niedziela, 1 listopada 2015

Iść, ciągle iść...

Znów trochę zabalowałem... Prezentacja na ukończeniu, więc powoli wracam do pisania :)

Autor: Stephen King
Tytuł: Wielki Marsz
Tytuł oryginalny: The Long Walk
Rok wydania: 1999




Tytułowy Wielki Marsz to rozrywka większa niż wszelkiego rodzaju teleturnieje, konkursy czy reality show jakie znamy - nawet biorąc pod uwagę te wymyślone dla żartu, jak również te same będące żartem. Setka chłopców, nastolatków i tych wchodzących w dorosłość, wstępnie wyselekcjonowana pod względem intelektualnym i sprawnościowym, staje do rywalizacji nie dającej złudzeń. Zaczynając w stanie Maine mają przejść na piechotę tyle, ile im się uda, bez snu czy jakiejkolwiek innej formy odpoczynku. Możliwości są tylko dwie - wygrana lub śmierć. Porządku pilnują uzbrojeni żołnierze, a każdy, kto będzie poruszał się zbyt wolno lub z jakiegokolwiek innego powodu zaliczy trzy upomnienia, żegna się z konkursem. Pocieszeniem jest fakt, że uczestnicy po pierwsze co jakiś czas dostają nowy prowiant (pasty odżywcze), a wodę mają na zawołanie (oczywiście sami muszą wpierw opróżnić manierkę, a potem sami poprosić o nową), a po drugie za każdym razem, gdy przejdą godzinę bez upomnienia, jedno z tych, które już mają, zostaje anulowane. Brzmi prosto, ale oczywiście tak nie jest. Nikt nie zabrania im ze sobą rozmawiać, czy na przykład zakładać przyjacielskich sojuszy. Sęk w tym, że w interesie każdego z nich jest to, aby pozostali jak najszybciej odpadli z gry - każda więc pomoc okazana kumplowi z szeregu jest automatycznym przedłużaniem agonii nie tylko samemu sobie, ale i całej reszcie z tych, którzy jeszcze mają siłę iść.

Tak więc bohaterowie idą przed siebie, co o dziwo nie jest w jakikolwiek nużące dla czytelnika. Wręcz przeciwnie, śledzenie ich poczynań jest bardzo pociągające. Jedna sprawa nie daje tylko spokoju. Przypominam, że celem owego marszu jest śmierć dziewięćdziesięciu dziewięciu nastolatków, którzy po drodze zostaną pozbawieni wszelkiej godności. Wiemy to my oraz sami uczestnicy - ale cały tłum oglądający marsz na żywo czy w relacji dziennikarskiej jest wprost zachwycony każdym potknięciem któregoś z nich. Do najbardziej rażących przykładów należą komentarze chłopców w sprawie konieczności wypróżniana się po (i na) drodze - śmieją się co prawda, że gapie najchętniej porwaliby taką pozostałość po którymś z nich, włożyli do słoika i postawili nad telewizorem jako swoiste "trofeum", ale na tym etapie wiadomo z całą pewnością, że to jest całkiem możliwe. Niby nie zostaje to powiedziane wprost, ale świadomy czytelnik postawi to pytanie - po której stronie stoimy? Jaki jestem ja sam, moje otoczenie, społeczeństwo lokalne czy globalne? Wizja świata jest alternatywna, ale to nie zmienia faktu, że bardzo wymowna. Jakiś czas temu ustawiałem nazwy kanałów w telewizorze i siłą rzeczy trafiłem na Vivę (tak, to z kablówki analogowej). Leciał jakiś "program", w którym młodzi ludzie dobierali się w "pary" na zasadzie podobnej do speed datingu. Oczywiście nie padło pytanie "jaki jest twój ulubiony autor?", ale "jakie było najdziwniejsze miejsce, w którym uprawiałeś seks?". Odpowiedź - "w psiej budzie". To tylko przykład, ale z pewnością znajdzie się ich więcej - i dopóki będzie popyt na tego typu "produkty", tak długo będziemy się z tym spotykać.

Nawet jeśli za bardzo odbiegłem od idei Kinga, to i tak rzecz jest alarmująca. Naprawdę, nie chciałbym dożyć chwili, gdy coś takiego stanie się standardem. Rozmowy chłopaków są mi jednak pocieszeniem - iskierką nadziei na to, że nawet w tak mrocznej wizji, jaką rozwija autor, będą jeszcze żyli ludzie mający właściwy pogląd na życie - jakkolwiek nie będzie ich wielu. Będą to ludzie, którzy nawet w obliczu nieuczciwej śmierci, obdarci, brudni i wycieńczeni, potrafić będą pozostać ludźmi. Tu niestety, ale kończącymi w bardzo romantyczny (mam na myśli epokę) sposób. Szkoda również, że każdy inny - bez wyjątków - zatraci to, co tak wielbili filozofowie, upodabniając się tym samym do zwierzęcia, nawet jeśli będzie ono miało twarz człowieka. Może wyłączając jeszcze matki rozpaczające po swoich synach... Polecam - jak to się mówi, ku przestrodze.


Ocena:
Tremendum et fascinosum

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz