poniedziałek, 24 maja 2021

Ahoj, przygodo!

Witajcie ponownie, Podróżnicy! Trochę mnie tu nie było... Ale patrząc na statystyki z tych lat, z rozrzewnieniem stwierdziłem, że ktoś jednak o mnie pamiętał :) I ja pamiętałem o Was, przez cały ten czas... Przychodzę do Was z dobrą wiadomością - wróciłem na stare śmieci, trochę tu odkurzyłem... I co ważniejsze - zabrałem się nawet do pisania ;)

Co mogę powiedzieć, to że nieco zmieni się formuła tego miejsca. W Komnacie Drzwi znajdziecie już nie tylko portale do darmowej rozrywki (choć ta oczywiście pozostanie), ale i spraw typowo komercyjnych, tj. płatnych. Zawsze jakaś nowość ;) W wyborze materiałów, mimo iż subiektywnym, możecie mieć swój udział, jak najbardziej. Wystarczy że rozpoczniecie wątek na dość młodym portalu społecznościowym, na który zapraszam: https://wt.social/wt/komnata-drzwi-blog . Link poprowadzi Was bezpośrednio do grupy tematycznej poświęconej Komnacie. Wystarczy się zarejestrować - i zapraszam do dyskusji :)

Co ważniejsze - po przemyśleniach zdecydowałem się na przeprowadzkę. Ponadto pod nowym adresem będę publikował w dwóch językach, tłumacząc wpisy na język angielski. To dopiero wyzwanie!

Link wygląda następująco: https://komnatadrzwi.bearblog.dev


Cieszę się, że znów mogę Was widzieć :) Życzę Wam i sobie wielu przygód i przyjemności z odkrywania tego, co jeszcze odsłonią przed Wami (i mną) nowe Drzwi-portale, o których dopiero napiszę. 

Reaktywacja już w czerwcu!

niedziela, 2 października 2016

Omega widzi

Autor: Robert Ludlum
Tytuł: Weekend z Ostermanem
Tytuł oryginalny: The Osterman Weekend
Rok wydania: 1992 (oryg. 1972)




No i wracamy do mistrza :) Teraz mogę już tak mówić - i nie będę swojej oceny ukrywał. Bo i po co? Sięgajcie w ciemno. Komu mało - zapraszam dalej.

Spokojna, sielska okolica, sami znajomi i grupka najbliższych przyjaciół spotykających się w weekendy - czego chcieć więcej? Może dodajmy - dobrze zarabiających przyjaciół. Ale jednak - coś burzy porządek. Wbrew oczekiwaniom i jak na ironię, sprawcami wydarzeń odbiegających od normy są stróże prawa. Patrole policji jakby zbyt często zatrzymują się przed pewnymi domami - o co może chodzić? Czy ktoś tu o czymś nie wie? A może wręcz przeciwnie - wie za dużo?

"Weekend z Ostermanem" to krótka, prawie 300-stronicowa powieść. Nie można spodziewać się po takim formacie cudów, więc i ja się nie spodziewałem. To nie mogło być nic innego jak jakaś lekka lekturka na parę wieczorów. I byłem w błędzie! To znaczy, nie do wieczorów - do całej reszty. Ale po kolei.

Przede wszystkim zwrócić uwagę należy na sposób prowadzenia fabuły. Początkowo śledzimy kilku bohaterów, aby później przejść do jednego z nich, z którym zostaniemy już do końca. Ich losy oczywiście splotą się, ale to jakby mniej ważne. Co jest ważne, to fakt, że fabuła ta znów - jak też i w innych dziełach Ludluma - nie daje nam chwili na spoczynek. Wiecznie zastanawiamy się, o co chodzi, "kto zabił", jakbym pytał w przypadku kryminału. Odpowiedzi gdzieś tam są, ale cała prawda dawkowana jest czytelnikowi pomału, zawsze z marginesem niespodzianki. Nawet więc jak niby nic się nie ma wydarzyć - dzieje się. Chyba nie przestanie mnie to fascynować.

Jest tu obecna jedna wada, o której mogę wspomnieć. Oczywiście pisałem już, że powieść jest dość krótka. Nie chodzi mi jednak o problem raczej pustego świata, który dotyczy Dicka - wręcz przeciwnie, sporo tam szczegółów i kolorów. Chodzi mi o zakończenie - jest trochę za szybkie, mogłoby być troszkę bardziej opóźnione. Jakoś inaczej rozwiązane, doprowadzenie do finału mogłoby zająć jeszcze chwilę, być ciut bardziej dramatyczne. W tym momencie akcja w widoczny sposób zwalnia. Minus mały, ale widoczny.

Werdykt? Sam z chęcią sięgnę po kolejne dzieła tego autora. To samo polecam Wam - prawdopodobieństwo mówi jasno, że się nie przejedziecie. Stare, nowe - bez różnicy. Byle tylko na okładce widniało nazwisko "Ludlum".

niedziela, 25 września 2016

Zimno jak pierun

Autor: James Cobb
Tytuł: Piekło Arktyki
Tytuł oryginalny: Robert Ludlum's The Arctic Event
Rok wydania: 2010 (oryg. 2007)




Pisać po kimś, wedle czyjegoś pomysłu, musi być trudną sztuką. Robert Ludlum pozostawił po sobie notatki, które później ujrzały światło dzienne w postaci nowych książek sygnowanych jego nazwiskiem. Wbrew pozorom nie chodzi tu więc o pseudonim artystyczny. Poprzednim razem (LINK) było genialnie - czy więc pan Cobb sprostał zadaniu?

Zaczyna się - jakże by inaczej - od prologu. Dawno temu na jednej z arktycznych wysepek rozbił się samolot - i świat o tym zapomina. Do czasu oczywiście - jakiś czas później (tu przenosimy się do czasów współczesnych), mała grupka naukowców bada wspomnianą już wyspę, nie wiedząc, jaki skrywa sekret. Podczas jednej ze wspinaczek dostrzegają jednak zarys kadłuba - i od tej pory rzecz zaczyna się komplikować. Dlaczego? Ano doczytacie.

Jak na ironię poprzednia moja przygoda z Ludlumem dotyczyła zmagań Amerykańsko-Niemieckich. Dziś skończyłem taką z Rosjanami na drugim brzegu. Oczywiście trzon historii stanowią Amerykanie. Ale to chyba nie dziwi, prawda? Wojsko, siły specjalne, prezydent USA - mieszanka dość standardowa. No i jeszcze Rosjanie - z jakże mocno podkreślaną mentalnością. To nie mogło pójść dobrze... A propos podkreślania. Głównym bohaterem jest Jonathan Smith, zwany "Jon Smith". Wygląda i brzmi to dość pospolicie, czego autor nie omieszkał w paru miejscach wykorzystać. Bardzo dobrze, wykorzystać. Lubię takie rzeczy, co jeszcze raz zaznaczam.

Ale ale, gra nie byłaby warta świeczki, gdyby nie znalazły się tu inne smaczki - choć jak na mój gust trochę za mało wykorzystane. Ale (znów) zepsuty jestem przez eRPeGi, więc wybaczcie. Po pierwsze, nasz główny bohater ma pewne problemy z dowodzeniem. Podczas tej przygody staje się odpowiedzialny za losy swojej grupy - i idzie mu nad wyraz dobrze. Po drugie - pojawia się wątek kobiety i ogólnie ludzi, których się kocha(ło). Tu również autor trochę pobieżnie potraktował sprawę. Brakowało mi właśnie głębszego wejścia w psychikę Jona - uważam to pole za po prostu zaniedbane. Nie tak do końca ma się rozumieć, ale zawsze.

Powyższe przytyki mogę wytłumaczyć jednym - i jest to tłumaczenie dość rozsądne. Chodzi o wyraz całej książki - miał być i jest pozytywny. Jednym będzie się to podobać (bo przecież to jedyna słuszna droga do załatwiania takich spraw), ale innym (jak mnie na ten przykład) zadrży powieka w wyrazie niedowierzania. Nie chcę, żebyście mnie źle zrozumieli - powieść jest dobra. Dobra, trzyma od początku do końca i nie puszcza, póki się nie okaże, że zamknęliśmy drugą okładkę. Ale (znów znów) jak mówi popularne wśród pismaków powiedzenie, brakuje tu mistrzowskiego szlifu. Trochę za dużo zmarnowanego potencjału, trochę za mało dramaturgii - oczekiwałem, że będzie na odwrót.

Ponownie, nie zrozumcie mnie źle. Książka zdecydowanie może się podobać - po prostu ja nie należę do ścisłego kręgu docelowego. Stąd taka moja ocena. Ale przekonajcie się sami, czym jest to całe "arktyczne wydarzenie", może Wam akurat do gustu taki obrót spraw przypadnie. Innymi słowy - cieszmy się, bo jest z czego :)

niedziela, 18 września 2016

O trzech takich, co...

Autor: Robert Ludlum
Tytuł: Czwarta Rzesza
Tytuł oryginalny: The Holcroft Covenant
Rok wydania: 2010 (oryg. 1978)




Kto nie słyszał o Trzeciej Rzeszy? Tak, chodzi o Niemcy z czasów II Wojny Światowej. 30 lat później świat wygląda zupełnie inaczej, ale czy to aby nie pozory?

Bohaterem książki jest niejaki Noel Holcroft - Amerykanin (jakże by inaczej). Jak się jednak bardzo szybko okaże, życie, które znał do tej pory, jest delikatnie mówiąc kłamstwem. I to nie tylko na poziomie rodzinnym, ale i całego globu. Patrząc na okładkę można się domyślać, w czym rzecz. Serio, niektórzy chyba się za dobrze bawią udzielając potencjalnemu czytelnikowi tylu informacji jeszcze zanim zacznie on swoją przygodę z lekturą... Obiecałem sobie, że o tłumaczeniu tytułu nie będę się rozwodził. Wniosek jest ten sam co ostatnio - zbrodnia!

Ale przechodząc dalej... Jest to pierwsza pozycja Ludluma, z jaką miałem do czynienia. Miałem zacząć do popularnej serii o Bournie, ale jakoś tak zzezowałem na inną półkę i tak już zostało. To, że była pierwsza, nie przeszkodziło mi w żaden sposób ocenić ją bardzo pozytywnie. Co mnie zaskoczyło, to sposób prowadzenia fabuły - a konkretnie odsłaniania sekretu. Podobnie jak w dobrym kryminale, czytelnik powoli dowiaduje się różnych ciekawych szczegółów, ale mniej więcej od połowy (co do konwencji kryminału już nie pasuje), wszystko staje się jasne. Oczywiście - dla nas. Bohaterowie do samego końca będą miotać się w domysłach. I przyznać muszę, że to wielki plus tej powieści.

Patrząc na okładkę (i Boże broń) czytając opisy na niej umieszczone, można domyślać się, jak się rzecz zakończy. Powiedzieć muszę (jasne chyba, że bez nazwisk), że się nie zawiodłem w tej materii. Było zaskoczenie i było zadowolenie, że coś jednak przewidziałem. Jak to sam ująłem, nie wiedziałem jak, ale wiedziałem co się stanie. I miałem rację :) Wszystko przez bardzo sprytny zabieg, o którym przeczytacie już sami.

Autor pisał od początku do końca w tym samym stylu, więc nie mogłem narzekać na brak wrażeń. Nie było przeciągania, jakichś wstawek czy czegoś takiego (jak w pewnej innej książce kogoś innego). Ot - prawie 500 stron domyślania się, kto za kim goni i po co. Całe szczęście, że zabrałem ze sobą więcej książek tego pana. Będzie co robić przez najbliższe parę dni!

sobota, 10 września 2016

Idzie truposz!

Autor: Stephen King
Tytuł: Zielona Mila
Tytuł oryginalny: The Green Mile
Rok wydania: 2016 (oryg. 1996)




Dobra, obrazek może nie jest identyczny ze stanem posiadania, ale cóż począć, jak się człowiekowi nie chce skanować :P Podobieństwo jest wystarczające i tyle powinniście wiedzieć :P

Zacznijmy od tego, że wiązałem z Kingiem duże nadzieje. Okazało się, że na cztery jego książki, po które sięgnąłem (ach ta moja biblioteka - jaka dobrze zaopatrzona!), tylko połowa miała w sobie to coś, co pozwoliłoby mi z czystym sercem polecić je szerszemu gronu czytelników. Wysokie wymagania miałem po "Wielkim Marszu" (uwielbiam ją!), a teraz przyszła pora na "Zielona Milę" (pamiętacie film?).

Akcja książki dzieje się w amerykańskim więzieniu - a dokładnie na bloku oczekiwania na śmierć przez krzesło elektryczne. Poznajemy nie tylko strażników, ale - i przede wszystkim - skazańców. Podczas trwania części fabularnej nie będzie ich co prawda zbyt wielu, ale każdy wniesie coś ważnego do głównego wątku. Poza tym coś jednak musi się dziać na wspomnianym bloku, bo głupio by było czytać tylko o jednym więźniu, pomijając zupełnie innych.

Główny bohater, grany przez Toma... A, przepraszam xP Główny bohater działa pod dwiema "rolami". W jednej jest kierownikiem wspomnianego bloku, w drugiej staruszkiem w domu starców, zapisującym swoje wspomnienia z tego minionego już czasu. Dostajemy więc dwie historie w jednej okładce - i powiedzieć muszę, że zostały one zaprojektowane po mistrzowsku. Wszystko za sprawą lekkiego manipulowania czasem i przestrzenią akcji - autor czasem trochę wybiega w przyszłość, czasem trochę się cofa.

Podobnie jak było to z "Wielkim Marszem", także i tu King postarał się o nie lada przesłanie. Nie zapominajmy, że akcja dzieje się w sąsiedztwie "Starej Iskrówy" (tzn. tego całego krzesła). Podobnie też jak tam, dialogi w zasadzie ograniczają się do małego grona bohaterów. I podobnie jak tam, wielkim pytaniem pozostaje co jest dobre a co złe. Tylko może w formie bardziej realistycznej, bliższej człowiekowi. W końcu rzecz dzieje się w latach trzydziestych, gdzie trudno o jakieś manipulacje w świat przedstawiony.

Prawdą jest (muszę się do tego przyznać), że obecnie jestem trochę do Kinga uprzedzony. Dlatego też "Zielona Mila" nie trafi do grona moich ulubionych pozycji. Jest to ocena jak najbardziej krzywdząca, ale wciąż wolałem "Marsz". Żeby więc oddać należyte honory "Mili", powiedzieć muszę, że jest ona piekielnie wzruszająca. Nawet ja - facet - nie na żarty przejmowałem się tym i tamtym (bez nazwisk proszę). Jeśli więc lubicie takie klimaty- walcie jak w dym. Raptem 400 stron ;)

niedziela, 28 sierpnia 2016

Jedziem na Szczecin

Tytuł: SWARMRIDERS
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2016
Cena: darmowa
Link: http://store.steampowered.com/app/490230





Wróciłem! No, znaczy się już jakiś czas temu... Ale w Komnacie jeszcze wakacyjnie i nieśpiesznie - gra mała, ale urocza.

Dzisiejsza gierka jest prequelem serii stworzonej przez tego samego autora. Nie wnikałem jednak, o co tam chodzi, bo gry te wykraczają poza ramy mojego zainteresowania w kontekście tego miejsca - są płatne. Chętni doczytają. Dość powiedzieć, że to tutaj jakiejkolwiek fabuły nie posiada. Tylko się gra. A jak?

Otóż nam graczom oddano do dyspozycji motocykl, z którego to jedna z postaci nieustanie strzela w miejsce wskazane przez kursor. Tyla. A, bym zapomniał. Bo wiecie, to strzelanie to nie tak tylko sobie a muzom. Gonią nas nieprzeniknione hordy przeciwników. Jeśli pamiętacie Matriksa, to kojarzycie zapewne scenę walki z podobnymi hordami strażników (tak się one nazywały, prawda?). Tu przynajmniej nie trzeba przeładowywać. No wiec jeden jedzie, drugi strzela, a my się dobrze bawimy.

Jeśli macie pada, który będzie współdziałał z tą grą, to macie szczęście. Mój nie działał :( Może gdybym zastosował emulator x360, to może, ale na wstępie ostrzegam. Co prawda można zasuwać WSAD + myszką, ale to jakby nie to. Zresztą, kto co lubi.

Wady? Po pierwsze primo, wybuchy. Jak widzieliście na drugim obrazku, dym zasłania prawie cały ekran. Ciut to przeszkadza, bo nie wiadomo, gdzie celować. Ale osiągnięcia kończą się na takim poziomie, że wtedy to jeszcze nie wadzi. Potem tylko może się to okazać kłopotliwe. A po drugie - za długo nie pogramy. Dwie, trzy minuty? Cztery? I od nowa.

Mnie osobiście nie obchodziło, że pobawię się tylko chwilę. I tak nie miałem nic lepszego do roboty. I jeśli Wy też się obijacie w ten piękny wakacyjny weekend, polecam. Zawsze zleci trochę czasu ;)

niedziela, 31 lipca 2016

Trzy połówki

Autor: Joe Abercrombie
Tytuł serii: Morze Drzazg
Tytuł: Pół króla - Pół świata - Pół wojny
Tytuł oryginalny: Half a King - Half the World - Half a War
Rok wydania: 2015 - 2015 - 2016






No dobra, wpis specjalny. Ostatni - przed wakacjami :) Chwilę mnie nie będzie, a potem nie wiem, co się będzie ze mną działo. Zmiany w życiu pewnie :) A póki co - recenzja.

Jak zwykle odwiedziłem moją miejską bibliotekę w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Tym razem moją uwagę przykuł cykl trzech książek - pomijając dubel pierwszej części, bo stały sobie (jakież to dziwne) dwie obok siebie. Także zamiast trzech stały cztery. Ha, ale dowcip. Brak wykrzyknika to specjalnie ;) W każdym razie zaciekawiła mnie opinia Martina umieszczona na okładce. Postanowiłem ją sprawdzić.

Seria "Morze Drzazg" to historia młodego chłopaka, który szkoli się na ministra (doradcę, szamana, mędrca itd.). Sęk w tym, że pochodzi z królewskiego rodu - i już na samym początku pierwszego tomu dostaje on powołanie do objęcia tronu po zmarłym bracie i ojcu. W zasadzie to po ojcu i bracie. Szczegół. Na przestrzeni trzech tomów dzieje się wystarczająco dużo, żeby Was zanudzić opowieściami, ale nie mogę nic zdradzić - przeczytacie sami.

Co mogę powiedzieć, to że jest to - zgodnie z notką na okładce - opowieść o zemście. Kilka postaci będzie się miało za co mścić. Powiem też tyle, że autor mądrze prowadzi wspomniane wątki, nie ukazując ich tylko z perspektywy heroizmu i bohaterstwa (jej, po tylu latach studiowania po prostu musiałem tak napisać :P). Pokazuje nam również, że jest druga strona, a stal nie zawsze jest właściwą odpowiedzią. Bo jak mawiają w powieści, najlepszy wojownik to ten, który przeżyje (parafraza). Różne postacie będą miały co innego do powiedzenia - jak na przykład chłopak wahający się pomiędzy służbą wojskową a uznaniem wojny za okrucieństwo i trzymaniem się od niej z daleka. Będzie tego więcej, zaręczam. Problemem dla czytelnika staje się sam natłok sprzecznych opinii - będzie musiał zdecydować, co jest ważniejsze. Celowo nie napisałem "sam", bo autor przygotował swoją odpowiedź. Jak dla mnie jest ona zadowalająca - choć nie tak oczywista, jak sugerują doświadczenia zdobyte z innymi historiami innych autorów.

Co zawsze wywoływało uśmiech na mojej twarzy, to gra autora z pewnymi wyrażeniami, które są ważne dla książki, ale nic nie powinny mówić jej bohaterom. Chodzi mi o tytuły tomów, części i rozdziałów. Pojawiają się one dość często i bardzo mocno podkreślają wybór autora w kwestii doboru słów. Jak powiedziałem, zawsze mi się to podobało. Nie żebym widział w tym przypadku bratnią duszę czy coś ;)

Pierwsza część cyklu wydawała mi się jedna całością. Dopiero druga otwiera oczy czytelnika na to, że będzie się działo coś więcej. Dlatego też czytając "Pół króla" nie poczuje się niedosytu, który jest bardzo wyraźny przy zakończeniu "Pół świata". A trzeci tom - wiadomo. Ale warto jest sięgnąć ręką i okiem na pozostałe części - rzadko kiedy powieść fantasy/przygodowa zdobywa się na odwagę wytknięcia palcem drugiej strony tego, o czym opowiada. A ta właśnie to robi. I to bardzo dobrze, jeśli ktoś mnie o zdanie zapyta. Polecam i zachęcam ;)


poniedziałek, 18 lipca 2016

Teletubisie mówią pa-pa

Autor: Michael Koryta
Tytuł: Ostatnie do widzenia
Tytuł oryginalny: Tonight I Said Goodbye
Rok wydania: 2004/2006




Chwilę się nie odzywałem... Trochę byłem zajęty :) No ale wracam, przynajmniej w tym tygodniu. Zastanawiam się, czy by może nie przeznaczyć swojego czasu na coś innego. Ale jeszcze pomyślę, nie spisuję tego miejsca na straty. W każdym razie jeśli to czytasz i wyrażasz swój sprzeciw, bo chcesz nadal czytać co pisuję, zostaw komentarz, na pewno przeczytam :)

Wracając jednak do spraw bieżących... Któryś już raz zdarza mi się, że biorę sobie do czytania pozycje głośnie i lub za takie się podające, a na koniec coś lżejszego - ot dla zabawy. Zaczynam od pozycji grubszych i kończę na tej wziętej na dokładkę - i tedy okazuje się, że ta ostatnia i tylko ta do czegoś się nadaje. No nic, życie :)

"Ostatnie do widzenia" zaczyna się od trupa. Facet nie żyje, a jego żona i córka zaginęły. Policja twierdzi, że ten pierwszy ubił swoją rodzinę, a potem kopsnął sobie kulkę w skroń, ale jego ojciec jakoś w to nie wierzy. Nie, nie podejmuje krucjaty, nie ta bajka. Wynajmuje parę detektywów, aby to oni... po prostu dowiedzieli się, co w trawie piszczało i powiedzieli mu, co się stało z jego najbliższymi.

A więc kryminał. Różne rzeczy ludzie mówią o tym gatunku, ale jakoś do tej pory była to szufladka najbezpieczniejsza jeśli idzie o mój osobisty gust. Chwytałem za horrory, za książki akcji - i z grubsza nic. Nuda albo przekłamania, takie rzeczy. Dlatego ucieszyłem się, że tym razem nie śledzę losów kolejnego supermena w przebraniu. Co prawda parę wątków dałoby się wyciąć - a przynajmniej tak myślałem, gdy na nie natrafiłem. Im bliżej końca tym jakoś autor wszystko pozaklejał i przyznać muszę, że efekt był całkiem niezły. I nie pominę też faktu, że przez równo całą powieść raczył mnie (czytelnika) nowymi wątkami. Do ostatniego rozdziału człowiek siedzi więc z przysłowiowym nosem w książce i czyta, co będzie dalej. Są takie elementy, które uważnemu czytelnikowi pasować nijak nie chcą - i właśnie o to w tym wszystkim chodzi!

Wygląda na to, że podsumowanie mam już z głowy... Książka nie jest gruba, ma raptem 240-parę stron. Można połknąć w parę nieśpiesznych wieczorów. Urocza perspektywa, nieprawdaż?

sobota, 25 czerwca 2016

Sam na sam

Tytuł: Javel-ein
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2013
Cena: darmowa





No dobrze, jeszcze jedna gra. Udało Wam się ;) Na razie staram się nie myśleć o egzaminie ostatecznym, tj. zaraz będę, ale jeszcze nie teraz. Teraz pora na recenzję :)

Są gry skomplikowane, są też gry proste. Nie oznacza to jednak, że któreś z nich są gorszym sortem - nic bardziej mylnego. Sam przekonałem się o tym bardzo dobrze i Wam też będę ten pogląd przedstawiał. Javel-ein to z pozoru gra właśnie tego drugiego gatunku, ale zapewniam Was, jest i na co popatrzeć, i co robić.

Zacznijmy od tego, że sterujemy tym chłopkiem, co go widzieliście na obrazkach. Chłopek ów wyruszył na misję odnalezienia pewnych przedmiotów, które - jakże by inaczej - okazują się mieć swoją historię. Ale jaką, to nie będę zdradzał. Standardowo - pogracie, przekonacie się. Nie będzie jednak sam - towarzyszyć mu będzie tytułowy oszczep, także tytułowo jeden.

Tak, tylko jeden. Oznacza to tyle, że jak się zzezuje, to potem będzie trzeba po niego lecieć. Tym gorzej dla nas, po różnego rodzaju stworki będą na nas pełzać, lecieć bądź skakać. Inne znów będą sobie spokojnie czekać, aż podejdziemy, że by zrobić nam onehita. Tak samo zresztą jak wszystkie inne. Pomyłka może więc oznaczać zaczynanie od początku. Chyba że szczęście będzie Wam sprzyjać i otrzymacie od losu dodatkową szansę. Ale nie liczcie na to zbyt często.

Problem polega też na tym, że aby przejść dalej trzeba A) pokonać wszystkich na planszy, B) mieć w ręku oszczep. Inaczej kicha. Autor miał natchnienie na elementy logiczne, czasem więc trzeba będzie pokombinować. Dla przykładu przez niektóre platformy oszczep po prostu przelatuje, a czasem sufit jest za wysoko, aby go stamtąd wyciągać. Ot, życie.

Odpalając grę i przechodząc pierwsze etapy pomyślałem, że to jakaś kolejna platformówka i że nie będzie trudno. Trochę się myliłem - tylko trochę jednak. Etapy są dość krótkie, nie powinny wiec stanowić dla Was przeszkody nie do przejścia. Nawet jeśli trafi się coś mocniejszego - a takie też będą - to nadal twierdzę, że pobicie ich będzie kwestią czasu. Efektem tego gra jest wyzwaniem, ale nie na tyle, żeby trzeba było szukać oparcia u psychologa. Powiedziałbym nawet, że jest bardzo dobrze wyważona.

Coś jeszcze? Chyba nie. 61 etapów czystej zabawy, czasem też radosnego wkurzenia, czeka na Was w tej malutkiej, ważącej około 6 MB paczuszce. Nie ma co się zastanawiać :)

niedziela, 19 czerwca 2016

Krew w Afryce

Autor: Rafał Dębski
Tytuł: Słońce we krwi
Rok wydania: 2008




Znów książka. Wiem, że jak przerwałem serię lektur to nagle pojawili mi się czytelnicy, ale chwilowo nie mam na nic czasu i nie jestem przygotowany na nic ponad to, co widać... Wybaczycie, prawda? ;)

Zaczyna się od mocnego akcentu. Nie będę oczywiście zdradzał, w czym rzecz, ale przyznaję, że to się autorowi udało i niespodzianka była. Nie żebym się spodziewał jakiegoś przewrotu niezgodnego z tym, co można wyczytać na okładce, ale wciąż. A ta mówi o tym, że pewien dziennikarz staje przed obliczem rewolucji w pewnym afrykańskim państwie i całkiem dobrze sobie z tym faktem radzi. Dlaczego - przeczytacie.

Właśnie, przeczytacie. Miałem wielkie plany co do pewnej powieści Kinga. Okazało się jednak, że książka co najwyżej mierna, więc nie ma co palców strzępić. Resztką czasu sięgnąłem więc po coś A) polskiego B) w miarę krótkiego. No i wyszło to. Jak na powieść akcji jest co prawda trochę krótka, fakt, ale przez to jest mało zobowiązująca. Zawsze jakiś plus. Tak czy inaczej ta tu pozycja do światowej czołówki też nie należy. Była lecz na tyle wciągająca, że się nią z Wami podzieliłem.

Oceniając ją przez pryzmat formatu można bowiem dojść do błędnych wniosków. Książka jest dobra, wbrew pozorom dużo się dzieje - jest boss fight, jest konfrontacja z nemezis, a gdzieś po drodze widma przeszłości, wojna, wybuchy i kobieta. Tak, bez kobiety co to by był za świat? Sami widzicie, że autor wpakował w swoje dzieło sporo serca. To dobrze :)

Powieść połknąłem w dwa dni i poszedłbym po coś nowego, ale jeszcze trzymają mnie studia. Jeszcze. Pogadamy za tydzień, może za dwa. Póki co pozostawiam Was z pozycją na chwilę, ale i na chwilę wymierzoną. W tej skali z całą pewnością jest to rzecz godna polecenia - tak więc polecam ;)