: Shadowgun: Deadzone
Testowana platforma: Facebook + Firefox
Rok wydania: 2015
Cena: darmowa (+ mikrotransakcje)
Link: https://www.facebook.com/games/shadowgun-deadzone
Chyba nie jest już tajemnicą, że jestem jednym z tych ludzi, których sam na łamach Komnaty określam mianem "tych, którzy lubią sobie postrzelać". Nie powinno więc dziwić, że ląduje tu kolejna gra w tym stylu.
Początkowo podszedłem do niej sceptycznie. Skończyło się na tym, że ikonka na Facebooku wylądowała w koszu. Nie na długo na szczęście, bo gdy dałem jej drugą szansę przekonałem się, ile jest warta tak na prawdę. Chodziło po prostu o to, że na te parę pierwszych meczy trzeba nałożyć filtr braku lepszego sprzętu do zabijania, ale o tym za chwilę. Od razu pragnę to powiedzieć - nie przejmujcie się, jeśli w tej pierwszej fazie będziecie obstawiać tyły listy wyników, to przejdzie.
A jak już przeżyje się te pierwsze niepowodzenia (serio, ginie się w niemal każdej sytuacji 1 na 1), system gry rozkłada przed nami karty. I nic, tylko się zagłębić w dalszą rozgrywkę. Oprócz typowego strzelania, mamy do dyspozycji laboratorium i sklep, gdzie będziemy mogli zaopatrzyć się w lepsze bronie, a nawet je jeszcze ulepszyć. Wybór jest naprawdę duży, a każdy typ broni dzieli się jeszcze na trzy poziomy - i każdą z giwer można zabrać ze sobą w bój. Na start mamy tylko jeden slot na broń i jeden na przedmiot (np. apteczkę lub granat), ale szybko można ten stan rzeczy zmienić. Zaznaczam tylko, że tylko gracze premium będą mieli dostęp do naprawdę wszystkich usprawnień, co nie zmienia faktu, że darmowi za wiele nie tracą. Zwłaszcza że jest tu system loterii oraz osiągnięcia dzienne, za spełnienie których dostaje się przedmioty premium. Dla mnie brzmi to uczciwie. Szczerze powiedziawszy to po moim magazynie walają się dopalacze pancerza i inne takie, a nie wydałem nawet złotówki.
Do wyboru mamy dwa tryby - deathmatch każdy na każdego i grę zespołową przy zdobywaniu punktów kontrolnych. W obu przypadkach nie musicie się martwić, że nie będzie z kim grać. Zawsze ktoś się nawinie. Komunikat o braku chętnych pojawił mi się co prawda parę razy, ale gdy próbowałem jeszcze raz, gracze się znajdywali, więc zastrzeżeń nie mam. Jako że oba tryby przedstawiają diametralnie inny model rozgrywki, warto przemyśleć, z jakim ekwipunkiem ruszymy do walki. Musimy tu jednak opierać się wyłącznie na swoich własnych preferencjach, bo niestety, ale brak tu jakiejkolwiek poczekalni. Wybieramy tryb i reszta dzieje się już sama. Może się tez zdarzyć, że dołączymy do gry już nie tyle tylko rozpoczętej, ale już takiej, która się kończy. W sposób oczywisty rzutuje to na naszym wyniku, a to miłe nie jest. Były takie przypadki, ale najczęściej jednak dodawało mnie do gry z około minutą na liczniku, czasem też rozpoczynaliśmy od zera.
Na koniec moje ulubione rzeczy, czyli co pragnąłbym zobaczyć w każdej strzelance. Po pierwsze, rzut granatem polega na wciśnięciu klawisza jego slotu, dzięki czemu nie trzeba się na nic przełączać. Minus jest tylko taki, że trzeba przestać strzelać, co może nas kosztować życie. Po drugie - respawn jest tu kosmicznie krótki. Do zabawy wrócimy już po kilku sekundach, ale - co ciekawe - to zależy wyłącznie od nas. Gra potrzebuje chwili, żeby wyświetlić ekran wyników, na którym jest też przycisk respawnu i licznik. Dopiero gdy na niego klikniemy, dołączymy do kolejki powrotu związanej z tymże licznikiem. Gdy ten dojdzie do zera - pojawiamy się na planszy. Gdyby więc ktoś musiał na chwilę odejść od monitora (albo np. odebrać telefon, bo także gra mobilna) - może to zrobić. Jeśli jednak nie wstrzelimy się w cykl i zero wybije zanim klikniemy, czekamy kolejne kilka sekund. I jeszcze jedna uwaga - w trybie punktów kontrolnych sami wybieramy, gdzie się pojawimy. Jeśli jednak wybrany punkt przepadnie, czekamy od początku - i tak do skutku.
Słowo o oprawie, bo jest o czym mówić. Powiedzcie mi, lubicie, jak na mapie coś się dzieje? Są tu co prawda mapy typowe, ale jedna urzekła mnie szczególnie: "Diversation" dla punktów kontrolnych. Walka toczy się tam przy akompaniamencie ognia artyleryjskiego! Przeurocze :) Początkowo myślałem, że mój staroć nie pociągnie gry na wyższych ustawieniach grafiki. Ku mojemu zdziwieniu jednak wynik autodetekcji ustawił mnie na "high", z czego się bardzo cieszę. Jest jeszcze "ultra high", ale i tak na tym co mam gra wygląda świetnie. Są odblaski, są wybuchy, są porządne modele postaci. Czego chcieć więcej?
Ano powiem Wam, czego można chcieć więcej. Można chcieć zainstalować Deadzone na swoim systemie. Czasem przewija się ktoś z androida, rzadziej z Apple'a, więc coś się dzieje. Jeśli wiec tylko Wasza przeglądarka obsługuje Unity, walcie jak w dym. Serio.
Ocena:
Teraz zginiesz!
W skrócie:
+ Śmiga na starym sprzęcie
+ Mnóstwo broni
+ Duże możliwości personalizacji ekwipunku
+ Przedmioty premium można mieć za darmo
+ Dwa tryby gry
+ Błyskawiczny matchmaking i respawn
+ Zawierucha wojenna poza mapą (dla ozdoby)
- Trzeba się przyzwyczaić do kontroli broni (indywidualny rozrzut, prędkość pocisku itp.)
- Trudne początki
Chyba nie jest już tajemnicą, że jestem jednym z tych ludzi, których sam na łamach Komnaty określam mianem "tych, którzy lubią sobie postrzelać". Nie powinno więc dziwić, że ląduje tu kolejna gra w tym stylu.
Początkowo podszedłem do niej sceptycznie. Skończyło się na tym, że ikonka na Facebooku wylądowała w koszu. Nie na długo na szczęście, bo gdy dałem jej drugą szansę przekonałem się, ile jest warta tak na prawdę. Chodziło po prostu o to, że na te parę pierwszych meczy trzeba nałożyć filtr braku lepszego sprzętu do zabijania, ale o tym za chwilę. Od razu pragnę to powiedzieć - nie przejmujcie się, jeśli w tej pierwszej fazie będziecie obstawiać tyły listy wyników, to przejdzie.
A jak już przeżyje się te pierwsze niepowodzenia (serio, ginie się w niemal każdej sytuacji 1 na 1), system gry rozkłada przed nami karty. I nic, tylko się zagłębić w dalszą rozgrywkę. Oprócz typowego strzelania, mamy do dyspozycji laboratorium i sklep, gdzie będziemy mogli zaopatrzyć się w lepsze bronie, a nawet je jeszcze ulepszyć. Wybór jest naprawdę duży, a każdy typ broni dzieli się jeszcze na trzy poziomy - i każdą z giwer można zabrać ze sobą w bój. Na start mamy tylko jeden slot na broń i jeden na przedmiot (np. apteczkę lub granat), ale szybko można ten stan rzeczy zmienić. Zaznaczam tylko, że tylko gracze premium będą mieli dostęp do naprawdę wszystkich usprawnień, co nie zmienia faktu, że darmowi za wiele nie tracą. Zwłaszcza że jest tu system loterii oraz osiągnięcia dzienne, za spełnienie których dostaje się przedmioty premium. Dla mnie brzmi to uczciwie. Szczerze powiedziawszy to po moim magazynie walają się dopalacze pancerza i inne takie, a nie wydałem nawet złotówki.
Do wyboru mamy dwa tryby - deathmatch każdy na każdego i grę zespołową przy zdobywaniu punktów kontrolnych. W obu przypadkach nie musicie się martwić, że nie będzie z kim grać. Zawsze ktoś się nawinie. Komunikat o braku chętnych pojawił mi się co prawda parę razy, ale gdy próbowałem jeszcze raz, gracze się znajdywali, więc zastrzeżeń nie mam. Jako że oba tryby przedstawiają diametralnie inny model rozgrywki, warto przemyśleć, z jakim ekwipunkiem ruszymy do walki. Musimy tu jednak opierać się wyłącznie na swoich własnych preferencjach, bo niestety, ale brak tu jakiejkolwiek poczekalni. Wybieramy tryb i reszta dzieje się już sama. Może się tez zdarzyć, że dołączymy do gry już nie tyle tylko rozpoczętej, ale już takiej, która się kończy. W sposób oczywisty rzutuje to na naszym wyniku, a to miłe nie jest. Były takie przypadki, ale najczęściej jednak dodawało mnie do gry z około minutą na liczniku, czasem też rozpoczynaliśmy od zera.
Na koniec moje ulubione rzeczy, czyli co pragnąłbym zobaczyć w każdej strzelance. Po pierwsze, rzut granatem polega na wciśnięciu klawisza jego slotu, dzięki czemu nie trzeba się na nic przełączać. Minus jest tylko taki, że trzeba przestać strzelać, co może nas kosztować życie. Po drugie - respawn jest tu kosmicznie krótki. Do zabawy wrócimy już po kilku sekundach, ale - co ciekawe - to zależy wyłącznie od nas. Gra potrzebuje chwili, żeby wyświetlić ekran wyników, na którym jest też przycisk respawnu i licznik. Dopiero gdy na niego klikniemy, dołączymy do kolejki powrotu związanej z tymże licznikiem. Gdy ten dojdzie do zera - pojawiamy się na planszy. Gdyby więc ktoś musiał na chwilę odejść od monitora (albo np. odebrać telefon, bo także gra mobilna) - może to zrobić. Jeśli jednak nie wstrzelimy się w cykl i zero wybije zanim klikniemy, czekamy kolejne kilka sekund. I jeszcze jedna uwaga - w trybie punktów kontrolnych sami wybieramy, gdzie się pojawimy. Jeśli jednak wybrany punkt przepadnie, czekamy od początku - i tak do skutku.
Słowo o oprawie, bo jest o czym mówić. Powiedzcie mi, lubicie, jak na mapie coś się dzieje? Są tu co prawda mapy typowe, ale jedna urzekła mnie szczególnie: "Diversation" dla punktów kontrolnych. Walka toczy się tam przy akompaniamencie ognia artyleryjskiego! Przeurocze :) Początkowo myślałem, że mój staroć nie pociągnie gry na wyższych ustawieniach grafiki. Ku mojemu zdziwieniu jednak wynik autodetekcji ustawił mnie na "high", z czego się bardzo cieszę. Jest jeszcze "ultra high", ale i tak na tym co mam gra wygląda świetnie. Są odblaski, są wybuchy, są porządne modele postaci. Czego chcieć więcej?
Ano powiem Wam, czego można chcieć więcej. Można chcieć zainstalować Deadzone na swoim systemie. Czasem przewija się ktoś z androida, rzadziej z Apple'a, więc coś się dzieje. Jeśli wiec tylko Wasza przeglądarka obsługuje Unity, walcie jak w dym. Serio.
Ocena:
Teraz zginiesz!
W skrócie:
+ Śmiga na starym sprzęcie
+ Mnóstwo broni
+ Duże możliwości personalizacji ekwipunku
+ Przedmioty premium można mieć za darmo
+ Dwa tryby gry
+ Błyskawiczny matchmaking i respawn
+ Zawierucha wojenna poza mapą (dla ozdoby)
- Trzeba się przyzwyczaić do kontroli broni (indywidualny rozrzut, prędkość pocisku itp.)
- Trudne początki
Subskrybuj:
Posty (Atom)








