Autor: Stephen King
Tytuł: Zielona Mila
Tytuł oryginalny: The Green Mile
Rok wydania: 2016 (oryg. 1996)
Dobra, obrazek może nie jest identyczny ze stanem posiadania, ale cóż począć, jak się człowiekowi nie chce skanować :P Podobieństwo jest wystarczające i tyle powinniście wiedzieć :P
Zacznijmy od tego, że wiązałem z Kingiem duże nadzieje. Okazało się, że na cztery jego książki, po które sięgnąłem (ach ta moja biblioteka - jaka dobrze zaopatrzona!), tylko połowa miała w sobie to coś, co pozwoliłoby mi z czystym sercem polecić je szerszemu gronu czytelników. Wysokie wymagania miałem po "Wielkim Marszu" (uwielbiam ją!), a teraz przyszła pora na "Zielona Milę" (pamiętacie film?).
Akcja książki dzieje się w amerykańskim więzieniu - a dokładnie na bloku oczekiwania na śmierć przez krzesło elektryczne. Poznajemy nie tylko strażników, ale - i przede wszystkim - skazańców. Podczas trwania części fabularnej nie będzie ich co prawda zbyt wielu, ale każdy wniesie coś ważnego do głównego wątku. Poza tym coś jednak musi się dziać na wspomnianym bloku, bo głupio by było czytać tylko o jednym więźniu, pomijając zupełnie innych.
Główny bohater, grany przez Toma... A, przepraszam xP Główny bohater działa pod dwiema "rolami". W jednej jest kierownikiem wspomnianego bloku, w drugiej staruszkiem w domu starców, zapisującym swoje wspomnienia z tego minionego już czasu. Dostajemy więc dwie historie w jednej okładce - i powiedzieć muszę, że zostały one zaprojektowane po mistrzowsku. Wszystko za sprawą lekkiego manipulowania czasem i przestrzenią akcji - autor czasem trochę wybiega w przyszłość, czasem trochę się cofa.
Podobnie jak było to z "Wielkim Marszem", także i tu King postarał się o nie lada przesłanie. Nie zapominajmy, że akcja dzieje się w sąsiedztwie "Starej Iskrówy" (tzn. tego całego krzesła). Podobnie też jak tam, dialogi w zasadzie ograniczają się do małego grona bohaterów. I podobnie jak tam, wielkim pytaniem pozostaje co jest dobre a co złe. Tylko może w formie bardziej realistycznej, bliższej człowiekowi. W końcu rzecz dzieje się w latach trzydziestych, gdzie trudno o jakieś manipulacje w świat przedstawiony.
Prawdą jest (muszę się do tego przyznać), że obecnie jestem trochę do Kinga uprzedzony. Dlatego też "Zielona Mila" nie trafi do grona moich ulubionych pozycji. Jest to ocena jak najbardziej krzywdząca, ale wciąż wolałem "Marsz". Żeby więc oddać należyte honory "Mili", powiedzieć muszę, że jest ona piekielnie wzruszająca. Nawet ja - facet - nie na żarty przejmowałem się tym i tamtym (bez nazwisk proszę). Jeśli więc lubicie takie klimaty- walcie jak w dym. Raptem 400 stron ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz