Tytuł: MU Online
Testowana platforma: Windows XP
Rok wydania: 2001
Cena: darmowa (mikrotransakcje)
MMO w kategorii RPG dzielą się na dwa
typy. Pierwszy to widok zza pleców bohatera, drugi to widok z góry
w rzucie izometrycznym. Jeśli pamiętacie Diablo, to od razu mówię,
będziecie jak w domu. Na ustawieniu kamer jednak się nie kończy,
zapewniam. Wspominałem już kiedyś o rewolucji, jaka zaszła na
rynku – o tym, że zaprzestano zmuszać graczy do monotonnego bicia
poziomów od czasu do czasu przerywanego jakimś nieistotnym questem.
Po paru próbach miałem już ogłaszać nową erę, ale okazało się
koniec końców, że stare nie przeminęło. To, co dzieje się z
grami, to nic innego jak proces adaptacji.
Grając w Mapla nie mogłem oprzeć się
wrażeniu, że jestem prowadzony za rękę po maksymalnie prostej
linii. Fakt ten niemiłosiernie mnie uwierał. Pokładałem ufność
w starociu, ale jak się okazało, nie tym co potrzeba. Wydany w 2001
MU Online, słynna „wieczna beta” - to był właściwy cel moich
poszukiwań.
Po pierwszym uruchomieniu zadałem
sobie jedno zasadnicze pytanie. Jak się tu zmienia powiększenie
ekranu gry? Niestety, ale albo jestem ślepy, albo się nie da.
Jestem z tych, co lubią wiedzieć, gdzie się pakują, a tu mi się
delikatni sugeruje, żebym się przyzwyczaił, bo tak jest i już. Co
gorsza, tego typu problem nie jest odosobniony. Już przy tworzeniu
postaci twórcy powiedzieli mi, że mogę zapomnieć o
personalizowaniu swojego bohatera. Nie i już. Albo wybieram to, co
jest, albo mogę iść pograć w coś innego. Dobra, niech już
będzie. A jak sprawa się ma z wyborem klas? Na start trzy, potem
odblokuje się resztę. A przez „potem” mam na myśli A)
wykupienie jej lub B) dobicie do 250 poziomu. Super po prostu...
Pozostaje tylko wojownik, mag i łucznik. Całe szczęście, że na
wyższych poziomach da się przeprowadzić ulepszenie wybranej
profesji, bo byłoby blado. Taki mały myk, że odblokowane postacie
dostają 7, a nie 5 punktów do rozdysponowania, miesza na tyle
mocno, że chcąc być na topie trzeba pomyśleć o zmianie.
Słowo o mechanice rozgrywki. MMO
zdążyły mi wpoić system many i/lub czasu do odczekania po
każdorazowym wykorzystaniu jakiegoś czaru czy umiejętności. Z
zainteresowaniem przyjąłem więc do wiadomości, że w MU jest co
prawda mana, ale nie ma żadnego licznika – tylko ukryty wskaźnik
czasu pomiędzy kolejnymi ciosami. Chodzi mi o to, że wybierając
czar będziemy nim miotać aż skończy się zapas energii magicznej
lub też nasz przeciwnik zginie. I tu mały problem się rodzi, bo
gra ma problem z wykryciem zgonu i bardzo często w chwili śmieci
stwora wykonuje się jeszcze jeden cios. Jednocześnie gra próbuje
pokazać, że się o nas troszczy. Gdy mana zejdzie do zera, z
automatu łykniemy niebieską miksturkę. Pal licho gdy mamy maga –
ale wojownik ma tak mały jej zapas, że każda chybiona operacja
stawia nas w trudnej sytuacji. Lekarstwem na to jest wyłączenie
automatycznego ataku, ale w tedy to już wszystko trzeba będzie
robić samemu i bardzo uważać, żeby nie spowodowało to
dodatkowych komplikacji. Już nie mówię nawet o PvP, bo to może
być samobójstwo.
A jak jesteśmy już przy walkach
pomiędzy graczami... Logując się do gry oczywiście wybieramy
serwer, tutaj także i kanał. Połowa z nich to enklawy graczy
premium, a połowa otwarta jest dla każdego. Z tego po połowie ma
opcję PvP, a połowa nie. Osobiście nie jestem fanem tego typu
walk, gdy mam niski poziom, grałem więc na tych „pokojowych”.
Artykuł na Nonsensopedii wyraźnie zaznacza, że PK-rzy lubią
lokować się przy wyjściach z miasta, co mnie w sumie nie dziwi.
Jak to już wiele razy mówiłem – co kto lubi.
Ponarzekałem, pora na chwalenie. Już
wyżej zaznaczyłem, bezlitosne grindowanie przeminęło, ale samo
„lewelowanie” pozostało w nowej, ulepszonej formie. Sprawa jest
prosta: w każdym mieście przy każdej bramie stoi sobie strażnik i
rozdaje zadania. Te poza samouczkiem polegają wyłącznie na tym, że
należy udać się w okolicę X, znaleźć potwory Y i ubić ich w
ilości Z. Po wykonaniu zlecenia wracamy do dowolnego takiego
strażnika, meldujemy posłusznie wykonanie zadania i jeśli nie
osiągnęliśmy po drodze za wysokiego poziomu, otrzymujemy...
dokładnie tego samego questa. Tak, każde takie zlecenie ma
przypisany zakres poziomów. Jeśli mieścimy się w widełkach,
dostaniemy ten sam list gończy – a potem zmienia się typ potwora
i jego ilość. Proste, prawda? A czemu jest to dla mnie plus? Ano z
bardzo prozaicznego powodu. Gra daje nam całkowitą swobodę wobec
tego, jak chcemy grać, a przez to bić poziomy. Chcesz szybkich
awansów? Bierz zadania. Chcesz się wzbogacić? Olej NPCów i bij
jakie tylko chcesz potwory. Grasz dla zabawy? Poszukaj drużyny i
zróbcie rajd na lochy. Znudziło Cię zabijanie mobów? Bierz udział
w eventach. Tyle i tylko tyle. Proste i genialne, nie inaczej.
Nie jest trudno zauważyć, że przez
te kilka lat istnienia dużo się zmieniło (wpiszcie w Google Obrazy
tytuł gry). Wikipedia podaje jeszcze wymagania sprzętowe na
poziomie Pentium II 700MHz i 512MB RAM. Teraz co prawda wymaga się
P4 z 2+ Ghz, ale co tam. Powiem więcej – już pierwsza lokacja w
większej części pokryta jest trawą. I to taką wystającą, a nie
teksturką. Wiele gier miało opcję redukcji ilości zielska, bo
mogło się to odbić na ilości klatek. A tu nic. Żyje i ma się
dobrze. I żyć będzie jeszcze długo, zapewniam Was. Ta gra jest
nie do zdarcia!
PS:
Na stronie pobierania są dwie opcje –
automatyczny pobierak lub linki do stron z całym plikiem. Mnie nie
udało się uruchomić tego pierwszego, więc ostrzegam. Pliki może
i są stare, ale ładnie się wszystko połata.
PS2:
Jeśli gra nie będzie się chciała
uruchomić, należy przejść do folderu instalacji i tam znaleźć
plik „main.exe”. Skrót prowadzi do nieaktualnego launchera, stąd
problem.
Ocena:
Muuuusisz spróbować!
W skrócie:
+ Nadal wielu aktywnych graczy
+ Pełna swoboda stylu gry
+ Wspaniała muzyka
+ Dobry system umiejętności/ czarów
- Brak przydatnych opcji (kamera!)
- Odblokowywanie postaci
- Problemy z autopilotem


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz