Autor: Philip K. Dick
Tytuł: Raport mniejszości
Tytuł oryginalny: The Minority Report
Rok wydania: 2002
Pamiętacie film? Ja też. Pamiętam też, że inne książki Dicka, które wpadły mi w ręce był dość krótkie. Tym większa była moja radość z faktu, że tym razem miałem do czynienia z około 400 stronami jego twórczości. Myślę sobie - o, tym razem to sobie poczytam. No i poczytałem.
Zacznijmy jednak od tego, że niniejsza książka to nic innego jak zbiór opowiadań. Realnie więc dostałem nawet mniej niż dotychczas! Oburzające. Zwłaszcza, że słowem nikt się o tym nie zająknął - czy to we wstępie, wprowadzeniu, czy też na końcu, w tym śmiesznym opisie, co go zawsze wydawca dorzuca. Ja wiem, że Dick tak już pisze. Ja wiem, że tak się publikowało. Ja wiem... Ale i tak miałem nadzieję :( No nic, idziemy dalej.
Jedno muszę przyznać człowiekowi, który pisał słowo wstępne. Czytając Dicka natrafia się na dwa zjawiska. Po pierwsze, jego dzieła to po prostu opowiadania, może czasem trochę dłuższe. Nawet jak mamy w rękach powieść, to ten świat w niej wykreowany jest jakiś inny, powiedziałbym - niekompletny. Jest pole akcji - i nic poza nim. Swoją drogą, że dużo się w nim dzieje. To jedna strona. Druga jest taka (i o tym ten pan pisał), że nigdy nie można być pewnym, co będzie dalej. Już pierwsze opowiadanie ze zbioru takie jest - i inne idą tą samą drogą. Akcja szybko się rozwija, szybko dowiadujemy się, w co się gra - i równie szybko nas zaskakuje. To nie tak jak u Lema, który lubi szczegółowo opisywać naukową stronę swojej fikcji - format jest mniejszy, może to też dlatego.
Raport mniejszości to najdłuższe opowiadanie ze zbioru. Zdziwiło mnie bardzo, że tylko ono jest promowane na okładce - reszta też jest dobra! Nawet jak na te 30-parę stron można było zrobić wyjątek i choć wspomnieć o innych. Każde jedno bardzo mnie wciągnęło, choć jak już pisałem - spodziewałem się czegoś bardziej... spójnego. W kolejnych "odcinkach" pojawiają się wspólne motywy, ale czasem jest to ujęte trochę inaczej. No i autor nie wyjaśnia dokładnie, dlaczego tak to zrobił. Powtarza się choćby wątek "Prewencji", ale parę rozdziałów dalej pojawia się "Banicja", działająca na podobnych zasadach. Nie wiem, czy to takie tłumaczenie? To jakiś następca? Nie wiadomo też, czy w kolejnych opowiadaniach zmienił się czas, czy tylko miejsce akcji? Takich wątpliwości czytelnik może mieć więcej.
Czy warto sięgnąć po "Raport mniejszości"? Oczywiście. Może co prawda bohaterowie opowiadań nadal używają taśm i kart perforowanych, ale nie zawsze o taki postęp w tych sprawach chodzi. Czasem to po prostu metafora dzisiejszego świata, ukazana w zwierciadle życia w przyszłości. I Dick lubi coś takiego. A ja jego lubię, nawet jeśli pisze krótko. Krótko, ale z przytupem. I z takim właśnie przytupem polecam Wam moją dzisiejszą propozycję. Poszukajcie w bibliotece, gdzieś tam może leży ;)
Ocena:
Jeśli nie trafiła do Was Prewencja, to znaczy, że kiedyś ją przeczytacie. Serio.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz