niedziela, 4 października 2015

Tam i bez powrotu

Artysta: Lilly Wolf
Album: Deleted Scenes
Rok: 2015




Dawno temu sądziłem, że nie istnieje coś takiego jak "darmowa muzyka". Chwila poszukiwań - na moje szczęście - skorygowała ten pogląd. Tak więc jest i to całkiem dobra. Co więcej, im dłużej się człowiek w to zgłębia, tym lepsze rzeczy znajduje.

Mam mały problem z opisaniem tego, co czuję podczas słuchania tego albumu. Działa na mnie z dwóch płaszczyzn - świadomej i podświadomej. Wiem, że ta muzyka jest świetna. Cieszę się za każdym razem, gdy odpalam go w odtwarzaczu. Kobiecy głos, śpiew pozbawiony wad, czysty... Ale jednocześnie trochę odległy, podchodzący mnie z każdej strony i przepełniający moją osobę. Zupełnie jakbym rozpuścił się w dźwiękach i trwał w połowicznym zawieszeniu. Utwory trwają długo, bo około 4-5 minut i sprawia to, że niezmiennie gubię poczucie czasu. Niby to doszło tylko do drugiego czy trzeciego utworu, ale ja już zapomniałem, że czegoś słucham - w pozytywnym tego słowa znaczeniu. I gdy potem patrzę na status, dostaję małego szoku. Że jak, jestem dopiero tutaj? Sądziłem, że minęła już wieczność, ale jak się okazało wróciłem z Nieba i nadal siedzę przed komputerem.

Muzyka przypomina mi trochę dawne czasy. Są tu takie charakterystyczne melodie - kto je zna, na pewno rozpozna. Sam podkład dźwiękowy jest bardzo delikatny. Nie tak "nieobecny" jak ambient, ale i nie tak "obecny" jak w muzyce pop. Plasuje się gdzieś pomiędzy, idealnie synchronizując się z opisanym już wyżej wokalem. Jestem bardzo wielkim fanem takich rozwiązań. Dźwięki są długie, a bit rozproszony. Definitywnie coś, czego chcę słuchać - ale i Was do tego zachęcam!


Ocena:
Nie usuwać!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz