Autor: Robert Ludlum
Tytuł: Czwarta Rzesza
Tytuł oryginalny: The Holcroft Covenant
Rok wydania: 2010 (oryg. 1978)
Kto nie słyszał o Trzeciej Rzeszy? Tak, chodzi o Niemcy z czasów II Wojny Światowej. 30 lat później świat wygląda zupełnie inaczej, ale czy to aby nie pozory?
Bohaterem książki jest niejaki Noel Holcroft - Amerykanin (jakże by inaczej). Jak się jednak bardzo szybko okaże, życie, które znał do tej pory, jest delikatnie mówiąc kłamstwem. I to nie tylko na poziomie rodzinnym, ale i całego globu. Patrząc na okładkę można się domyślać, w czym rzecz. Serio, niektórzy chyba się za dobrze bawią udzielając potencjalnemu czytelnikowi tylu informacji jeszcze zanim zacznie on swoją przygodę z lekturą... Obiecałem sobie, że o tłumaczeniu tytułu nie będę się rozwodził. Wniosek jest ten sam co ostatnio - zbrodnia!
Ale przechodząc dalej... Jest to pierwsza pozycja Ludluma, z jaką miałem do czynienia. Miałem zacząć do popularnej serii o Bournie, ale jakoś tak zzezowałem na inną półkę i tak już zostało. To, że była pierwsza, nie przeszkodziło mi w żaden sposób ocenić ją bardzo pozytywnie. Co mnie zaskoczyło, to sposób prowadzenia fabuły - a konkretnie odsłaniania sekretu. Podobnie jak w dobrym kryminale, czytelnik powoli dowiaduje się różnych ciekawych szczegółów, ale mniej więcej od połowy (co do konwencji kryminału już nie pasuje), wszystko staje się jasne. Oczywiście - dla nas. Bohaterowie do samego końca będą miotać się w domysłach. I przyznać muszę, że to wielki plus tej powieści.
Patrząc na okładkę (i Boże broń) czytając opisy na niej umieszczone, można domyślać się, jak się rzecz zakończy. Powiedzieć muszę (jasne chyba, że bez nazwisk), że się nie zawiodłem w tej materii. Było zaskoczenie i było zadowolenie, że coś jednak przewidziałem. Jak to sam ująłem, nie wiedziałem jak, ale wiedziałem co się stanie. I miałem rację :) Wszystko przez bardzo sprytny zabieg, o którym przeczytacie już sami.
Autor pisał od początku do końca w tym samym stylu, więc nie mogłem narzekać na brak wrażeń. Nie było przeciągania, jakichś wstawek czy czegoś takiego (jak w pewnej innej książce kogoś innego). Ot - prawie 500 stron domyślania się, kto za kim goni i po co. Całe szczęście, że zabrałem ze sobą więcej książek tego pana. Będzie co robić przez najbliższe parę dni!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz