sobota, 23 kwietnia 2016

Pan Duch

Autor: Robert Harris
Tytuł: Ghostwriter
Tytuł oryginalny: The Ghost
Rok wydania: 2009





Znane są chyba wszystkim różne dziwne tłumaczenia tytułów - ale ten mnie tknął szczególnie. Duch. To miało swój sens! A samo ghostwriter obdziera powieść z tego własnie sensu - trochę ją generalizuje, że tak powiem. Upraszcza, a wręcz spłaszcza. I to już na starcie! Co za wtopa...

No ale dość skarg - na razie. Drugie, co rzuciło mi się na oczy, to język, jakim owa książka została napisana. Jest odważny - i dowcipny. Dwie rzeczy, które razem widuje się wyłącznie w wyjątkowych okazjach. I coś mi podpowiadało, że taka okazja nadeszła. Powiem Wam - miałem rację. Autor nie bał się zwracać bezpośrednio do czytelnika, co zawsze mnie fascynuje. Nadaje to niesamowitej głębi - i tak już do końca. W pewnym sensie przynajmniej, bo...

Trochę się zawiodłem - na pierwszym zakończeniu. Szczegółów oczywiście nie zdradzę. Ale niedosyt mam do tej pory. Pierwsze zakończenie - jak je sam nazywam - wyrwało mnie z napięcia budowanego od kilku szwów powieści. Wiecie, zaczyna się niewinnie, a potem coś się zaczyna psuć. I tak towarzyszymy bohaterowi, czytamy, co się tam w powieści dzieje - i mamy nadzieję, że zakończy się z przytupem godnym tego, co już wiemy. A tu kicha. Szczerze, po tym "zakończeniu" jest jeszcze kilkanaście stron, ale to już nie to samo. Autor uratował się zakończeniem definitywnym - ale to było jak łapanie się brzytwy. Dlaczego? Bo zajęło ono ostatnie parę stron i był to bardziej epilog niż zwieńczenie akcji dzieła. Dlatego.

Uwaga jeszcze jedna - co do języka. Przez całą - dosłownie całą - książkę przewija się jeden termin: "murzyn". Nie "Murzyn", nie "czarnuch" czy jakkolwiek inaczej. Chodzi o "wafla", człowieka od czarnej (ekhm) roboty. Jak na rzecz wydaną pierwotnie w 2007 roku (u nas trochę później) pachniało mi to małym skandalem. Ale cóż, jakoś przeszło. Co więcej - każdy rozdział rozpoczyna się cytatem z podręcznika dla "ghostwriterów" - czyli "murzynów". Nie rozumiem, o co chodzi. Czy to aby nie za odważne?

Ale może coś o samej książce, co? Czytało mi się ją świetnie. Jakiś czas temu wypożyczyłem "Alphaville". Przygody policjanta w świecie narkotyków. Jakoś mi nie podeszła. Tu niby też mamy podobną konstrukcję, też są to zapiski przeżyć jednego człowieka - ale zrobione inaczej. Bliżej temu do kryminału niż biografii. Akcja trochę (lub bardziej) nas zaskakuje. I dobrze. Po to wymyślono ten gatunek, nieprawdaż?

Pierwotnie pomyślałem, że będę się męczył - że liczba stron pociągnie mnie w kolejne dni czytania. Udało mi się ją przełknąć w dwa dni. Format bardzo, ale to bardzo ułatwia sprawę. Dodajmy do tego zgrabną fabułę, nutkę tajemnicy - i mamy "Ghostwritera". Czy polecam? Jak najbardziej.


Ocena:
Ja w zestawie dostałem (czyjąś) zakładkę (do kolekcji). Jupi :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz