niedziela, 31 lipca 2016

Trzy połówki

Autor: Joe Abercrombie
Tytuł serii: Morze Drzazg
Tytuł: Pół króla - Pół świata - Pół wojny
Tytuł oryginalny: Half a King - Half the World - Half a War
Rok wydania: 2015 - 2015 - 2016






No dobra, wpis specjalny. Ostatni - przed wakacjami :) Chwilę mnie nie będzie, a potem nie wiem, co się będzie ze mną działo. Zmiany w życiu pewnie :) A póki co - recenzja.

Jak zwykle odwiedziłem moją miejską bibliotekę w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Tym razem moją uwagę przykuł cykl trzech książek - pomijając dubel pierwszej części, bo stały sobie (jakież to dziwne) dwie obok siebie. Także zamiast trzech stały cztery. Ha, ale dowcip. Brak wykrzyknika to specjalnie ;) W każdym razie zaciekawiła mnie opinia Martina umieszczona na okładce. Postanowiłem ją sprawdzić.

Seria "Morze Drzazg" to historia młodego chłopaka, który szkoli się na ministra (doradcę, szamana, mędrca itd.). Sęk w tym, że pochodzi z królewskiego rodu - i już na samym początku pierwszego tomu dostaje on powołanie do objęcia tronu po zmarłym bracie i ojcu. W zasadzie to po ojcu i bracie. Szczegół. Na przestrzeni trzech tomów dzieje się wystarczająco dużo, żeby Was zanudzić opowieściami, ale nie mogę nic zdradzić - przeczytacie sami.

Co mogę powiedzieć, to że jest to - zgodnie z notką na okładce - opowieść o zemście. Kilka postaci będzie się miało za co mścić. Powiem też tyle, że autor mądrze prowadzi wspomniane wątki, nie ukazując ich tylko z perspektywy heroizmu i bohaterstwa (jej, po tylu latach studiowania po prostu musiałem tak napisać :P). Pokazuje nam również, że jest druga strona, a stal nie zawsze jest właściwą odpowiedzią. Bo jak mawiają w powieści, najlepszy wojownik to ten, który przeżyje (parafraza). Różne postacie będą miały co innego do powiedzenia - jak na przykład chłopak wahający się pomiędzy służbą wojskową a uznaniem wojny za okrucieństwo i trzymaniem się od niej z daleka. Będzie tego więcej, zaręczam. Problemem dla czytelnika staje się sam natłok sprzecznych opinii - będzie musiał zdecydować, co jest ważniejsze. Celowo nie napisałem "sam", bo autor przygotował swoją odpowiedź. Jak dla mnie jest ona zadowalająca - choć nie tak oczywista, jak sugerują doświadczenia zdobyte z innymi historiami innych autorów.

Co zawsze wywoływało uśmiech na mojej twarzy, to gra autora z pewnymi wyrażeniami, które są ważne dla książki, ale nic nie powinny mówić jej bohaterom. Chodzi mi o tytuły tomów, części i rozdziałów. Pojawiają się one dość często i bardzo mocno podkreślają wybór autora w kwestii doboru słów. Jak powiedziałem, zawsze mi się to podobało. Nie żebym widział w tym przypadku bratnią duszę czy coś ;)

Pierwsza część cyklu wydawała mi się jedna całością. Dopiero druga otwiera oczy czytelnika na to, że będzie się działo coś więcej. Dlatego też czytając "Pół króla" nie poczuje się niedosytu, który jest bardzo wyraźny przy zakończeniu "Pół świata". A trzeci tom - wiadomo. Ale warto jest sięgnąć ręką i okiem na pozostałe części - rzadko kiedy powieść fantasy/przygodowa zdobywa się na odwagę wytknięcia palcem drugiej strony tego, o czym opowiada. A ta właśnie to robi. I to bardzo dobrze, jeśli ktoś mnie o zdanie zapyta. Polecam i zachęcam ;)


poniedziałek, 18 lipca 2016

Teletubisie mówią pa-pa

Autor: Michael Koryta
Tytuł: Ostatnie do widzenia
Tytuł oryginalny: Tonight I Said Goodbye
Rok wydania: 2004/2006




Chwilę się nie odzywałem... Trochę byłem zajęty :) No ale wracam, przynajmniej w tym tygodniu. Zastanawiam się, czy by może nie przeznaczyć swojego czasu na coś innego. Ale jeszcze pomyślę, nie spisuję tego miejsca na straty. W każdym razie jeśli to czytasz i wyrażasz swój sprzeciw, bo chcesz nadal czytać co pisuję, zostaw komentarz, na pewno przeczytam :)

Wracając jednak do spraw bieżących... Któryś już raz zdarza mi się, że biorę sobie do czytania pozycje głośnie i lub za takie się podające, a na koniec coś lżejszego - ot dla zabawy. Zaczynam od pozycji grubszych i kończę na tej wziętej na dokładkę - i tedy okazuje się, że ta ostatnia i tylko ta do czegoś się nadaje. No nic, życie :)

"Ostatnie do widzenia" zaczyna się od trupa. Facet nie żyje, a jego żona i córka zaginęły. Policja twierdzi, że ten pierwszy ubił swoją rodzinę, a potem kopsnął sobie kulkę w skroń, ale jego ojciec jakoś w to nie wierzy. Nie, nie podejmuje krucjaty, nie ta bajka. Wynajmuje parę detektywów, aby to oni... po prostu dowiedzieli się, co w trawie piszczało i powiedzieli mu, co się stało z jego najbliższymi.

A więc kryminał. Różne rzeczy ludzie mówią o tym gatunku, ale jakoś do tej pory była to szufladka najbezpieczniejsza jeśli idzie o mój osobisty gust. Chwytałem za horrory, za książki akcji - i z grubsza nic. Nuda albo przekłamania, takie rzeczy. Dlatego ucieszyłem się, że tym razem nie śledzę losów kolejnego supermena w przebraniu. Co prawda parę wątków dałoby się wyciąć - a przynajmniej tak myślałem, gdy na nie natrafiłem. Im bliżej końca tym jakoś autor wszystko pozaklejał i przyznać muszę, że efekt był całkiem niezły. I nie pominę też faktu, że przez równo całą powieść raczył mnie (czytelnika) nowymi wątkami. Do ostatniego rozdziału człowiek siedzi więc z przysłowiowym nosem w książce i czyta, co będzie dalej. Są takie elementy, które uważnemu czytelnikowi pasować nijak nie chcą - i właśnie o to w tym wszystkim chodzi!

Wygląda na to, że podsumowanie mam już z głowy... Książka nie jest gruba, ma raptem 240-parę stron. Można połknąć w parę nieśpiesznych wieczorów. Urocza perspektywa, nieprawdaż?