niedziela, 27 września 2015

W ciemny las...

Artysta: Lzn02
Album: Fabulas Ater
Rok: 2007




Za co kocham soundtracki? Za niesamowitą prostotę, z jaką potrafią przenieść nas - słuchaczy - do zupełnie innego świata. Nie jest przypadkiem, że często dany moment w sztuce, filmie, grze czy czym tam innym zapamiętujemy właśnie dzięki dobrze skrojonej muzyce. Z drugiej strony osiągnięcie tego stanu wymaga trochę umiejętności. Każdy po paru próbach mógłby skomponować jakiś "utwór" (nawet mnie się to udało), ale nie o przypadkowość się rozchodzi, ale o głębię, magię, czasem mrok. Zadaniem takiej muzyki jest przemawiać do odbiorcy tymi kanałami, do których nie dociera obraz. Innymi słowy, mają się one uzupełniać. Muzyka typu "soundtrack" pojawia się czasem jako odrębny gatunek, zwłaszcza w pracach osób niezależnych. Nie ma żadnego filmu, nie ma akcji, nie ma fabuły, nie ma postaci. Jest muzyka. I przyznać muszę, że jest to jeden z ciekawszych kawałków tortu. Chyba, że są to melodie utrzymane w duchu fantasy - one są troszkę zbyt jednakowe i - co najgorsze - stereotypowe. Nie tyczy się to "Fabulas Ater", będącego soundtrackiem z innej bajki. W ciągu około 25 minut raczeni jesteśmy bardzo dobrze przemyślanymi melodiami, nie za długimi (co uznaję za minus), ale fantastycznie komponującymi się w jedną całość. Opowiadana wyłącznie przez muzykę i tytuły opowieść pełna jest tajemnic, głębi, niezwykłości, a jednocześnie trzyma się naszego, ludzkiego świata. Trochę mroku, trochę "dźwięków ciszy", trochę wzbudzania emocji plus jeszcze przyduszone sample (efekty dźwiękowe) i spora ilość instrumentów (pozytywka!) sprawiają, że tej EPki słucha się świetnie. Rzecz na pewno warta uwagi!


Ocena:
... dusza ma odpływa

sobota, 26 września 2015

Historia pewniej bomby

Tytuł: Bombic (PL)
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2002
Cena: darmowa





O, dzisiaj poleciałem. 2002? Kiedy to było! No nic, jak się okazuje idea wiecznie żywa. Wybaczcie przy okazji, że znów katuję Was klonem Bobmermana, ale tak to już sobie zaplanowałem, żeby mieć spokój i móc pójść poszukać czegoś innego do recenzji. Teoretycznie powinniście już wiedzieć, z czym dziś do Was wychodzę, ale poczekajcie jeszcze chwilę, bo jest o czym pisać.

Pierwsze primo, jak to się drzewiej mawiało, tym razem uraczono nas bardzo zgrabną kampanią (tj. trybem "Scenariusz"), gdzie kierując pewnym ziomkiem (możliwa kooperacja) musimy wypełnić pewne zadanie, a dokładnie znaleźć pustelnika i dostarczyć mu list. Nagrodą ma być skrzynia piwa (lub innego napoju, co da się ustawić w opcjach w ramach kontroli rodzicielskiej). Nie namyślając się długo, nasz bohater rusza do lasu, gdzie równie szybko okazuje się, że zadanie nie będzie takie proste, bo drogi strzegą potwory. Pora rozkręcić imprezę!

Jest kilka takich spraw, które całkowicie zmieniają sposób patrzenia na tę grę - inaczej niż "kolejny klon". Ilość bonusów (w tym kilka tylko w trybie pojedynku), różnorodni przeciwnicy, układ plansz - to takie na pierwszy rzut oka. Ale jest tego więcej. Najlepsze moim zdaniem jest jednak pokazanie pól zagrożonych eksplozją postawionej właśnie bomby - teraz nie tylko boty wiedzą, gdzie i kiedy się chować. Zawsze był z tym problem - a teraz nawet młodsi gracze mogą sobie spokojnie pograć. Grafika też przeszła lifting i tylko postacie graczy są jakieś takie dziwne... Muzyki z kolei brak - z głośników lecą tylko efekty dźwiękowe. Do ich jakości nie mam zastrzeżeń - nie są drażniące czy zbyt monotonne. Jest dobrze.

Minusy? Te same co zawsze. Bywa tak, że wylosują się jakieś badziewia, czasem nic nie wypadnie. Wtedy to już tylko reset i od nowa jazda na wroga. Im dalej w las (heh), tym będzie trudniej. Są na to przysłowia, nie muszę więc tłumaczyć w czym rzecz. Co innego w pojedynku - tam zawsze coś się znajdzie. Jest nawet co prawda nieśmiertelność, ale nie narusza to równowagi podczas gry - inni będą mogli np. podnieść dodatkowe życie czy klątwę, dającą losowy efekt - unieruchomienie i samoczynne ustawianie bomb to tylko przykłady. Dodatkową opcją jest przełączanie obecności botów (potworów). A wspominałem już o obecności edytora plansz?

Podany wyżej link prowadzi do projektu polonizacyjnego - sama gra pochodzi z Czech. Powstała na konkurs organizowany przez producenta piwa, jeśli kogoś to interesuje. Tak czy inaczej polecić ją mogę każdemu amatorowi dobrej zabawy. Fani pierwowzoru powinni być zadowoleni, ale nowi też są mile widziani :)


Ocena:
Bombowa sprawa!


W skrócie:
+ Stare i dobre - ale nowe i jeszcze lepsze
+ Tryb fabularny (także w kooperacji)
+ Potwory (także w trybie pojedynku)
+ Przyjazna dla oka oprawa graficzna
+ Możliwość cenzury rodzicielskiej
+ Załączony edytor plansz

- Brak ścieżki dźwiękowej
- Dziwaczny model postaci bohatera

piątek, 25 września 2015

Bomba poszła!

Niektórzy z Was świętują koniec pierwszego miesiąca nauki, inni mają jeszcze wakacje, choć też zaraz się one skończą... Pora na bonus!


Tytuł: Game of Bombs
Testowana platforma: Firefox
Rok wydania: 2014
Cena: darmowa (mikrotransakcje)





Przyznam się do czegoś. Bomberman zawsze miał u mnie specjalne miejsce. Nie dlatego, że jestem w te klocki jakoś szczególnie dobry. Ba, nawet nie grałem w oryginał. Lubię ten typ gier za jego możliwości w grze wieloosobowej. Proste zasady i bardzo dużo zabawy - to właśnie to! Swoją drogą, że od jakiegoś czasu ludzie starają się zrobić wersję wieloosobową. Jakoś tak tylko brakuje im impetu i zaraz giną zapomniane. Dlatego też z tym większym entuzjazmem zabierałem się za Game of Bombs. Dlaczego? Bo to właśnie skupiony na multi - kolejny, ale co z tego - klon bombermana.

Chyba nie muszę tłumaczyć, na czym polega Bomberman. Ale gdybym musiał - to jadę z opisem. Na planszy staje kilku graczy wyposażonych w bomby o pewnym zasięgu wybuchu. Ich zadaniem jest po prostu wysadzić w powietrze innych graczy, samemu pozostając przy życiu. Ułatwieniem są różne bonusy zwiększające naszą efektywność - od dodatkowych bomb przez zwiększenie fali uderzeniowej czy przyśpieszenie poruszania się. Tu akurat są też inne, które czasem mogą napsuć krwi, choć nie muszą. Te ostatnie nazwane zostały "chorobami" i są zaraźliwe, tj. mogą przenosić się na inne postacie. Mój ulubiony taki dodatek to bomba atomowa. Jeśli gracz oznaczony znaczkiem nuklearnym zgonie, weźmie ze sobą wszystko w zasięgu eksplozji.

Ale ale! Nie tak szybko. Stary dobry Bomberman to malutka arena i ledwie kilka minut walki. Jak widać na załączonym obrazku, tu jest "nieco" inaczej. Jednorazowo może zmagać się ze sobą kilkunastu graczy, przez co plansza musi być odpowiednio większa. Na każdej porozrzucane są różne słodkości (jak magazyny amunicji czy sekretne skrzynie), ale siłą rzeczy najpierw będzie się do nich trzeba dokopać. To samo tyczy się przeszkód, że tak powiem, ruchomych. Pomijając samouczek i tryb testowania broni (oba nieklasyfikowane w statystykach), mamy tu tryb walki z potworami (botami), klasyczny deathmatch (każdy na każdego) i drużynowe zdobywanie flag/ punktów kontrolnych. Ten pierwszy zalecany jest na początek i radzę się do tego zastosować. Po prostu gdzie indziej latają tak doświadczeniu ludzie, że aż strach nos z dziury wyściubić...

Na koniec słowo o płaceniu, czyli jak się twórcy utrzymują. Podstawowa rzecz - usprawnienia i skórki. Te pierwsze działają, w zależności od typu, godzinę lub jedną tylko rundę. Dostaje się je bezpośrednio lub przez skrzynię z losową zawartością. Walutę premium dostaje się kupując ją za realne pieniądze (no kto by się spodziewał!) lub poprzez linki referencyjne. W metryczce wkleiłem swój, więc jakby co to się nie krępujcie ;) Znacznie bardziej warte wydania paru groszy są specjalne projekty. Aktualnie są cztery: usprawniony  pod kątem połączenia sieciowego klient do ściągnięcia, arena PvP, usprawnienia dotyczące drużyn i tryb walki z bossem. Jeśli komuś się pomysł spodoba - może przekazać dobrowolny datek.

Inicjatywy tego typu zawsze (no, powiedzmy) zasługują na uznanie. Jeśli tylko interesuje Was tego typu rozwałka - to gra dla Was! Tutaj nawet śmierć wygląda dobrze (ach ta animacja). A wyobraźcie sobie takiego tam kucyka Pony siejącego pożogę... Serio, są takie skórki.


Ocena:
Kaboom baby!


W skrócie:
+ W końcu jakiś porządny wieloosobowy klon Bombermana
+ Duże plansze
+ Różne tryby
+ Może mało znana, ale graczy nie brakuje
+ Animacja śmierci
+ Wiele skórek
+ W planach są nowe treści (projekty)

- Pełna losowość bonusów (jak w każdej grze tego rodzaju)
- Wysoko postawiona poprzeczka (doświadczeni gracze)

poniedziałek, 21 września 2015

Zombie tu, zombie tam...

Tytuł: Into the Dead
Testowana platforma: Facebook
Rok wydania: 2012
Cena: darmowa (mikrotransakcje)
Link: https://www.facebook.com/games/intothedead/?fbs=106





Są takie gatunki gier, w których wydawałoby się, że nic nowego się nie wymyśli. Przynajmniej ja tak sądziłem jakiś czas temu. Szczęśliwie twórcy sięgnęli do nieco innego worka i sprawili, że proste gry przestały być takie proste. Dziś kolejna "biegaczka" - lecz nieco inna, jak to w tym miejscu bywa.

Apokalipsa zombie. Chyba każdy wie, co to oznacza. Grę rozpoczynamy podnosząc się z ziemi po kraksie helikoptera, którym uciekaliśmy z miasta opanowanego przez potwory. Jak widać nie udało się i teraz trzeba resztę zrobić samemu. W sensie osobiście, bo może i znajdzie się kompan. Zastanawia mnie pewna rzecz. Jako że zapadła już noc, to chyba bezpieczniejszym miejscem jest miasto, a nie las, do którego zmierza nasz bezimienny bohater? Drogę tarasują nam zwykłe walkery, więc wystarczyłoby wdrapać się na ostatnie piętro, może na dach i spokojnie poczekać na śmierć z głodu. Że niby gdzieś jest jeszcze jakaś enklawa spokoju na tym świecie? To czemu ewakuacja odbywa się w czarną noc?

No nic, koniec narzekania - teraz przejdźmy do konkretów. Standardowy tryb to biegnięcie przed siebie i próba uzyskania jak najwyższego wyniku. Trzy kolejne można będzie odblokować wykonując zlecone nam misje - a dokładnie zestaw trzech. Każdy z nich nieco różni się od innych, kładąc nacisk np. na ilość zombie posłanych do piachu. A już szczególnie warty uwagi jest tryb ostatni, gdzie uciekamy nie widząc nic poza świecącymi oczami nieumarłych oraz ich niewyraźnymi sylwetkami. Mamy małą latarkę, a niebo co jakiś czas rozświetla błysk pioruna - i tyle. Bateria szybko się kończy, trzeba więc biec na pamięć, zapamiętując wszelkie przeszkody, jakie uda się odsłonić. Aby nie było za trudno, towarzyszy nam dzielny przyjaciel, czyli pies. Ten to nie przejmuje się niczym i zasuwa przed nami skacząc na każdego, momentalnie wyłączając go z gry. Można go też "wynająć" w innych trybach, ale wtedy będzie trzeba zapłacić. Rzecz kosztuje 100 monet gry i wraz z innymi bonusami znacznie ułatwia nabicie wysokiego wyniku.

A gdy o opłatach mowa... Na dzień dzisiejszy przyjęty jest model dokupowania sobie elementów wyposażenia, ale mało kiedy można zebrać to samo dysponując jedynie walutą gry. Into the Dead jest a tym polu szczególnie urocza, bo większość rzeczy ma tylko "zwykłą" cenę. Pierwszą metodą odblokowywania broni czy skórek zombie jest wspomniane już wykonywanie trójek zadań, druga to wykupienie ich przed czasem. Realnymi pieniędzmi płaci się w zasadzie tylko za ulepszenie już posiadanej pukawki. Nie wiem dokładnie jak to działa, bo nic nie kupowałem, ale raz trafiłem na "free trial" ulepszenia piły mechanicznej. Wyglądało to tak, że uzyskałem dostęp do nowej broni, lecz ta podstawowa nie zniknęła mi z oczu i nadal mogłem ją wyposażyć. Wyjątkiem są bronie typowo premium, ale jest ich tylko kilka i w zasadzie unikalne są tylko dwie - kusza i granatnik. Tęsknię za tym ostatnim, ale cóż począć... Pozostaje tylko znaleźć je na ziemi, co może i rzadko, ale się zdarza.

Jeśli widzieliście już, że w grze dostępny jest minigun, to zapewne czujecie już, jak wygląda gra na wyższym poziomie. Realia są takie, że każda broń jest przydatna i ma jakąś wartość bojową. Nawet pierwszy pistolet, mimo iż potrzeba dwóch strzałów, by kogoś zabić, ma dość dobrą szybkostrzelność. Sęk w tym, że prędzej czy później (zależnie od wybranego trybu) zrobi się tak gęsto, że nawet jeśli gra umożliwia odbicie się od zombie, którego nie trafimy centralnie, nasze minuty są policzone. W końcu i tak nasz bohater tak się skołuje, że wiecie, jak to się kończy. Restartem oczywiście :)


PS:
Miał być pejzaż, wyszła fotobomba:





Ocena:
"Znowu Ty z tej ponurej wieży szarych dni,
Kradniesz moje serce, musisz być,
Księciem"
-- Sylwia Grzeszczak, "Księżczniczka"


W skrócie:
+ Bardzo klimatyczna
+ Sporo broni
+ Kilka trybów
+ Przystępne ceny


- Płatne rzeczy znacząco zmieniają grę (granatnik!)

niedziela, 20 września 2015

Liryka, epika...

Artysta: Koke Núñez Gómez
Album: Fons Vitae (Volume 1)
Rok: 2011




Znacie na pewno gatunek muzyki (a przynajmniej jakoś się z nim spotkaliście), jakim jest soundtrack - po naszemu "ścieżka dźwiękowa" (z czegoś). Pewnym jej podgatunkiem (dużo powiedziane) jest muzyka określana tagiem "epic" (epicka). Jest tego trochę na YT, nawet nie trzeba za wiele szukać. I nawet jeśli polega ona na oklepanych schematach i wciąż tych samych instrumentach czy przewidywalnej warstwie wokalnej, to mimo wszystko trudno jest przejść obok niej obojętnie.

Powiem nawet więcej - jak pokazuje przykład niniejszego albumu, nawet jeśli kolejne utwory będą (w większości) tylko i wyłącznie inną wersją poprzedniej ścieżki, to i tak będzie się tego niezwykle dobrze słuchało! Wyprzedzając pytanie - różnica między polega na tym, że pominięto niektóre (zaznaczone w nawiasie) instrumenty. Wydawać by się mogło, że będzie nudno i monotonnie. Nic z tych rzeczy! Utwory są tak wysokiej jakości, że sprawia to wrażenie długiego, stopniowo ewoluującego soundtracka idealnie wręcz pasującego do komputerowej strategii. I choć ja wypróbowałem go do celów naukowych (no dobra, po prostu się uczyłem :P ), efekt przerósł moje oczekiwania. Serio, mając do wyboru inne spokojne płytki, skończyło się na słuchaniu właśnie tej. Sęk w tym, że zawarte w tym albumie ścieżki nie włażą z butami w aktualnie wykonywaną czynność, pozostając gdzieś w tle - cały czas pozostając jednak na tyle wyraźne, aby dawać czystą przyjemność ze spędzania z nimi czasu.

Brzmienia wahają się od zakrojonych na szeroką skalę (oraz ilość głosów) "symfonii" po raczej skromne, przywołujące wspomnienia gdzieś z czasów Amigi (oczywiście w dobrym tego znaczeniu). Tak jak już powiedziałem - nuda tu nie grozi. Album rozpościera się na 27 pozycji, co nawet uwzględniając "powtórki" jest liczbą imponującą. Efekt jest taki, że nawet gdyby przyszło do dłuższego słuchania (przez co rozumiem kilkukrotne rozpoczynanie odtwarzania od początku, co chyba stało się już dla mnie standardem :P ) nie będzie się tego miało dość. Może prędzej czy później i tak będzie się miało ochotę na coś innego, ale to przecież normalne. Koniec końców jestem bardzo zmotywowany do wystawienia bardzo pozytywnej oceny. Autor ma na swoim koncie także inne, nowsze kompozycje - sprawdzenie ich staje się więc w tej chwili niemal obowiązkiem.


Ocena:
Nie ma mnie, słucham!

poniedziałek, 14 września 2015

Wolne spadanie

Tytuł: FreeFall Tournament
Testowana platforma: Windows XP + Firefox
Rok wydania: 2012
Cena: darmowa (mikrotransakcje)





Chyba każdy facet lubi sobie postrzelać - przynajmniej od czasu do czasu. Problem może polegać na tym, że gry tego typu lubią przyciągać ludzi, którzy najwyraźniej nie mają nic lepszego do roboty w życiu. Efekt jest taki, że albo się człowiek przystosuje, albo zginie. I zginie, i zginie... Z jednej strony mamy więc duże produkcje komercyjne, które w jakiś tam niby sposób filtrują graczy poprzez sam fakt, że trzeba taką grę wpierw kupić. Doświadczenie pokazuje jednak, że ten typ "zabezpieczenia" nie zawsze działa tak, jak by się chciało. Ale są też takie produkcje, które od razu można sobie pobrać z sieci. Jaki problem mamy tutaj? Ano popularności. Jeśli więc nikt z Waszych znajomych nie słyszał o czymś takim jak na przykład prezentowany dziś przeze mnie FreeFall Tournament, to macie okazję się wykazać :)

Zacznijmy od podstaw. FreeFall Tournament to sieciowa strzelanka trzecioosobowa dostępna z poziomu przeglądarki. Można sobie nawet pograć przez Facebooka, a wkrótce też i przez Steam. Co kto lubi. Tak czy inaczej nie jest to gra, do jakich zdążyłem już przywyknąć. Sam fakt, że świat widzi się z konsolowej trzeciej osoby (postać jest lekko z boku), ma na to wpływ, ale sęk tkwi gdzie indziej. Nawet nie w tym, że do wyboru mam kilka predefiniowanych postaci. Takie coś powoli staje się standardem. Chodzi mi o ogólny poziom trudności. Po pierwsze, na serwerach spotkać można wielu początkujących graczy. Nawet takich, którzy jeszcze nawet nie założyli konta i grają jako gość. Po drugie, autorzy wszczepili w swój produkt system auto-celowania. Za cenę szybkostrzelności dostaje się bonus do obrażeń i oczywiście zablokowanie celu gwarantujące trafienie. Zabijanie nigdy nie było tak proste!

Rozpoczynając grę dostajemy podstawowego żołnierza wyekwipowanego w "średni" karabin maszynowy. Wszystko, co będzie dalej, będzie trzeba wykupić za walutę gry lub tę premium. Uzbieranie na najtańszego bohatera zajmie jakieś 2000-2500 fragów, więc będzie na czym oprzeć swoją opinię o grze. Typowe klasy (pierwsze na liście) wyraźnie odstają od swoich późniejszych kolegów, co zresztą widać też i po samej cenie. W pojedynku jeden na jeden wygra ten, kto ma lepszą postać, tu nie ma co owijać w bawełnę - są więc tacy, którzy widzą tu system P2W ("pay to win"). Czy to prawda? I tak, i nie. Ciekawsze umiejętności zarezerwowane są dla droższych postaci, ale nie oznacza to większej wartości bojowej. Pierwszy (darmowy) Gunner na bowiem tak dobrane cechy, że w grupie dwóch czy trzech jest w stanie odwrócić bieg wydarzeń na polu bitwy. Pewnego razu dołączyłem do trwającej już rozgrywki i mój zespół prawie odrobił stratę do liderów - i to dzięki mojej postaci właśnie. Poza tym silnym bohaterem jest już Tank za 8 tysięcy. Ma tarczę, czyniącą go nieśmiertelnym. I wierzcie mi, nie ma bardziej wkurzającej rzeczy! A jak nie, to można przypakować już posiadanych zabijaków - to też będzie miało znaczenie. Dylemat jest realny, bo każdy bohater jest ciekawy - a grając za darmo można zapomnieć o posiadaniu ich wszystkich.

Na niespodzianki nadziałem się również i przy wyborze trybu gry. Nie ma tu czegoś takiego jak tryb FFA, każda gra jest zespołowa. Mamy bitwę o punkty kontrolne, o ładunek, króla góry, team deathmatch - i tyle. Żadnego CTF. Piszę o tym specjalnie, bo zazwyczaj ten tryb ostawał się jako ostatni i to tam właśnie kumulowali się najlepsi gracze. Zostały tylko tryby "dla ludzi". Jak już pisałem, czasem różnie z poziomem ziomków w drużynie i często chciałoby się ich palnąć w ten ich pusty łeb - no ale cóż, za przegraną też są punkty :) Szkoda tylko, że nie ma tu za wiele map - raptem po jednej na tryb.

Jeszcze słowo o umieraniu, czyli co się dzieje przed kolejnym spawnem. Rzecz tak mnie urzekła, że jeszcze Was chwilę przetrzymam. Na środku pojawia się reklama - niech będzie. Ale obok wyświetla się informacja, jaką postacią grał koleś, który posłał nas na łopatki - i propozycja, żeby kupić tę samą postać i wyrównać rachunki. Genialne!  Zobaczcie sami:



Werdykt? Gra zdecydowanie nadaje się dla każdego fana "postrzelania sobie". Jest ona przyjazna dla każdego, bez względu na umiejętności  Widzę po sobie, że wspinając się na szczyt (heh) zyskałem bardzo dużo. Wystarczy tylko grać w miarę regularnie. Nie przełoży się to może na inne gry, zwłaszcza FPSy, ale co tam. Niewątpliwym plusem są małe gabaryty, a ogólna prostota gwarantuje dobrą zabawę. Oby tak dalej!


Ocena:
Strzelać bez rozkazu!


W skrócie:
+ Szybka rozgrywka małym kosztem
+ Wspomaganie celowania
+ Łatwa do ogarnięcia i nie tak trudna do opanowania
+ Nacisk na grę drużynową (przyjazna dla początkujących)

- Tylko po jednej mapie na tryb
- Zbieranie kasy trochę trwa
- Widoczne różnice pomiędzy bohaterami w innym przedziale cenowym 
- Około 23-ciej prawie nikt już nie gra (chyba że na serwerach US)

niedziela, 6 września 2015

Czyny przed słowami

Tytuł: Shoot First
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2012
Cena: darmowa (opcja wykupu dodatkowych treści)





Słyszeliście o grach typu "rogue", "roguelike" czy po naszemu "rogalikach"? To takie - głównie - cRPG z bardzo prostą grafiką, ale głębokim systemem rozgrywki, w których patrząc z góry prowadzi się swojego bohatera przez generowane losowo labirynty, a właściwie lochy. Jeśli idzie o wymienione cRPG, to sprawa jest dość prosta, a przez to nieco powtarzalna. Jak to się mówi, jeśli polubisz jeden, polubisz wszystkie. Zasadniczo przynajmniej. Niekiedy wprowadza się mniejsze lub większe zmiany - np. grafikę "literkowo-znaczkową" zastępuje prawdziwymi spirite'ami. A już w ogóle rewolucją jest odstąpienie od "odgrywania ról" i przejście do czegoś innego - Shoot First jest bowiem strzelanką, z tym jednak zaznaczeniem, że wciąż zdobywa się doświadczenie, zwiększające ilość punków życia i skuteczność broni.

Różnica jest taka, jak między League of Legends a Bloodline Champions. Zamiast podstawowych komend mamy tu bowiem całkowitą swobodę ruchu i działania. Nie ogranicza nas system pól, a nawet kierunków strzału - przynajmniej jeśli gramy myszką. Tu właśnie niestety, ale ujawnia się pewna wada omawianej gry. O ile gracz (jeden z dwóch) może skorzystać z gryzonia i mieć pełne 360 stopni obrotu, drugi zadowolić się musi typowymi 8 kierunkami, na jakie pozwala klawiatura. Pewnym rozwiązaniem byłby pad, ale i tu - o dziwo - też jest tylko 8 możliwości. Osobiście nie bardzo wiem, jak to się stało.

Eksplorując poziomy (kilka zmieniających się losowo środowisk) można spotkać wrogów, ale i bonusy. Ci pierwsi różnią się w zależności od otoczenia, na jakie wkraczamy z każdym poziomem lochu. Całkiem przyzwoicie wypadło zrównoważenie potworów i pułapek. Może poza tym, że niektórych z nich nie da się rozwalić, przez co stają się sporym utrapieniem. Zwłaszcza, że całość jest losowana i obok siebie mogą pojawić się rzeczy, które w takim ustawieniu mogą okazać się niemożliwe do pokonania. Sztandarowymi przykładami są niezniszczalne drzewo tarasujące wejście do pomieszczenia, długi korytarz strzeżony przez posługujące się niezwykle długimi jęzorami ropuchy czy kamienie spadające z sufitu w takim miejscu, że nie da się nigdzie odskoczyć na bok. Bardzo często zdarzają się też przedmioty umieszczone przez system gdzieś za ścianą, jeśli nie cały pokój, do którego nie można się dostać. Takie już uroki generatora poziomów.

Ale może przejdźmy już do sprawy przyjemniejszej, czyli znajdziek. Wersja standardowa zawiera 5 różnych pukawek i kilkanaście przedmiotów, od pancerza po pierścień zwiększający ilość zdobywanego doświadczenia i wykrywacza kluczy do wyjścia. Wystarczy o nich powiedzieć tyle, że każdy z graczy znajdzie coś dla siebie i przy odrobinie szczęścia skompletuje swój ulubiony zestaw. A czemu napisałem "standardowa"? Odpowiedź jest prosta. Na stronie producenta istnieje bowiem opcja dobrowolnego wsparcia finansowego. Nagrodą są 2 dodatkowe bronie i nowy rodzaj terenu.

Oprócz jakże skrzętnie wymienionych obiektów, na naszej drodze stanie jeszcze wiele różnych, ciekawych elementów. Wszystko to sprawia, że za każdym razem gra wygląda inaczej - i za każdym razem jest nowym wyzwaniem. A jak kto zajdzie gdzieś dalej, to można się jeszcze na internetową listę wyników wpisać. Potrzeba więcej? Shoot First mimo paru - obecnych w sposób losowy - wad pozostaje pozycją godną polecenia. Sprawdza się zarówno w pojedynkę, jak i w zespole z kimś u boku. I to dla tego drugiego zastosowania polecam ją szczególnie. Co jak co, ale nic nie zastąpi wspólnego rozsmarowywania potworów po podłodze*!


* Krew nie załączona w zestawie.


Ocena:
Strzelaj, strzelaj mówię!


W skrócie:
+ Przyjemna oprawa
+ Za każdym razem nowa gra (losowość)
+ Sporo broni i ekwipunku
+ We dwóch gra się jeszcze lepiej

- Niekiedy losowość przeszkadza, jeśli nie gorzej (umiejscowienie pułapek, wrogów, pomieszczeń)
- Problemy ze sterowaniem dla drugiego gracza